On ma 80 lat, ja 31. Rod Stewart zawstydza młodszych od siebie
Rod Stewart wrócił do Polski, by zagrać dwa koncerty. Pierwszy odbył się w Trójmieście. Ten 80-letni gwiazdor bujał biodrami, jakby jutra miało nie być, ośmieszając niejednego umęczonego życiem 30-latka.
Z czułością, bez przesadnej ignorancji musimy ustalić pewne fakty. Pokolenie dzisiejszych 30-parolatków wie, że:
- Rod Stewart jest z nami od zawsze;
- Ma na koncie kilka legendarnych numerów ("Have You Ever Seen the Rain", "Sailing", kto nie bujał się na rodzinnej imprezie do "It's a Heartache"?),
- i równie legendarną fryzurę, której sekrety nieraz zdradzał w kolorowych magazynach (suszy włosy z głową skierowaną w dół, świetny trik).
Rod Stewart to przede wszystkim - jak śpiewa w jednym ze swoich kawałków - "First Love", pierwsza miłość fanów, których dowody osobiste wskazują na więcej niż 40 lat. Ale jest w Rodzie Stewarcie coś, co przyciąga absolutnie wszystkich.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Legendy Hollywood
Co to było za wydarzenie! Rod Stewart zagrał w Ergo Arenie na granicy Gdańska i Sopotu. Hala wypełniona była praktycznie po brzegi. "Let the good times roll" - głosił powitalny napis nad sceną. Bawmy się, hulaj dusza, niech się wciąż dobrze dzieje - dla Roda Stewarta dobrze dzieje się od kilku dekad. Dla faceta, który zaczął swoją muzyczną karierę we wczesnych latach 60., czas się już dawno temu zatrzymał.
Pierwszy dowód na to dostaliśmy już na starcie, gdy wielka czerwona kurtyna uniosła się, odsłaniając białą, błyszczącą scenę jak z teledysków w latach 60., a na niej Rod Stewart w otoczeniu ślicznych jak laleczki artystek zaczął wykonywać swoje kocie ruchy.
Na każdym etapie tej kolorowej, momentami megakiczowatej imprezy Rod Stewart dawał dowód, że tytuł jednego z jego hitów - "Forever Young" - odnosi się do niego samego. Zafundował swoim fanom, tak licznie zgromadzonym w Ergo Arenie, podróż przez dekady wśród swoich ulubionych kawałków. Były te kompozycje, które wszyscy dobrze znają - "It's a Heartache" czy nieśmiertelne "Sailing", ale i te mniej osłuchane w radiu, które prawdziwi fani - wykrzykujący nawet z wysokich trybun wyznania miłości pod adresem Stewarta - znają na pamięć.
Publika zbudowała świetną atmosferę, a na scenie działo się chyba wszystko. Były lśniące w cekinach artystki współpracujące ze Stwartem, które grały, śpiewały i skakały, będąc uosobieniem poziomu serotoniny w organizmie gwiazdora. Co jakiś czas rozbrzmiewały dudy. Stewart, choć z urodzenia Anglik, uważa się za Szkota. Polscy fani dobrze o tym wiedzą, więc w pewnym momencie rzucili mu na scenę szalik ukochanego Celticu Glasgow, który dumnie nosił przez kilka chwil.
- Ten klub to miłość mojego życia, oprócz żony i dzieci - mówił podczas słynnego w sieci wywiadu, przed którym trochę wypił. Innym razem zaś przyznał: - Rozsypcie moje prochy na Celtic Park. A jeśli nie, spuśćcie je w kiblu.
Były więc cekiny, hołd dla piłki nożnej, szkockie dudy, nieśmiertelne kawałki z dorobku Stewarta. Był też w połowie koncertu fragment poświęcony Ukrainie. Rod Stewart wrócił przed publikę przebrany w niebieski kostium i żółtą marynarkę. I choć nie musiał, to wyjaśnił, że jego strój odnosi się do Ukrainy. Na telebimach zaczęły wyświetlać się zdjęcia z kraju ogarniętego wojną, odezwa "Koniec wojny!" i na koniec jeszcze zdjęcie prezydenta Zełenskiego. Ważny gest w trakcie tego widowiska.
Ale podniosły ton nie mógł utrzymywać się długo. Kilka chwil później artystki z ekipy Stewarta śpiewały już słynne "Lady Marmalade" z tekstem, który znany jest pewnie pod każdą szerokością geograficzną: "Voulez vous coucher avec moi?".
I gdy tak publika przez ponad dwie godziny bujała się w rytmie hitów Sterwarta, co jakiś czas dyskutując o tym, jak się trzyma, że ma "takie nóżki zawsze szczuplutkie" i że "jak na 60-latka to wygląda świetnie" (ma 80 lat), to przede wszystkim można było zdać sobie sprawę z tego, że dla pokoleń tacy artyści jak Rod Stewart mogą być naprawdę inspiracją. Szczególnie dla pokolenia 30-latków umęczonych pracą w korporacjach, których ruchy za 50 lat nie będą takie kocie.
Dekady w show-biznesie, swoje na scenie przeżyte i wyskakane, a on wciąż czerpie ogrom przyjemności z występowania, jest sobą, bawi się muzyką, rusza bioderkami i widać, że po prostu kocha to, co robi. Choć pewnie dziś 80-latek otoczony ślicznymi, długonogimi paniami w czerwonych mini jest widokiem trochę creepy, to u Roda Stewarta nie wyczuwa się ściemy, usilnych prób zadowolenia publiki za wszelką cenę.
Dzięki Rod za przypomnienie, że trzeba na maksa cieszyć się życiem.
Najtrudniejsze pożegnanie w "The Last of Us", na które nie byliśmy gotowi. Pamela Anderson cała w brokacie i pijacki morderczy pakt grupki przyjaciół w serialu BBC. O tym w nowym Clickbaicie. Znajdź nas na Spotify, Apple Podcasts, YouTube, w Audiotece czy Open FM. Możesz też posłuchać poniżej: