Trwa ładowanie...
d2nsmwx

Powstanie ze szkolnej świetlicy

Share
d2nsmwx

Wygląda na to, że „Baczyński” zapoczątkował nowy trend w polskim kinie – filmowego kolażu, w pewnym sensie pseudo-filmu, telewizyjnego spektaklu, który oglądać możemy na dużym ekranie. „Sierpniowe niebo”, podobnie jak wspomniany biopic Baczyńskiego w reżyserii Kordiana Piwowarskiego, to zlepka filmu aktorskiego, archiwalnej kroniki i szkolnego dokumentu. Cel, jaki przyświeca temu projektowi, jest jasny – uczcić pamięć uczestników Powstania Warszawskiego, jednego z najważniejszych, wciąż budzących żywe emocje, wystąpień zbrojnych w dziejach Polski.

Trwające 63 dni, zamiast planowanych 14, powstanie jest dziś przedmiotem wielu sporów. Historycy, publicyści i politycy wykłócają się o sens i konsekwencje jego wybuchu. Z jednej strony podkreśla się niebywałą odwagę i determinację w dążeniu do niepodległości, z drugiej zaś przypomina, że działania te nie przyniosły żadnej korzyści politycznej czy militarnej, a doprowadziły jedynie do zniszczenia stolicy, śmierci nawet 200 tysięcy cywilów oraz utraty młodej inteligencji, której zabrakło później w czasach PRL-u.

fot. Kino Świat

d2nsmwx

Dokumentalista Ireneusz Dobrowolski, autor m.in. znakomitego „Portrecisty”, zainteresowany jest tylko tym pierwszym – bohaterskim – aspektem Powstania. Na próżno szukać w jego filmie przyczynku do merytorycznej debaty, sporo jest tu za to prostych ujęć podkreślających ciężki los powstańców. W samym założeniu nie ma jeszcze nic złego, wręcz przeciwnie, ale na ekranie przekłada się to na filmową siermięgę najgorszego sortu.

Niedoskonałe, często problematyczne połączenie dokumentu z fabułą, historii z fikcją, a w końcu przeszłości ze współczesnością we wspomnianym „Baczyńskim” wyrasta na tle filmu Dobrowolskiego na niedościgniony ideał takiego mariażu. Tam przyświecał temu jakiś koncept – łatka filmu poetyckiego, scalającego odległe płaszczyzny, dzięki której atmosferę budowały dobrze dobrane środki wyrazu, na czele z umiejętnie filtrowanymi zdjęciami Piotra Niemyjskiego i sennym motywem przewodnim w wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk.

U Dobrowolskiego tego wyczucia, czy wręcz kompozycyjnego talentu, zabrakło. W „Sierpniowym niebie” nie gra nic. Archiwalia, choć ciekawe, dobrane są na jedno kopyto – żołnierze strzelający z działa, żołnierze w okopie, żołnierze przy czołgu. Niewiele w tym czynnika ludzkiego, chwil wyciszenia, skupienia na twarzach powstańców, a przecież i takie materiały wtedy zarejestrowano.

Część inscenizowana dzieli się na dwie uzupełniające się płaszczyzny – przeszłość i teraźniejszość. Jedna z drugą straszliwie się gryzie. Ostentacyjna, sterylna czerń i biel ujęć z czasów powstania nijak ma się do scen ze współczesności, stylistycznie niedookreślonych, nijakich. Jakby tego było mało, całość jest fatalnie napisana i zwyczajnie jednowymiarowa. Tylko nieliczni, doświadczeni aktorzy potrafili z tego wybrnąć. I tak, Anna Nehrebecka, grająca matkę jednej z bohaterek, wyłuskuje emocje z każdego słowa, a Krzysztof Kolberger sprawdza się w roli tajemniczego profesora Szapiro, ale już Aleksander Mikołajczak jest bezradny – jako skorumpowany inwestor, który każe zakopać ludzkie szczątki odkryte podczas kopania fundamentów, natychmiast wpada w śmieszność.

Fot. Kino Świat

d2nsmwx

A czego można dowiedzieć się o samym Powstaniu? Ano niewiele. Los powstańców był ciężki, ich młodość została przerwana, a w ciągłej partyzantce najbardziej ucierpieli cywile. Ale to każdy wie (a przynajmniej powinien) z podręczników do historii lub – po prostu - innych filmów wojennych, podczas gdy te najbardziej charakterystyczne dla Powstania aspekty, np. rzeź Ochoty, kolaboracja czy regularne gwałty na kobietach, zostają okrutnie zbanalizowane i sprowadzone do roli miałkich scen-symboli (ot, cywile ustawieni pod ścianą, młoda dziewczyna w poszarpanym ubraniu). To mało, bardzo mało, podczas gdy jedna tylko przypadkowa scena z „Róży” Wojciecha Smarzowskiego, w której pojawiają się krótkie retrospekcje z Powstania, mówi na jego temat więcej, niż cały film Dobrowolskiego.

Jest też towarzysząca temu wszystkiemu muzyka, co ciekawe w wykonaniu… hip-hopowego tria Hemp Gru. I choć widać, że chłopaki odrobili zadanie, żwawo rymując o najważniejszych postaciach i wydarzeniach sierpniowo-wrześniowych, to banał i patos ich muzyki nijak ma się do charakteru Powstania, nawet jeśli zestawić je na zasadzie międzypokoleniowego kontrastu.

Muzycy pojawiają się także na ekranie, co niejako podsumowuje sam film - ten o ksywie „Wilku” podaje starszemu panu bułeczki, które rozsypały mu się na przejściu dla pieszych, zaś lider grupy, niejaki „Bilon”, spoglądając na majaczący w oddali Pałac Kultury, stwierdza odkrywczo, że to „pieprzony symbol komunizmu”. Całości dopełnia końcowe ujęcie, w którym raperzy… przybijają piątki z prawdziwymi powstańcami.

Fot. Kino Świat

d2nsmwx

Jeśli dzięki ich udziałowi problematyką powstania zainteresuje się kilku małolatów, to można chyba uznać, że cel filmu – przypomnieć, uczcić historię – został osiągnięty. Ale widzom wyrobionym, spragnionym czegoś więcej, niż tylko telewizyjnej inscenizacji i natchnionego banału, ta prosta agitka ze szkolnej świetlicy do niczego się nie przyda.

Co ciekawe, „Sierpniowe niebo”, to już drugi w tym roku, po „Był sobie dzieciak” Leszka Wosiewicza, nieudany film o Powstaniu, niepotrafiący przeskoczyć swych ograniczeń realizatorskich i myślowych. Cała nadzieja zatem w Janie Komasie, który na przyszły rok przygotowuje dyptyk o Powstaniu – fabularne „Miasto 44” i zmontowane z archiwaliów „Powstanie Warszawskie”.

d2nsmwx

Podziel się opinią

Share
d2nsmwx
d2nsmwx