Trwa ładowanie...
diw2ion
diw2ion
Aktualności

''The Sea of Trees'' - Katastrofa Gusa Van Santa [RECENZJA]

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
diw2ion

W dojmującą miałkość najnowszego filmu Gusa Van Santa jest tak trudno uwierzyć, że widz mimowolnie próbuje dopisać mu znaczenia, znaleźć drugie dno tej opowieści. Niepotrzebnie. "Morze drzew" to kompletna katastrofa.

Nie ulega wątpliwości – film był prezentowany w konkursie głównym festiwalu Cannes tylko z powodu nazwiska reżysera. W filmografii Van Santa to obok „Psychola” drugi najgorszy obraz. Amerykanin mierzy się w nim z tematami śmierci i samotności, które od zarania próbuje oswoić kino. Nie wnosi w nie jednak nic nowego, tylko powtarza za innymi frazesy. Jego film nie broni się nawet jako opowieść o pamięci, o tym, w jaki sposób ci, którzy odeszli, trwają w naszych wspomnieniach.

Van Sant porusza kwestie, z którymi w arcydzielny sposób zmierzył się w takich swoich dokonaniach, jak "Gerry" czy "Paranoid Park". Tamte filmy, kameralne, wpisane w formułę kina drogi, pokazywały samotność jako niemożliwą do zaakceptowania chorobę. Bohater "Gerry’ego" tak bardzo nie chciał się z nią pogodzić, że wolał oderwać się od rzeczywistości razem z wytworem własnej wyobraźni. Z kolei śmierć rozsypywała w bohaterze "Paranoid Park" jego świat w pył. Ponowne poskładanie go stanowiło proces bolesny i długotrwały, w którym nie pomógł mu nikt z bliskich. Dopóki nie pogodził się z rzeczywistością, nie mógł rozpocząć budowy na gruzach.

diw2ion

To wszystko spotyka się w "Morzu drzew", ale podane jest w sposób typowy dla popularnych podręczników z gatunku "Jak zmienić swoje życie w 10 dni". Banał sypie się za banałem, refleksje ustępują miejsca truizmom i kliszom, a przemiana bohatera dokonuje się tu tak, jakby Van Sant kręcił wyciskacz łez dla Hallmarka, a nie autorski film. Uwieńczeniem tej katastrofy są symbole tak tanie, jak łanie na obrazach romantyków.

W tym płytkim filmie brodzi Matthew McConoughey, który – choć swoją klasę udowodnił już wielokrotnie – nie potrafi odnaleźć się w roli Blake’a. Jego bohater po śmierci żony wyrusza do Aokigahary, tytułowego Lasu Samobójców, znajdującego się u podnóża góry Fudżi w Japonii, gdzie – jak setki przed nim – zamierza dokonać żywota. Teksański aktor gra swoją postać z typową dla siebie manierą Południowca, która nijak tu nie pasuje. Jako wykładowca akademicki wypada niewiarygodnie. Jego determinacja, żeby najpierw umrzeć, a potem żyć, nie idzie w parze z jego charakterem. Aktor i reżyser wyraźnie nie spotkali się w swojej wizji tej postaci.

O wiele lepiej Van Sant porozumiał się ze swoim operatorem, który ma tu kilka popisowych scen. Zwłaszcza ta, w której las nagle zostaje zalany w wyniku ulewy (wchłanianie wody w Aokigahara jest utrudnione ze względu na podłoże z zastygłej lawy) i porywa ze sobą bohatera McConougheya i poznanego przez niego poranionego Japończyka. Ich upadek ze skał pokazuje, czym ten film mógł być. Jest tu autentyczny dramat człowieka, jego bezsilność w walce z żywiołem, odruchowe staranie o zachowanie życia, nawet kiedy chwilę wcześniej chciało się je odebrać. W tę jedną scenę, wspaniale sfilmowaną, utrzymaną w estetyce dokumentu dzięki wyczyszczonym zdjęciom, udało się Van Santowi (raczej przez przypadek) wlać morze drzew, refleksji i emocji.

Banialuki, które wypełniają pozostałą część filmu, to policzek dla fanów tego twórcy. "Morze drzew" irytuje nie dlatego, że to zły film, tylko dlatego, że Van Sant obnaża się w nim z ignorancji wobec Japonii. W swoim obrazie nie stara się nawet zrozumieć istoty Lasu Samobójców. Wykorzystuje go jedynie na zasadzie egzotycznej ciekawostki. Zły film każdemu może się przydarzyć, ignorancji nie da się jednak łatwo wybaczyć.

diw2ion

Podziel się opinią

Share

diw2ion

diw2ion