Zniszczył "Wiedźmina". Numer jeden Netfliksa. Przebój roku
"Wiedźmin" oraz "Frankenstein" to dwie najważniejsze premiery listopada na platformie Netfliksa. Pierwsza jest przykładem ułomności produkcji streamingowych, druga przykładam na to, że wszędzie można robić dobre filmy. Pod warunkiem, że najpierw powstanie dobry scenariusz, a później projekt będzie miał dobrego reżysera.
A w przypadku "Frankenstein" mamy do czynienia z wybitym twórcą i wizjonerem, jakim bez wątpienia jest Guillermo del Toro. Zdobywca trzech Oscarów ("Kształt wody" - najlepszy film i reżyseria oraz "Guillermo del Toro: Pinokio" – najlepsza animacja), podpisał długoterminowy kontrakt z Netfliksem, który pozwala mu realizować najbliższe jego sercu projekty.
"Wiedźmin". Serialowy Jaskier: "To, że Henry odszedł z serialu, nie oznacza, że odszedł z naszego życia"
"’Frankenstein’ to moja ulubiona powieść. Byłem nią zafascynowany od dzieciństwa. (...) Monstrum w pewnym momencie mówi: ‘Mam w sobie tyle miłości. Więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. Jeśli jednak nie mogę jej sprowokować, to zacznę prowokować strach’" - powiedział del Toro po uroczystej premierze filmu, która miała miejsce na festiwalu w Wenecji.
Film Guillermo del Toro był jednym z najdłuższej oklaskiwanych filmów w Wenecji, zdobył też Nagrodę Publiczności podczas festiwalu w Toronto. Netflix na pewno będzie też promował "Frankensteina" w rywalizacji o Oscary ("Pinokio" już jednego Oscara zdobył dla platformy). Bez wątpienia jest to film, którym można się chwalić. Na portalu Rotten Tomatoes 86 proc. pozytywnych recenzji i aż 95 proc. pozytywnych ocen od widzów.
Podczas premierowego weekendu "Frankenstein" zanotował 29,1 mln wyświetleń. Jest to jeden z najlepszych wyników w streamingu w bieżącym sezonie. Tymczasem czwarty sezon "Wiedźmina" ciuła swoją widownię. Podczas premierowego tygodnia 7,4 mln wyświetleń, podczas drugiego podobnie. W sumie raptem 15 mln wyświetleń.
Na portalu Rotten Tomatoes nowe odcinki "Wiedźmina" zebrały zaledwie 20 proc. pozytywnych opinii od widzów. Ich zdaniem serial "sięgnął już poziomu niemieckich produkcji fantasy puszczanych na TV4 i drugiej części 'Arabeli'". W opiniach krytyków dostrzegamy pewien rodzaj współczucia nad produkcją. "4 sezon zaczyna ratować to, co wcześniej tak koncertowo popsuto. Szkoda, że tak późno, skoro i tak już to nikogo nie obchodzi" – napisał Radosław Czyż z "Gazety Wyborczej".