Trwa ładowanie...
d35a5ub
recenzja
04-07-2011 18:20

Techno porno

d35a5ub
d35a5ub

"Transformers: Dark of the Moon" to jedna z najgorszych superprodukcji jaką w ostatnich latach wypluło z siebie Hollywood. Nie spodziewajcie się niezobowiązującej i odmóżdżającej zabawy - Michael Bay nakręcił głupi, efekciarski i seksistowski hymn na cześć Ameryki. Wielkie roboty są tylko wymówką.

Rzecz rozpoczyna się w latach 60. gdy na księżycu rozbija się pojazd Transformerów - Arka. Słynna misja Neila Armstronga jest tylko wymówką by zbadać wrak. Pięćdziesiąt lat później, gdy na naszej planecie przebywają już kosmiczne roboty, Arka i jej uśpiony pilot - Sentinel Prime, były przywódca Autobotów - staną się bardzo pożądanym towarem gdyż pojazd przewoził urządzenia mogące sprowadzić na Ziemię cały Cybertron. Tymczasem u Sama Witwicky'ego (Shia LaBeouf ) stara bieda - chłopak nie próbuje już rozpaczliwie przespać się ze szkolną pięknością, ale wciąż gnębią go problemy podlotków: szuka pierwszej pracy. Życie umila mu piękna Carly Spencer (zastępująca Megan Fox Rosie Huntington-Whiteley), a utrudniają nadpobudliwi rodzice i upierdliwy szef Carly (Patrick Dempsey). Gdy więc nadarza się okazja, by rzucić wszystko i raz jeszcze ratować świat Sam nie waha się zbyt długo.

"Transformery" nigdy nie były ambitną rozrywką. Kariera marki rozpoczęła się w latach 80. od serii zabawek dla dzieci produkowanych przez słynną firmę Hasbro, by następnie rozprzestrzenić się na komiks i filmy animowane. Gdy ponad 20 lat później serią zainteresował się Michael Bay była już nieco zapomnianą sentymentalną błyskotką. Twórcy "Bad Boys" udało się jednak odświeżyć opowieść o wielkich robotach i stworzyć jeden z najlepiej zarabiających cykli science fiction współczesnego kina. Receptą na sukces okazała się mieszanka nastoletniego poczucia humoru z proamerykańskim patosem i niesamowitymi efektami specjalnymi. Niestety to jedyne pomysły jakie Michael Bay ma na kino - kontynuacje są dokładnie takie same jak pierwszy film z tą tylko różnicą, że wszystkiego jest więcej.

Rozczarowani będą przede wszystkim fani dobrego kina, bo "Transformery" kuleją w najbardziej podstawowych aspektach. Film jest zbyt długi (157 minut!) i rozkręca się zbyt wolno. Jak na kino akcji bardzo mało w nim akcji (poza końcową sekwencją), a bardzo dużo nieudolnej komedii obyczajowej powtarzającej żarty z poprzednich części (ile razy można się śmiać z matki Sama przeprowadzającej intymną rozmowę z synem?). Dialogi są bzdurne, a Optimus Prime wygłaszający monologi o wolności i odpowiedzialności budzi niezamierzony śmiech. Nie pomaga też fatalne aktorstwo - Patrick Dempsey udowadnia, że telewizja to wszystko, na co go stać, Huntington-Whiteley nawet nie udaje, że tworzy postać, a na drugim planie boleśnie upokarzają się John Malkovich i (znany przede wszystkim z "Kac Vegas") Ken Jeong, w wątku bez którego film byłby krótszy i lepszy. Zresztą nadmiar wątków i postaci drugoplanowych, będący bolączką też poprzedniej części, prowadzi do komicznej sytuacji, gdy widz nie ma pojęcia, jaką postać ogląda - konia
z rzędem temu, kto odróżni Transformery - Shockwave'a, Soundwave'a, Sideswipe'a i Starscreama.

d35a5ub

"Transformers 3" to także jedna z najbardziej seksistowskich produkcji dla nastolatków ostatnich lat. Megan Fox nigdy nie była wybitną aktorką, ale jej Mikaela Banes udawała przynajmniej silną i samodzielną dziewczynę. Zastępująca ją Huntington-Whiteley jest już zredukowana tylko do swojego ciała - przekonują nas o tym pierwsze ujęcia z nią, gdy przechadza się w bieliźnie, a kamera filmuje ją od pasa w dół. Kreowana przez nią Carly jest rozhisteryzowaną, bezbronną laleczką nie radzącą sobie bez mężczyzn, do tego stopnia uprzedmiotowioną, że żadnemu z bohaterów nie przeszkadza, gdy jej szef porównuje ją do samochodu. W przepełnionym testosteronem kinie Michaela Baya nie ma miejsca na samodzielne kobiety, a jeżeli jakaś tu zabłądzi musi być wredną jędzą, jak szefowa wywiadu Charlotte Mearing grana przez Frances McDormand. Twórca "Twierdzy" tworzy zabawki dla zapatrzonych w siebie chłopców i daje im dokładnie to, czego oczekują - walki nieopierzonych kogucików i militarystyczną propagandę. "Transformers" aż
kipi od taniego pozerstwa - amerykańscy bohaterowie przechadzają się w zwolnionym tempie, gwieździsta flaga łopocze w słońcu, a do odbicia opanowanego przez Decepticony Chicago wystarczy garstka świetnie wyszkolonych Marines.

Jeżeli można za coś pochwalić produkcję Baya to efekty specjalne - zrealizowane z niezwykłym rozmachem i pieczołowitością przytłaczają i udowadniają, że można dobrze wykorzystywać 3D. Ale czy dla kilku ładnych scen warto wydawać 200 milionów dolarów?

d35a5ub
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d35a5ub