Najładniejsza katastrofa sezonu. "Wichrowe Wzgórza" to estetyczny żart [RECENZJA]
Emerald Fennell bierze na warsztat "Wichrowe Wzgórza" i z chirurgiczną precyzją usuwa z nich wszystko, co w tej historii najważniejsze. Zamiast obsesji, napięcia i emocjonalnej brutalności dostajemy estetyczny spektakl, który bardziej drażni niż porusza. To nie reinterpretacja klasyki. To elegancko opakowana katastrofa.
Emerald Fennell wykazała się niewyobrażalną bezczelnością, patrosząc "Wichrowe Wzgórza" z emocji, które uczyniły powieść z 1847 r. klasykiem. Miałkie, momentami żenująco prymitywne ucieczki w tanią pseudopornografię wykpiły rozdzierające uczucie łączące "rodzeństwo" Cathy i Heathcliffa. Reżyserka, zamykając tytuł w cudzysłów, chciała podkreślić, że będzie to jedynie luźna interpretacja książki. Nie ostrzegła jednak, że okaże się ona aż tak kompromitująca.
Cały seans przypomina moment, w którym zabłądzicie na YouTubie i po kilkunastu minutach zaczynacie się zastanawiać: "Jak ja tutaj wylądowałem/wylądowałam?". Z tą różnicą, że w tym wypadku błądzimy po dziwacznych zakamarkach estetyki rodem z filmów dla dorosłych, lubujących się w najosobliwszych fetyszach, jak choćby lizanie ściany. Ale to wcale nie jest najgorsze, co spotkało "Wichrowe Wzgórza" anno domini 2026. Fennell całkowicie pomija kwestie społeczne, rasowe czy statusowe, sprowadzając najuboższych do pozycji zapijaczonych brudasów z zapędami mocno BDSM.
Jacob Elordi w strugach deszczu
Zawiłości społeczne i rasowe w "Wichrowych Wzgórzach" nie są jedynie tłem, lecz jednym z kluczowych motorów dramatu. Heathcliff od początku funkcjonuje jako ktoś obcy - klasowo, kulturowo, niemal egzystencjalnie, a jego niejednoznaczne pochodzenie staje się źródłem upokorzeń, przemocy i narastającej obsesji. To właśnie napięcie między światem przywileju a światem wykluczenia nadaje tej historii brutalną intensywność. Bez tego kontekstu opowieść o Cathy i Heathcliffie traci ciężar, stając się jedynie melodramatem, podczas gdy u Brontë jest studium społecznej hierarchii, pogardy i niszczącej siły resentymentu.
Zamiast tego Fennell obsadziła w głównych rolach białego Australijczyka - Jacoba Elordiego - oraz przepiękną blondynkę - Margot Robbie. Całość traci na autentyczności, a przede wszystkim usuwa z kontekstu całą historię ich wręcz obsesyjnego romansu. Na dodatek chemia między aktorami na ekranie praktycznie nie istnieje. Jest tak sztuczna jak opakowanie lalki Barbie, w którą wcześniej wcielała się Robbie.
Cathy w literackim oryginale nie jest porcelanową ikoną hollywoodzkiej perfekcji, lecz postacią niepokojącą, poszarpaną, chwilami wręcz irytującą w swojej emocjonalnej niestabilności. To bohaterka, która ma uwierać, drażnić i budzić ambiwalentne reakcje, a nie funkcjonować jako estetyczny ornament. Robbie, ze swoją nieskazitelną, niemal reklamową prezencją, wygładza Cathy do poziomu wizualnej dekoracji, odbierając jej całą psychologiczną drapieżność.
Jeszcze boleśniej wypada Heathcliff. Postać zbudowana na inności, obcości i napięciu wynikającym z wykluczenia zostaje tutaj sprowadzona do wizerunku efektownego, estetycznie bezpiecznego amanta. Znika groza, znika gniew, znika niepokój. Pozostaje jedynie atrakcyjna powierzchnia. A wraz z nią znika jeden z kluczowych nerwów tej historii, konflikt zakorzeniony w społecznym i egzystencjalnym napięciu, zastąpiony banalną, niemal melodramatyczną frustracją.
Film balansuje na granicy kiczu i prowokacji. Reżyserka nie wyczuwa jednak klimatu z taką precyzją, jak w swoich poprzednich produkcjach - "Saltburn" i "Obiecującej młodej kobiecie". Tak jakby odwaga artystyczna pomyliła jej się z tanim efekciarstwem. Tam, gdzie literacki oryginał pulsował obsesją, napięciem i emocjonalną brutalnością, ekranowa wizja proponuje chłodną, wyjałowioną konstrukcję. Bohaterowie tracą psychologiczną głębię, a dramat zostaje sprowadzony do serii efektownych, lecz pustych chwytów.
Elementy erotyczne czy flirt z estetyką BDSM nie budują napięcia ani nie pogłębiają relacji bohaterów - funkcjonują raczej jako ozdobnik, tani efekt mający udawać artystyczną odwagę. To stylizacja podszyta pretensjonalnością.
Najpodlej potraktowano jednak głównych bohaterów. Cathy i Heathcliff, postaci literacko naładowane obsesją i autodestrukcją, zostają zamknięci w chłodnej, niemal kampowej konwencji. Ich dramat przestaje być tragedią, a zaczyna przypominać teatralny gest - serię póz i spojrzeń, które nie są w stanie udźwignąć ciężaru tej historii. To melodramat pozbawiony melodramatycznej temperatury. Nie rozmawiają, nie rzucają spojrzeń. Po godzinie seansu ich historia staje się tak nieciekawa, że nawet najbardziej żenujące żarty nie są w stanie jej uratować.
Na tym tle paradoksalnie najwięcej życia wnosi Martin Clunes, który jako Earnshaw wprowadza do filmu energię, jakiej reszta narracji desperacko potrzebuje. Jego obecność jedynie podkreśla problem całości: kiedy drugoplanowa rola kradnie film, trudno nie odnieść wrażenia, że główny dramat zwyczajnie nie działa.
W pewnym momencie w trakcie seansu zażenowanie zaczyna walczyć ze wściekłością. Wściekłością na twórców, którzy dostali tak emocjonalnie nafaszerowaną historię i na dodatek znakomitą obsadę, a stworzyli twór nienadający się nawet do wyszydzenia.
Jeżeli w tym chaosie czegokolwiek można byłoby się rozpaczliwie uczepić, to paradoksalnie jest to muzyka. Anthony Willis wraz z Charli XCX dokonali bowiem rzeczy niemal niemożliwej, stworzyli kompozycje, które momentami rzeczywiście unoszą się na wyżyny, oferując napięcie i emocjonalną intensywność, jakiej próżno szukać w samej narracji. To ścieżka dźwiękowa zaskakująco niebanalna, chwilami wręcz zawstydzająco lepsza od filmu. Jak na ironię to właśnie dźwięk, a nie obraz, dostarcza autentycznych emocji, obnażając tym samym kiepskość dzieła Fennell.
Największą słabością filmu nie jest jednak nawet pretensjonalność, lecz jego fundamentalna pustka. Fennell z uporem inscenizuje dramat, który nigdy naprawdę nie nabiera temperatury, napięcia ani psychologicznego ciężaru. "Wichrowe Wzgórza" były historią namiętności na granicy autodestrukcji. Ta wersja bywa jedynie widowiskiem z wyprzedaży, które myli intensywność z hałasem, a emocje z estetyką. Jeśli celem było zszokowanie widza, efekt okazuje się zaskakująco anemiczny.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualna Polska