Wielki facet z ulicy. Czy wreszcie sięgnie po złoto?
Timothée Chalamet mówi o "Wielkim Martym" jak o komecie z nieba - filmie, który pojawia się rzadko, uderza z pełną siłą i zostaje na długo. W rozmowie o nieoczywistym bohaterze, braterskiej relacji z Joshem Safdiem i sześciu latach treningu tenisa stołowego aktor opowiada o roli, która wymagała pokory, niepokoju i odwagi, by iść "na całość".
Przypomnijmy, że "Wielki Marty" otrzymał aż dziewięć nominacji do Oscara, w tym dla najlepszego filmu oraz za reżyserię. Timothée Chalamet już po raz trzeci będzie miał szansę na złotą statuetkę. Rozdanie najważniejszych nagród branży filmowej 16 marca.
Co poczułeś, gdy reżyser Josh Safdie opowiedział ci tę historię?
Timothée Chalamet: Byłem wniebowzięty, gdy poznałem scenariusz. Pomyślałem, że to coś w rodzaju komety z nieba, coś o bardzo niekonwencjonalnej strukturze. Do tego niekonwencjonalny reżyser, który osiąga szczyt swoich możliwości. I mogłem kręcić w Nowym Jorku w najciekawszym momencie mojego życia, mając fundament do budowania tej roli od tylu lat. I nasza relacja z Joshem Safdiem, poczucie braterstwa, które mam z reżyserem, pozwoliło mi wydobyć coś, czego wcześniej na planie jeszcze nie czułem.
"Wielki Marty" - zwiastun
Dokładnie. To rola podniecająca i wymagająca, ale też bardzo trudna. Jak podszedłeś do Marty'ego?
Cóż, proces powstawania każdego filmu jest wyjątkowy. Podszedłem do tej roli z całkowitą pokorą, bo największym wyzwaniem w przypadku Marty'ego jest złapanie odpowiedniego tonu. Trzeba znaleźć w sobie jakąś wytrwałość, pewien niepokój, które należy utrzymywać przez całą pokazywaną historię.
Właśnie to musisz w sobie zachować. Ale to, co robisz i co jest twoim niezwykłym osiągnięciem, to, że w każdej scenie z inną postacią, z Kay, Rachel i z matką, utrzymujesz ten sam ton, a jednak każda jest bardzo odmienna. W twojej reakcji na drugiego aktora jest zniuansowanie i subtelność. Jak do tego doszedłeś? Jak udało ci się odtwarzać tę samą postać i tak różnie reagować na kolejne postaci?
Myślę, że pozostałem wierny scenariuszowi. Poza tym Josh zawsze kontrolował sytuację. Nie chodzi o tempo ani o niepokój, ale o ton. I tak w filmie pełnym napięcia pojawia się scena bardzo intymna, w której wszystko jest wyszeptane.
Josh to geniusz, ale sam dużo mówi i jest bardzo podobny do Marty'ego, równie szybki, jak ta postać. Jak wyglądają jego wskazówki? Jak zapewnić mu to, czego chce, a najpierw w ogóle to zrozumieć?
Praca z nim jako reżyserem to czysta przyjemność. Nie jest nachalny, szuka emocji. Jest pełen pasji, więc daje ci wszystko, czego potrzebujesz jako aktor. Interesuje się tym, nad czym pracujesz, jest bardzo utalentowany. Jest otwarty na współpracę i niesamowicie zmotywowany.
A jak wygląda jego współpraca bezpośrednio z tobą, tak na co dzień?
To jest jak braterstwo. Przyjaźnimy się od sześciu, siedmiu lat, więc nadajemy na podobnych falach. Niczego przed sobą nie musimy ukrywać.
Uwielbiamy takie filmy. W latach 70. byliśmy przyzwyczajeni do tego, że główni bohaterowie nie byli sympatyczni i mogli być antybohaterami, ale teraz to dość rzadkie. Jak więc reaguje aktor, gdy dostaje taką rolę?
Nie uważam, że to film o antybohaterze. Nie jestem pewien, czy takie filmy w ogóle istnieją. To film o nieoczywistym moralnym kręgosłupie, z głównym bohaterem, który jest niejednoznaczny. To jest mniej ograniczające niż film z tzw. dobrym czy złym bohaterem. To jest facet z ulicy, to po prostu prawdziwe życie.
I daje ci to dużą swobodę w grze. Czy to w jakiś sposób wyzwalające?
Ogromnie.
Jak konkretnie?
Pokazuje, skąd bierze się usprawiedliwianie własnych zachowań. Ludzie mają wady i zalety, potrafią być hojni i samolubni.
A do tego jeszcze grasz w ping-ponga. Te sceny są niesamowite i są sercem filmu, do niczego niepodobne… Pojawiają się trochę później, ale są kluczowe. Jak osiągnąłeś ten poziom gry i wykorzystałeś to aktorsko?
Kiedy kręcisz film sportowy, pojedynek służy historii, fabule. W scenach, w których gramy w tenisa stołowego, najważniejsze był przebieg akcji. Wyobraź sobie, co reprezentują piosenki w musicalu, np. w "Wicked". W filmie sportowym sceny gry są trochę jak te piosenki. Ale "Wielki Marty" nie jest do końca filmem sportowym. Ma jego strukturę, ale to też film o napadzie, historia miłosna, opowieść o ambicji, aspiracjach i ułudzie amerykańskiego snu. Ale podchodząc do tego praktycznie, przez sześć lat trenowałem tenis stołowy z Diego Schaafem i Wei Wangiem, więc byłem gotowy.
Mógłbyś zostać mistrzem, prawda?
No proszę, nie do końca. Mistrzowie tenisa stołowego są niedoścignieni.
Ten film ma tyle warstw. Jest w nim siedem różnych filmów. Po początku można się spodziewać dokładnie wszystkiego. Co to dla was oznacza, dla ciebie jako głównego aktora?
Te warstwy dają pewność siebie. To poczucie, że twoi współpracownicy przemyśleli każdy aspekt. Tak jak powiedziałeś, w "Wielkim Martym" jest wiele filmów i możesz iść na całość w najlepszym tego słowa znaczeniu. Świetny film, a może nawet świetna piosenka, ma wiele świetnych elementów na etapie przygotowawczym, w produkcji i postprodukcji, więc ostatecznie dostajesz coś dobrego.
Jak nowe pokolenie zareaguje na ten film? Teraz tak się nie kręci i dlatego to wielka przyjemność odkryć, że jednak można. Czy uważasz, że nowe pokolenie jest na to gotowe?
Zobaczymy. Mam nadzieję, że tak. Właśnie dlatego robimy całą tę promocję, żeby ułatwić dotarcie do takiego widza i żeby oryginalne filmy mogły nadal powstawać. To właśnie obrazy, które nawet jeśli komuś się nie podobają, wielu przyzna, że jednak powinny powstawać.
Film "Wielki Marty" w ten piątek w kinach.