Zbuntowany Sean Penn. Nie zjawił się na Oscarach, ale to o nim mówi się najwięcej
To nie pierwszy Oscar w karierze Seana Penna, ale aktor od dawna daje do zrozumienia, że nagrody niewiele dla niego znaczą i nic go tak nie irytuje, jak natrętni paparazzi i celebrycki zgiełk. Trudno powiedzieć, czy to faktyczne odczucia, czy tylko poza. Tak jak trudno powiedzieć, czy przyjazd na Ukrainę w dniu oscarowej gali był przypadkowo wybranym terminem, czy jednak zaplanowaną akcją.
Kiedy ludzie Hollywood zebrali się w Dolby Theatre, by wręczać i odbierać najważniejsze filmowe nagrody – czyli Oscary – Sean Penn udał się w zupełnie innym kierunku. Aktor, który wspiera Ukrainę od czasu, gdy została napadnięta przez Rosję, przybył do Europy Wschodniej, by spotkać się z prezydentem Zełenskim. Zrobił to w momencie, gdy został nagrodzony statuetką za drugoplanową rolę w filmie "Jedna bitwa po drugiej".
Penn cieszy się w Hollywood mianem "bezkompromisowego buntownika", do tego angażującego się w sprawy polityczne. I może przez tę opinię wielu przymyka oko na jego mroczną stronę - tę agresywną, przez którą trafiał do aresztu.
Polski sukces i porażka pewniaka. Oscary 2026 w pigułce
Szwindel, Madonna i nieszczęśni paparazzi
Aktor zbudował sobie reputację osoby, która gardzi pozowaniem na ściankach i celebryctwem. Bardzo rzadko udziela wywiadów. - Promowanie filmu czuję w każdej kości jako rodzaj szwindlu. Wielu aktorów ma kariery zdominowane przez pozowanie, są wszędzie. To mnie odpycha. Ludzie, którzy są dobrzy w tym, co robią, powinni zajmować się czymś większym - mówił w rozmowie z Oprah Winfrey.
Nie przeszkodziło mu to jednak w poślubieniu Madonny u szczytu jej popularności, kiedy fotoreporterzy śledzili każdy jej krok. Poznał ją na planie teledysku do "Material Girl", a pół roku później stanął z nią na ślubnym kobiercu. Na ślubie doszło do absurdalnej sytuacji: aktor wyciągnął strzelbę i zaczął strzelać do krążącego nad nimi helikoptera, z którego paparazzi robili zdjęcia. Ten moment przeszedł do historii, a aktor sam opowiadał o nim w wywiadach - można nawet odnieść wrażenie, że z pewną dozą dumy.
Problemy z agresją
Małżeństwo z Madonną było burzliwe. Towarzyszyły mu spekulacje dotyczące przemocy domowej. W połowie 1987 roku Penn miał uderzyć żonę kijem bejsbolowym; i nie był to ostatni raz, gdy aresztowano go pod zarzutem stosowania przemocy domowej - chociaż później piosenkarka wycofała zarzuty.
Ale problemy z agresją aktora ujawniały się w innych, publicznych sytuacjach. Penn był znany z fizycznych ataków na fotoreporterów, których dopuszczał się głównie w latach 80. Za pobicie fotografa na planie filmowym i wandalizm został skazany na 3 lata więzienia, z czego odbył ponad 30 dni kary.
Oprócz problemów z agresją aktor miał też te z uzależnieniem od narkotyków. W 2023 r. założona przez niego fundacja CORE, która pomagała uchodźcom z Ukrainy, zmierzyła się z poważnymi oskarżeniami o molestowanie wewnątrz organizacji oraz o finansowe malwersacje. Penn i jego zespół określili te zarzuty "niesprawiedliwymi". Do tego wszystkiego dorzucić należy fakt, że Penn głośno krytykował ruch #MeToo i stawał w obronie Woody’ego Allena, gdy reżyser został oskarżony o molestowanie przez swoją córkę Dylan Farrow. Jak na jednego aktora, to całkiem długa lista budzących niepokój sytuacji.
Hollywood kocha swojego "bad boya"
Mimo wszystkich kontrowersji najwięksi twórcy Hollywood wciąż zapraszają Penna do kolejnych projektów, a środowisko filmowe, krytycy i widzowie doceniają jego talent. Zagrał m.in. w "Grze" Davida Finchera, "21 gramów" Alejandro Gonzaleza Inarritu, "Wszystkich odlotach Cheyenne’a" Paolo Sorrentino, "Cienkiej czerwonej linii" Terrence’a Malicka czy "Zabić prezydenta" Nielsa Muellera.
Aktor był sześciokrotnie nominowany do Oscara, z czego zdobył trzy statuetki. Często opuszczał galę, ale do tej pory, gdy wygrywał - za role w "Rzece tajemnic" i "Obywatelu Milku" - zjawiał się na scenie. W tym roku stało się inaczej. Gdy Kieran Culkin ogłosił, że Sean Penn zdobył Oscara w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy za rolę w filmie "Jedna bitwa po drugiej", dodał, że sam odbierze za niego statuetkę, gdyż nagrodzony "nie mógł lub nie chciał" być na gali.
Wsparcie dla Ukrainy
Wkrótce potem media obiegła informacja, że gdy nazwisko aktora padło ze sceny w Dolby Theatre, ten przebywał w jednym z warszawskich hoteli, gdyż był w drodze do Kijowa. Następnego dnia prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski opublikował wspólne zdjęcie z Pennem i napisał: "Sean, dzięki Tobie wiemy, kim jest prawdziwy przyjaciel Ukrainy. Wspierasz Ukrainę od pierwszego dnia wojny na pełną skalę. Tak jest do dziś. Wiemy też, że nadal będziesz wspierać nasz kraj i nasz naród".
24 lutego 2022 roku, gdy rozpoczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę, Sean Penn przebywał w Kijowie, gdzie realizował zdjęcia do swojego dokumentu. Zamiast uciekać do Kalifornii, ruszył na konferencję prasową z prezydentem Zełenskim. Później wracał do Ukrainy wielokrotnie. Robi to do dziś. A podczas jednego ze spotkań z prezydentem Ukrainy, wręczył mu swojego Oscara.
Aktywista z doświadczeniem
W 2002 roku zapłacił ponad 50 tysięcy dolarów za publikację trzystronicowego listu otwartego w "The Washington Post", w którym ostro skrytykował George’a W. Busha za prowadzenie wojny w Iraku i - jego zdaniem - osłabianie demokracji. Wkrótce potem sam pojechał do Iraku, a swoje doświadczenia opisał w "San Francisco Chronicle".
Po zdobyciu pierwszego Oscara w 2005 roku Penn pojechał do Nowego Orleanu, żeby pomagać ofiarom huraganu Katrina - nosił worki i wspierał mieszkańców w usuwaniu skutków katastrofy. Niedługo po drugim Oscarze udał się na Haiti, zniszczone trzęsieniem ziemi, gdzie założył fundację Jenkins-Penn Haiti Relief Organization. Dzięki niej powstał duży obóz dla poszkodowanych, wyposażony w szkoły i szpitale. Jego działania zostały pokazane w dokumencie "Citizen Penn".
Można się zastanawiać, czy aktywizm Seana Penna jest na pokaz, albo czy ominął oscarową galę i właśnie w tym terminie wybrał się do Ukrainy tylko po to, by było o nim głośno. Wyniknęło jednak z tego coś dobrego - świat o tym mówi, a tym samym musi pamiętać, że w Ukrainie wciąż trwa wojna, którą wywołała Rosja.
- Są rzeczy ważne i ważniejsze. Sean Penn nie bawił się ze wszystkimi, tylko pojechał do Ukrainy. On tam jeździ regularnie. Jego nieobecność jest najgłośniejszym manifestem - oceniła gest aktora w rozmowie z Wirtualną Polską dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska.
Czy Penn na tym zyska? Z pewnością, bo to świetne PR-owe zagranie. Nie zmienia to jednak faktu, że jednocześnie jest jednym z nielicznych przedstawicieli Hollywood, którzy nie boją się dziś zabierać głosu w sprawach politycznych. A każdy taki głos jest na wagę złota.
Karolina Stankiewicz, dziennikarka Wirtualnej Polski