Nie chcieli pokazać go w kinach. Teraz jest numerem jeden w Polsce
Premiera "Trap House" zapowiadana była w Stanach na listopad. Jednak dystrybutorowi nie udało się zainteresować filmem akcji właścicieli kin. Mimo że występuje w nim Dave Bautista. W kinach takich produkcji już się nie ogląda. Za to królują one na platformach streamigowych.
W latach 80. pojawił się termin direct-to-video. Odnosił się on do filmów, które – na ogół z powodu miernej jakości – trafiały bezpośrednio na rynek kaset wideo, omijając całkowicie dystrybucję kinową. W późniejszych latach rynek wideo został zastąpiony rynkiem DVD, Blu-ray, a teraz platformami streamingowymi.
Krwawe sceny, akcja i terroryści. Viola Davis dla WP o kulisach nowego filmu
Firma Aura Entertainment miała wprawdzie ambitne plany, aby pokazać "Trap House" w kinach, ale progi multipleksów okazały się za wysokie. Dwa miesiące po planowanej premierze w kinach, film akcji wylądował na platformie Prime Video. A tam widzowie tylko czekają na tego typu proste produkcje.
W większości krajów na świecie "Trap House" od razu wskoczył na pierwsze miejsce listy przebojów na platformie Prime Video. Widać, że widzowie serwisów VOD lubią filmy akcji w klasycznym wydaniu. Produkcja z Bautistą cieszy się większą popularnością niż inne nowe filmy akcji – z kobietami w głównych rolach – "Uprowadzona dziewczyna" (Kate Beckinsale) oraz "Czerwona Sonja" (Matilda Lutz, Rhona Mitra).
Film wyreżyserowany przez Michaela Dowse’a opowiada o grupie elitarnych agentów DEA, których zbuntowane nastoletnie dzieci wykorzystują taktykę swoich rodziców – inwigilację, infiltrację i broń nieśmiercionośną – aby obrabować bezwzględny kartel narkotykowy. Wbrew pozorom, "Trap House" zbiera dość przyzwoite recenzje.
"Akcyjniak bez większych aspiracji, ale jest w tym pomyślę coś interesującego. I rzecz opowiedziana w miarę sensownie niemal do końca. A Dave Bautista powoli dojrzewa do ról będących czymś więcej niż żartobliwym pokazywaniem krzepy. Dużo tego ‘więcej’ tam nie ma i pewnie nigdy nie będzie, ale szanuję" – czytamy w opinii Kamila Śmiałkowskiego.