Niesłusznie skazany za zabójstwo. "Nie było żadnych dowodów"
O tej sprawie było głośno w całej Polsce. Gdy w 2017 r. krakowskie "Archiwum X" zatrzymało Roberta Janczewskiego, a później sąd skazał go za zamordowanie młodej kobiety w latach 90., nikt nie miał wątpliwości co do tego, że jest winny. Nikt poza kilkoma osobami, w tym jego obrońcą mec. Łukaszem Chojniakiem, który w rozmowie z Wirtualną Polską opowiedział o absurdalnej rozprawie i o tym, jak po siedmiu latach udało mu się doprowadzić do uniewinnienia skazanego.
Rok 1999. W Krakowie z Wisły zostaje wyłowiony fragment ludzkiej skóry, z którego ktoś uszył gorset. Szybko okazuje się, że to część ciała zaginionej Katarzyny Z. Przez lata policja nie namierzyła sprawcy. W końcu w 2017 r. krakowskie "Archiwum X" zatrzymuje Roberta Janczewskiego, którego sąd pierwszej instancji skazał na 25 lat więzienia, uznając, że zamordował kobietę i usunął z ciała skórę. Wyrok ten został jednak uchylony, a po ponownym procesie mężczyzna został prawomocnie uniewinniony z powodu braku jednoznacznych dowodów winy. Spędził jednak 7 lat w areszcie.
O tej historii opowiada serial "Morderca szyty na miarę", który 20 lutego ma premierę na HBO Max. W serialu pojawia się mec. Łukasz Chojniak, obrońca Roberta, który w rozmowie z Wirtualną Polską opowiedział, jak doszło do skazania, a później uniewinnienia Janczewskiego.
Krzyż oświęcimski i medal po dziadkach. "Mam szacunek do tego, skąd jestem"
Karolina Stankiewicz, Wirtualna Polska: "Morderca szyty na miarę" opowiada wstrząsającą historię.
mec. Łukasz Chojniak: Proszę sobie wyobrazić, co my - Robert, jego obrońcy - czuliśmy, kiedy przez lata to wszystko dla nas działo się w czasie rzeczywistym. Państwo widzicie dziś historię, która już się zakończyła, wiecie, że zapadł wyrok uniewinniający. Proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy my jeździliśmy do sądu okręgowego i mieliśmy poczucie, że walimy głową w ścianę.
Czy pan od początku wiedział, że Robert jest niewinny?
Tak, od początku.
Skąd ta pewność?
Bo nie było dowodów. Kropka. Rolą obrońcy jest rzetelna obrona. Oczywiście obrońca wspiera klienta, ale co do meritum opiera się na dowodach - na tych samych, na których pracuje sąd i prokurator. Od pierwszego dnia, kiedy zapoznałem się z materiałami sprawy - a nie stało się to od razu, bo prokurator nie był szczodry w ich udostępnianiu - nie miałem żadnych wątpliwości. Nie było dowodu winy. A jeśli nie ma dowodu winy, to żadne spekulacje nie mogą być podstawą skazania za zabójstwo.
Czy coś pana zaskoczyło, gdy zobaczył pan akta sprawy?
Zatrważające było to, że znalazł się w nich protokół przesłuchania pana Bogdana Michalca, prowadzonego przez prokuratora Piotra Krupińskiego, w którym komisarz Bogdan Michalec relacjonuje swoje koncepcje o "śladach na duszy", które to rzekomo miałyby świadczyć o winie Roberta, a prokurator mu nie przerywa. Nie pyta: "o czym pan mówi?".
Nie wiem, jak to się stało, że to w ogóle trafiło do akt sprawy.
Prokurator nie widział w tym żadnego problemu. Bogdan Michalec perorował o Biblii, o Einsteinie, o tym, że potrafi "wyczytać" człowieka - spojrzeć i wiedzieć, czy popełnił przestępstwo. Kryminalistyka i dowody mu przeszkadzają. Już samo to jest oburzające, ale że prokurator z nim dyskutuje, protokołuje i nie ma z tym żadnego problemu - to jest obraz tej sprawy.
Do tego dochodzi sąd pierwszej instancji, który kompletnie tej sprawy nie udźwignął. Faktem jest również to, że Robert otrzymał zadośćuczynienie za przewlekłość sporządzania uzasadnienia. Sąd okręgowy go skazał, a potem chyba zaczął się zastanawiać, dlaczego. Przez rok nie mieliśmy uzasadnienia. Robert siedział w areszcie tymczasowym z nieprawomocnym dożywociem, a my nie mogliśmy napisać apelacji, bo nie mieliśmy uzasadnienia.
Morderca szyty na miarę | zwiastun
Czy w końcu to uzasadnienie zostało sporządzone?
Przez ponad rok ono nie powstało. Potem zostało napisane w pośpiechu - i się nie składało w całość. W uzasadnieniu znaleźliśmy kilkaset stron przepisanych z aktu oskarżenia. Cytowaliśmy to wprost na sali sądowej. To naprawdę było zatrważające.
Dlaczego sąd apelacyjny uniewinnił Roberta?
Sąd apelacyjny po prostu rozpoznał sprawę. Nie chcę mówić, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Wyrok uniewinniający to taki sam wyrok jak każdy inny. Sąd ma robić swoje, obrona swoje, prokurator swoje. Chodziło nam tylko o to, żeby ktoś usłyszał i wysłuchał naszych argumentów.
Zatrważające było też to, że o morfologii znalezionych w mieszkaniu Roberta włosów mówiono w uzasadnieniu wyroku sądu okręgowego bardzo dużo, choć naukowo jest przesądzone, że nie może ona wskazywać na sprawstwo.
A co z badaniami DNA? Faktycznie nie dało się ich zrobić?
W tej sprawie nie było DNA, bo nie dało się go przeprowadzić. Gdyby było DNA, nie mielibyśmy tematu - sprawa byłaby rozstrzygnięta w jedną albo drugą stronę. Gdyby włos Katarzyny został potwierdzony lub wykluczony badaniem DNA, nie byłoby dyskusji.
Problem polegał na tym, że była tylko morfologia. A morfologia grupuje, nie identyfikuje. Mówi, że coś jest podobne albo nie. Jeśli jest podobne, może pochodzić od tej samej osoby, ale wcale nie musi. Na całym świecie przyjmuje się, że morfologia nie wystarczy do skazania.
Co więcej, biegli powołani w postępowaniu sądowym do badań DNA wypowiadali się również o metodach identyfikacyjnych i stwierdzili wprost: morfologia nie może stanowić podstawy identyfikacji. A mimo to sąd okręgowy uznał, że badania morfologiczne przesądzają sprawę.
Dlaczego pana zdaniem sąd pierwszej instancji tak się uparł przy tym wyroku?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Chcę jednak powiedzieć jasno: działania sądu - w tym wyłączenie jawności rozprawy bez sensownego uzasadnienia - budzą poważne wątpliwości. Jednym z powodów wyłączenia jawności był rzekomo "ważny interes państwa". Pytam: jaki? Najbardziej drastyczny opis zbrodni znajdował się w akcie oskarżenia prokuratora. Nigdzie indziej w aktach nie było nic bardziej przerażającego. A to właśnie ten fragment sąd okręgowy pozwolił odczytać publicznie, choć nie musiał.
To, co pan mówi, brzmi absurdalnie.
Tak, to bardzo dziwne. Nie rozumiem tego. Bardzo krytycznie oceniam to, co wydarzyło się w sądzie pierwszej instancji - sposób prowadzenia i sądzenia tej sprawy. Jeśli chodzi o sąd apelacyjny - nie mówię "dziękuję". Zrobiono to, co należało: przesłuchano świadków, zadano pytania, oceniono materiał dowodowy, wydano wyrok. Tak powinno być od początku. Tymczasem Robertowi zabrano siedem lat życia w areszcie, a w istocie ćwierć wieku, przez ciągłe nagabywanie tą sprawą.
Ta sprawa kojarzy się z historią Tomasza Komendy. Czy w Polsce rzeczywiście zdarzają się niesłuszne skazania?
Nie mam co do tego wątpliwości. Stopień weryfikacji materiału dowodowego w polskim sądownictwie - mówię ogólnie - jest moim zdaniem niewystarczający. Badania, które prowadziliśmy w 2012 roku na Uniwersytecie Warszawskim, wskazywały na istnienie "szarej strefy" niesłusznych skazań.
To nie zawsze muszą być sprawy o zabójstwo. Ale dla każdego człowieka skazanie - nawet w drobnej sprawie - może przekreślić życie. Każde skazanie jest dramatem, a szczególnie gdy dotyczy osoby niewinnej.
Jak to się stało, że Robert trafił na pana?
Spotkaliśmy się na początku postępowania. Zaproponowałem mu obronę. Powiedziałem, że będę z nim, nawet jeśli wszyscy się od niego odwrócą. Nie składałem obietnic co do wyniku, bo nie można ich składać na początku walki. Ale zapewniłem, że go nie zostawię. I z takim przekonaniem walczyliśmy przez wszystkie te lata.
Czy był moment, kiedy wszyscy się od niego odwrócili?
Na początku praktycznie nikt nie pisał o sprawie z wątpliwościami. Media opierały się na tym, co pokazywała prokuratura. Robert doświadczył publicznego linczu. W tamtym czasie to była śmierć cywilna. To, że to wytrzymał, traktuję jak cud. Nikt nie określał go inaczej niż "morderca", "bestia", "skóra", "kuśnierz". Nawet dziś wyrok uniewinniający nie wszystkich przekonuje. A to pokazuje, jak głęboka krzywda została wyrządzona.
Czy dlatego wziął pan udział w serialu "Morderca szyty na miarę"?
Chcieliśmy mieć jedno miejsce, w którym można opowiedzieć prawdę o tej sprawie. HBO wydało nam się rzetelnym partnerem. Zaufaliśmy twórcom, nie ingerowaliśmy w koncepcję reżysera. Zależało nam, by ta historia została przedstawiona w całości, w sposób spójny. Nie chcieliśmy udzielać dwudziestu wywiadów o fragmentach tej sprawy. Chcieliśmy jednego miejsca, gdzie ta historia mogłaby zostać opowiedziana.
Rozmawiała Karolina Stankiewicz, dziennikarka Wirtualnej Polski