Pięć godzin zemsty. Czy "Kill Bill" naprawdę potrzebował całości? [RECENZJA]
Prawie pięć godzin zemsty, hektolitry krwi i kino, które samo siebie cytuje. "Kill Bill: The Whole Bloody Affair" to spełnienie marzeń fanów i jednocześnie dowód, że nawet arcydzieła nie zawsze zyskują, gdy sklei się je taśmą w jedną, bardzo długą całość.
"Zemsta nigdy nie jest prostą drogą. To las. A w lesie łatwo zabłądzić, zgubić drogę, zapomnieć, którędy się weszło" - mówi Hattori Hanzo. I trudno o lepsze motto dla twórczości Quentin Tarantino, który od trzech dekad z uporem godnym japońskiego mistrza miecza tnie kino na własnych zasadach. Tnie gatunki, tnie konwencje, tnie dialogi na kawałki, z których powstają kulturowe cytaty. Tym razem jednak ostrze skierował w stronę własnej legendy.
"Kill Bill: The Whole Bloody Affair" to projekt-mit. Święty Graal fanów. Wersja, która przez lata krążyła w opowieściach, festiwalowych szeptach i internetowych forach. Oto "Kill Bill" w pierwotnym zamyśle. Jako jeden, blisko pięciogodzinny fresk zemsty. Bez podziału na tomy. Bez cliffhangerów. Bez czarno-białej autocenzury w scenie z Crazy 88. Bez kompromisu z wytwórnią.
Tylko że mit ma to do siebie, że lubi rosnąć w naszej wyobraźni. A rzeczywistość, nawet jeśli skąpana w hektolitrach krwi, bywa mniej efektowna.
Brutalna rzeź na wielkim ekranie. Zwiastun "Mortal Kombat II"
Nie ma wątpliwości: "Kill Bill: Vol. 1" i "Kill Bill: Vol. 2" to jedne z najważniejszych filmów XXI w. Być może ostatnie tak bezwstydnie autorskie blockbustery ery przedfranczyzowej. Pierwsza część - feeria barw, choreografii, popkulturowych cytatów, anime i samurajskiego sznytu. Draga - melancholijny western o macierzyństwie, stracie i przemocy jako języku miłości. Dwa różne rytmy, dwie różne temperatury, dwa różne filmy, które łączy postać Panny Młodej i obsesja na punkcie zemsty.
I właśnie ta różnica była ich siłą.
W wersji "The Whole Bloody Affair" wszystko zostaje zszyte w jedno ciało. Owszem, są dodatki: rozszerzona historia O-Ren Ishii, więcej dialogów, więcej krwi w scenie "House of Blue Leaves", brak finałowego cliffhangera z pierwszego tomu. Pojawia się nawet przerwa jak w starym kinie drogi.
Teoretycznie? Spełnienie wizji reżysera.
Praktycznie? Dostajemy monumentalny maraton, który chwilami przypomina bardziej fanowski fetysz kompletności niż organicznie płynącą opowieść.
Największym problemem tej wersji nie jest długość sama w sobie. Kino potrafi unieść cztery, a nawet pięć godzin, jeśli ma odpowiedni puls. Problemem jest to, że "Kill Bill" od początku był dyptykiem zbudowanym na kontraście. Pierwsza część kończyła się jak komiksowy zeszyt z dopiskiem "ciąg dalszy nastąpi". Druga była jak powieść drogi, która zwalnia, oddycha, pozwala bohaterce się skruszyć. Połączenie tych tonów w jedną, nieprzerwaną całość sprawia, że środkowy odcinek - między jatką w Tokio a filozoficzną rozmową o Supermanie - zaczyna się dłużyć.
Tak, scena z Crazy 88 w kolorze robi wrażenie. Tak, rozszerzone anime pogłębia motyw zemsty jako uniwersalnego języka tego świata. Tak, oglądanie tego na wielkim ekranie to doświadczenie wręcz transcendecyjne - czuć każdy strumień krwi, każdy cios, każdy trzask łamanej kości. Ale po trzech godzinach organizm zaczyna wysyłać sygnały ostrzegawcze. A kiedy Bill zaczyna swój wykład o Clarku Kencie, zamiast napięcia pojawia się znużenie. Bardzo długie znużenie.
Kill Bill: The Whole Bloody Affair (2025) Official Trailer - Uma Thurman
Paradoks polega na tym, że to wciąż znakomite kino. Uma Thurman jest tu absolutnym cudem aktorką, która niesie ten projekt na barkach. Montaż nadaje całości rytm, który w pojedynczych tomach był niemal perfekcyjny. Muzyka nadal działa jak osobny bohater. Każdy rozdział ma swój smak.
Ale razem? Razem to uczta tak obfita, że trudno ją strawić.
Można oczywiście powiedzieć: to wersja dla fanów. Dla tych, którzy chcą "więcej". Więcej krwi, więcej kontekstu, więcej Tarantino w Tarantino. Tyle że sztuka nie zawsze polega na tym, by dawać więcej. Czasem polega na tym, by wiedzieć, gdzie postawić kropkę. Podział na dwa filmy, co prawda wymuszony przez producentów, okazał się paradoksalnie błogosławieństwem. Dał każdej części oddech, osobną premierę, osobne życie w kulturze.
"The Whole Bloody Affair" odbiera im tę autonomię. Zamienia dwa współgrające ze sobą dzieła w jedną, masywną bryłę. Imponującą, owszem. Ale mniej zadziorną.
Czy warto zobaczyć to w kinie? Jeśli jesteś wyznawcą Tarantino - absolutnie. To doświadczenie niemal rytualne, rodzaj pielgrzymki do źródeł. Jeśli jednak kochasz "Kill Bill" za jego dwugłos, za to napięcie między komiksową operą przemocy a intymnym dramatem o matce - możesz wyjść z seansu z poczuciem, że coś się rozmyło.
Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Ale pięciogodzinna zemsta? Bywa ciężkostrawna. Tarantino spełnił marzenie swoje i fanów. Pytanie tylko, czy nie udowodnił przy okazji, że czasem mit działa lepiej niż jego spełnienie.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualna Polska