Ten film nie bierze jeńców. "Rosebush Pruning" podzieli widzów na całym świecie
Gwiazdorska obsada wciela się w jedną wielką dysfunkcyjną rodzinę, która w głowie ma wyłącznie pożądanie, seks i zazdrość. Pojawia się cienka granica między szarą codziennością a wkraczaniem w szaleństwo. Ta wybuchowa mieszanka nie ma prawa skończyć się happy endem.
"Rosebush Pruning" w reżyserii Karima Aïnouza było jednym z najbardziej oczekiwanych tytułów tegorocznego festiwalu filmowego w Berlinie. Co tu dużo mówić – to przejażdżka na której konwencję albo się godzisz, albo wychodzisz z kina po dziesięciu minutach. Nie znajdziemy tu nic pomiędzy.
Oficjalnie wrogowie, w łóżku kochankowie. Gorące nowości VOD
O fabule lepiej nie wspominać – warto jedynie wiedzieć, że u brazylijskiego reżysera mają miejsce zupełnie pokręcone rzeczy. Śledzimy losy bogatej rodziny, w której jakiejkolwiek konwenanse (czy też dobry smak) od dawna nie istnieją. Dziś rządzą wyłącznie perwersja i nienasycenie. Edowi (Callum Turner), Annie (Riley Keough), Jackowi (Jamie Bell) oraz Robertowi (Lukas Cage) jest wiecznie mało. Żadne z nich nigdy nie doświadczyło "normalnego" życia, a codzienność pod jednym dachem ze ślepym i zdrowo szurniętym ojcem (Tracy Letts) jedynie pogłębia tę spiralę nieczystości. W ich domu zaś roznosi się jeszcze bolesne wspomnienie o matce (Pamela Anderson), która z(a)ginęła w tragicznych okolicznościach.
Każdy ma swoje za uszami, a familia – uwięziona w luksusowym więzieniu – zaczyna interesować się sobą nawzajem, coraz częściej robiąc zwrot ku kazirodztwu. Tylko Jack próbuje wyjść z tych czterech ścian moralnej zagłady: jego życie zmienia się o 180 stopni, gdy poznaje atrakcyjną Marthę (Elle Fanning) – promyczek nadziei, bowiem to bodaj jedyna "normalna" osoba w tej spaczonej gromadzie. Ale czy na pewno? Czy ktoś o zdrowych zmysłach faktycznie chciałby spędzić resztę swojego życia z kimkolwiek z tej rodziny?
Ze sceny na scenę zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy i nie powinno nas to dziwić. Za scenariusz odpowiada Efthymis Filippou, stały współpracownik Yorgosa Lanthimosa. Gdyby ten film nakręcił sam Lanthimos, prawdopodobnie widzowie (oraz krytycy) byliby w stanie wybaczyć mu znacznie więcej.
Jedni mówiliby, że to powrót do korzeni, drudzy – że grecki reżyser wreszcie zdecydował się pójść na całość i ukazać kompletne "zezwierzęcenie" swoich bohaterów, trzeci – że to eksperyment narracyjny i każdy twórca tego typu może sobie w jakimś momencie swojego życia na to pozwolić. Jako że "Rosebush Pruning" nakręcił ktoś zupełnie inny, dziś znacznie łatwiej jest nam pastwić się nad tą satyrą. Hiperbola goni tu hiperbolę, a całość jest zbyt przestylizowana i teatralna. To konwencja, którą mało kto kupi. Ale przy Lanthimosie pialibyśmy z zachwytu lub przynajmniej udawali, że nam się podoba.
Aïnouz ze znaną sobie przekorą wobec tego, co szablonowe, miesza tu wiele znanych nam kulturowych tropów, choć udaje mu się nie dodać do jednego garnka zbyt wielkiej liczby składników. Pojawia się tutaj np. degrengolada, jaką znamy z Gombrowicza lub Mrożka – wydźwięk "Tanga" jest tu słyszalny przede wszystkim w drugiej części filmu. A do tego nawet jeśli "Rosebush Pruning" czerpie z klasyka Marco Bellocchio ("Pięści w kieszeni"), to wciąż ma w sobie coś z Lanthimosa. No i Passoliniego – można nawet rzec, że ta kpina z bogatych to "Teoremat" naszych czasów. Tutaj również – w spaczonej przez luksus rodzinie – pojawia się pewien intruz, który przekręca ich życie do góry nogami.
Zatem ten wybryk moglibyśmy nazwać czymś w rodzaju "Saltburn" na sterydach, ale byłoby to krzywdzące dla recenzowanego właśnie filmu. Ta pełna gwałtownych emocji przejażdżka jest czymś znacznie więcej; czymś, co nie da się tak łatwo zdefiniować przez pryzmat gatunkowych szufladek. Zamiast dialogowych deklaracji i łopatologicznego wyjaśniania fabuły rodem z filmu Emerald Fennell, liczą się tutaj wyłącznie czyny, gesty i spojrzenia. Twórcy odrzucają nachalną bezpośredniość na rzecz zabawy obrazem i niedopowiedzeniami. Od pierwszej sceny zaczynamy rozumieć, że już na starcie odchodzimy od pruderii na rzecz niekonwencjonalnych zachowań ekranowych bohaterów. Wyczekujemy, co tym razem wymyślą – nawet jeśli czujemy w kościach, że to nie będzie nic dobrego.
Najnowszy tytuł Aïnouza jest "sexy and fun", "cruel and weird, i tak dalej. Można tylko wymieniać: jeszcze wiele angielskich przymiotników na pewno sprawdziłoby się w tej zabawie. Tegoroczne Berlinale ma swojego "bangera", nawet jeśli ten nie spodoba się większości publiczności. To transgresywne doświadczenie niebiorące jeńców. Lub – film o ludziach, których na sto procent znaleźlibyśmy w aktach Jeffreya Epsteina.
Jan Tracz z festiwalu Berlinale.