Camerimage 2025. Zero seksu, agonia i ekstaza w "Testamencie Ann Lee"
Raz w agonii jest główna bohaterka "Testamentu Ann Lee", a raz widzowie. Ten film, o którym mówi się, że może powalczyć o Oscara, to jedna z najdziwniejszych i najbardziej pokręconych historii tego roku. Na pierwszym planie przywódczyni nowego ruchu religijnego.
Film z rodzaju tych wchodzących głęboko pod skórę i drażniących. O "Testamencie Ann Lee" nie da się pisać i mówić bez emocji. I choć bardzo nie lubię tego stwierdzenia, to w tym przypadku idealnie oddaje rzeczywistość: albo się ten film kocha, albo go nienawidzi. A że porusza temat religii graniczącej z fanatyzmem, to będzie się o nim sporo mówiło.
"Kultura WPełni". Daniel Olbrychski nie zamierza milczeć. "Dlaczego miałbym mieć odebrany głos?"
Mamy XVIII wiek, Manchester i wgląd w życie pewnej biednej rodziny, której egzystencja była prosta: pracowali i dorośli, i dzieci, by coś zarobić na to życie. Ann pracowała już jako mała dziewczynka. W domu nie miała żadnych wzorców, matka nie reagowała na krzywdę dzieci. Mała Ann już jako dziecko zaczęła kojarzyć seks jako coś grzesznego i obrzydliwego, patrząc na rodziców robiących "to". "To" dalekie było od miłości, pożądania czy w ogóle przyjemności, a bliższe do dość obrzydliwego obowiązku, który matka spełniała z przyciśniętą do jej ust ciężką ręką męża. Ann chcąc czy nie, widziała to, a w jej dziecięcej wyobraźni mnożyły się obrazki jak z biblijnego piekła. Będzie miało to na nią potężny wpływ.
Gdy po latach sama znajduje się w sytuacji, w której musi spełniać "małżeński obowiązek", nie protestuje. Mąż robi, co chce, a ona rodzi kolejne dzieci, które szybko umierają. Widzowie dostają graficzne obrazy porodów - takich scen Amanda Seyfried jeszcze w swojej karierze nie miała. Po czwartym zmarłym dziecku Ann trafia do kwakrów - ruchu religijnego prowadzonego przez pewne małżeństwo, które odrzuciło cielesne przyjemności, by służyć Bogu. Ich modlitwy są bardzo specyficzne, bo wypełnione tańcem i ruchem, połączeniem tańca, orgii, transu i swoistego egzorcyzmu.
Ann szybko staje się przywódczynią ruchu szejkersów, którzy fanatycznie oddają się modlitwom. Dziewczyna głosi, że jest żoną Jezusa, matką swoich wyznawców. Gdy w Anglii zaczyna jej grozić realne niebezpieczeństwo ze strony władz, szuka drogi, by zacząć swoją misję w innej części świata.
"Testament Ann Lee" to film inny niż wszystkie. Zrobiło się o nim głośno po tegorocznym festiwalu w Wenecji i trudno się dziwić. Ależ się człowiek gotuje od emocji w trakcie seansu. Są sceny, które wkurzają, szczególnie te, w których Ann przekonana jest o swojej świętości i nieomylności. Jej duchowość dla wielu z nas widzów będzie określana w tym wkurzeniu jako chory fanatyzm.
Ale czy szejkerzy robią coś złego? Ann buduje społeczność, w której wszystko jest wspólne, w której panuje celibat, kult matki i przekonanie, że Bóg ma dwie płci. Dlaczego właśnie w naszym przekonaniu są fanatykami? Pod tym względem "Testament" szybko nie daje spokoju, bo po seansie trudno nie zadawać sobie pytania: jaka religia jest okej, a jaka nie?
"Testament" to wyjątkowo dziwny i szalony film. Pełen ekstatycznego tańca, musicalowych kawałków, choreografii rozpisanych na kilkunastu a może i kilkudziesięciu aktorów i mało znanych historii z czasów pierwszych osadników na amerykańskiej ziemi. Amanda Seyfried jeszcze nie miała takiej roli, takich scen i takich wyzwań, w których musiałaby tak wykorzystywać swoje ciało. Czy to będzie Oscar? Choć Seyfried tym filmem zwraca na siebie uwagę, to finalnie jej Ann Lee brakuje - nomen omen - głębi. Dostajemy ekscentryczny, a momentami kuriozalny musical, w którym niewiele jest prawdziwych przeżyć głównej bohaterki, postaci historycznej.
Ten bardzo osobliwy film pojawi się w polskich kinach 13 marca 2026 r., czyli na moment przed ceremonią rozdania Oscarów. Polscy widzowie będą więc mieli już wiedzę, czy idą na film dostrzeżony nominacjami przez Akademię Filmową. Tymczasem film wyświetlany jest w ramach pokazów specjalnych na Energa Camerimage w Toruniu.