"Zaczęło się niewinnie". SB namawiało ją do obrzydliwych rzeczy
W wieku 77 lat odeszła od nas Bożena Dykiel. Była jedną z ulubionych polskich aktorek w czasach PRL. Jej popularność starały się wykorzystać komunistyczne Służby Bezpieczeństwa. Gdy nie udało im się jej zwerbować, to zaczęli uprzykrzać aktorce życie.
Dzięki występowi w słynnej inscenizacji "Balladyny" w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, Dykiel dostała się na "salony", nawiązując znajomości z ważnymi osobistościami. Jedną z nich był II sekretarz ambasady RFN Frank Elbe, który chętnie zapraszał wschodzącą gwiazdę na swoje przyjęcia.
"Kultura WPełni". Daniel Olbrychski nie zamierza milczeć. "Dlaczego miałbym mieć odebrany głos?"
"Zaczęło się niewinnie: umówili się ze mną panowie, którzy przedstawili się jako dziennikarze. Przyjechali z bukietem kwiatów i zabrali do hotelu MDM" – opowiadała Bożena Dykiel w rozmowie z magazynem "Wprost". "Dziennikarze" okazali się podpułkownikami SB. Dykiel otrzymała pseudonim "Żena".
Z raportów służb wynika, że zobowiązała się do zachowania w tajemnicy rozmowy z esbekami, ale nigdy nie przyjęła od SB pieniędzy i mimo licznych nagabywań bardzo niechętnie godziła się na następne spotkania. W końcu Dykiel zdecydowanie odmówiła kontaktów. Ale to tylko rozjuszyło ubeków, którzy postanowili podjąć bardziej radykalne kroki w stosunku do aktorki.
Od tamtej pory Dykiel znalazła się pod stałym nadzorem, śledzono ją i członków jej rodziny, przechwytywano korespondencję i kazano się stawiać aktorce na kolejnych zebraniach, na których próbowano ją zmusić do uwiedzenia i zaciągnięcia ambasadora RFN do łóżka.
Dopiero gdy Frank Elbe wyjechał z kraju, Dykiel odzyskała spokój. Jak podkreślała aktorka w rozmowie z "Wprost", mimo nacisków, nigdy się nie złamała, "nie była agentką SB, lecz ofiarą". "Na żadną Matę Hari się nie nadawałam. Chcieli mi złamać życie i karierę, choć im nic nie zrobiłam. Jeszcze dziś myślę o tym wszystkim ze wstrętem" – komentowała Bożena Dykiel.