Pokochacie ten kamień. Najbardziej zaskakujący bohater roku
Ryan Gosling wyrusza w kosmos, by ocalić ludzkość, a tam spotyka ożywiony kamień, z którym się zaprzyjaźnia. Brzmi absurdalnie, ale to jedna z najbardziej uroczych historii sci-fi, jakie oglądaliśmy w kinie. Pokrzepiający film o międzygalaktycznej przyjaźni ma jednak odrobinę gorzki posmak.
Osamotniony człowiek w kosmosie to motyw przewijający się w twórczości Andy’ego Weira, którego powieść "Marsjanin" z 2011 r. została z sukcesem przeniesiona na ekran przez Ridleya Scotta. W główną rolę wcielił się Matt Damon, który po nieudanej operacji kosmicznej musiał wykorzystać całą dostępną sobie wiedzę technologiczną i biologiczną, by przetrwać na Marsie do czasu, aż zostanie ocalony.
Za przeniesienie na ekran innej powieści Weira "Projekt Hail Mary" zabrali się twórcy "Lego: Przygody" Phil Lord i Christopher Miller. Bohater tej historii Ryland Grace, tym razem grany przez Ryana Goslinga, wyrusza dalej w kosmos niż na Marsa po to, by znaleźć "lekarstwo" na zaatakowane przez pasożyty słońce i tym samym ocalić ludzkość.
Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem i bohater budzi się z lukami w pamięci na statku kosmicznym, na którym pozostała część załogi umarła. Zbierając fragmenty wspomnień i wskazówek, stopniowo dowiaduje się, na czym polega jego misja i próbuje ustalić, co zrobić, by ocalić świat.
Przegrany Oscarów? "Avatar" znów bez szans na główne nagrody
Wkrótce okaże się, że nie jest jedyną istotą, która próbuje znaleźć sposób na pasożyty. Aby tego dokonać, będzie musiał zacząć współpracować z... obcym. Równolegle do zmagań bohaterów w kosmosie poznajemy w retrospektywach historię Grace’a i tego, jak znalazł się w kosmosie. I jeśli się nad tym zastanowić, wcale nie jest to przyjemna opowieść.
Co ciekawe, obcy nie ma twarzy, jego ciało zbudowane jest z kamieni, a kształtem przypomina czteronogiego kraba. Mało plastyczna i mało humanoidalna forma, o dziwo, podbija serca widzów w miarę, jak zdobywa sympatię Grace’a. To dzięki wysiłkom Ryana Goslinga, z zaangażowaniem odgrywającego osamotnionego kosmonautę, który - by zaradzić swojej samotności - jest w stanie zaprzyjaźnić się nawet z kamieniem (czule nazywa go "Rockym").
O ile "Marsjanin" zdobył szerokie uznanie za naukowe ugruntowanie i jest określany jako jeden z najbardziej realistycznych filmów kosmicznych wszech czasów, o tyle "Projektowi Hail Mary" daleko do takiego podejścia. Choć Weir zadbał o to, by w jego historii nie pojawiały się zielone człekokształtne istoty, a zagrożenie nie było związane z nalotem pozaziemskich oprawców na naszą planetę, tutaj się kończy realizm.
Jego historia o międzygalaktycznej przyjaźni jest urocza, ale i bardzo naiwna. Już sam fakt, że wystarczy prosty translator, by dźwięki wydawane przez kamień przełożyć z powodzeniem na angielski i na odwrót, jest ogromnym uproszczeniem. Innym uproszczeniem jest łatwość, z jaką Grace i Rocky odkrywają sposób na rozwiązanie problemu.
Jeśli przymkniemy oko na te naiwności i przyzwyczaimy się do faktu, że w sumie oglądamy film, na który śmiało można zabrać dziecko, czeka nas niezła rozrywka ze wspaniałymi obrazkami z kosmosu. Będziecie kibicować, śmiać się i wzruszać. I dopiero po wyjściu z kina przychodzi refleksja.
"Projekt Hail Mary" to pokrzepiająca historia, ale ma ona gorzki posmak. Bo czy naprawdę jesteśmy już jako ludzkość w takim miejscu, że podstawowych wartości, jak przyjaźń, wspólna praca czy dążenie do porozumienia, musimy szukać w kosmosie?
Karolina Stankiewicz, dziennikarka Wirtualnej Polski