"Pomoc domowa". Erotyczny thriller, od którego nie da się oderwać
Są takie filmy, po obejrzeniu których pojawia się w głowie jeden, głośny komentarz: "Co ja właśnie zobaczyłam?". "Pomoc domowa" to jedna z takich produkcji, o której szybko się nie zapomina. Oj, nie.
To już na starcie, gdy ogłoszono obsadę, wyglądało trochę absurdalnie. Amanda Seyfried i Brandon Sklenar jako para małżonków, którzy ukrywają jakiś sekret. Sydney Sweeney jako ich pomoc domowa, a Michele Morrone - wielki Włoch odkryty przez Blankę Lipińską i ekipę twórców erotyka "365 dni" - jako tajemniczy ogrodnik. Za kamerą zaś Paul Feig, który po premierze "Kolejnej zwyczajnej przysługi" (gdzie także grał Morrone) zasiał w wielu widzach na świecie wątpliwość, czy robi sobie żarty, kręcąc te filmy, czy po prostu tak sprawnie wodzi nas wszystkich za nos, mieszając komedię z dramatem tak, jak wielu by się raczej nie odważyło.
"Pomoc domowa" to thriller z gwiazdorską obsadą. Trzyma w napięciu
"Pomoc domowa" ma w sobie jednak trochę więcej rozsądku niż wspomniana "Kolejna zwyczajna przysługa", gdzie absurd gonił absurd. W tym nowym szaleństwie jest metoda, która pięknie doprowadzi do dość niespodziewanego i może nawet niespotykanego ostatnio w kinie finału.
Ale od początku! Sydney Sweeney wciela się w przeoraną przez życie Millie Calloway, która desperacko szuka pracy, by nie musieć spać w aucie na parkinach i móc powiedzieć swojej kuratorce, że nawet zaczęło jej się układać. Dlaczego ma dozór? To odkrycie godne finału, więc nie spojlerujemy. Dziewczyna ściemnia w swoim CV i stara się o posadę pomocy domowej w eleganckim domu państwa Winchesterów. Rozmowę z nią prowadzi piękna, urocza i perfekcyjna Nina (Amanda Seyfried), żona jeszcze piękniejszego lekarza, Andrew (Brandon Sklenar). Hollywood już dawno nas nauczyło, że jeśli pokazuje się nam takie perfekcyjne obrazki, to z drugiej strony jest dość mrocznie. Dlatego już pierwszego dnia pracy Millie zaczyna doświadczać przemocy psychicznej ze strony pani domu. Mówiąc kolokwialnie, urządza jej piekło. Kto nie wytrzyma?
"Pomoc domowa" zapowiadała się jak najprawdziwsza szmira. Romansidło z kiosku, które wyśmiejemy i szybko o nim zapomnimy. I co ważne, że będzie to gwóźdź do trumny z karierą Sydney Sweeney, która ostatnio ma fatalną prasę. Filmy tej świetnie zapowiadającej się jeszcze parę lat temu aktorki w poprzednich miesiącach zaliczały porażkę. "Christy" miała być pretendentem do Oscarów, a w Stanach, gdzie film już miał premierę, nikt tego nie chciał oglądać. Podobny los spotkał "Eden" i "Kresy szczerości". Sweeney, bohaterka skandalu wokół reklamy jeansów, nie może odbudować swojej pozycji w Hollywood.
"Pomoc domowa" daje jej niewielkie odkupienie. Do roli pomocy domowej - dziewczyny desperacko pragnącej pieniędzy i uwagi - nadaje się doskonale. Jej Millie jest naiwna, za co ponosi karę.
Amerykanie chyba jeszcze nie są gotowi na nowo polubić Sweeney, bo film w Stanach zarobił zaledwie 18 mln dolarów przy budżecie 35 mln dolarów. Jeszcze nie można mówić o sukcesie. Producenci więcej z pewnością wydali na gaże aktorów, niż zarobili z biletów, ale krążące już pozytywne recenzje "Pomocy domowej" mogą twórcom dawać nadzieje, że ten wynik jeszcze się poprawi.
Bo po tej długiej litanii dotyczącej naszych oczekiwań względem "Pomocy domowej", która zapowiadała się na film bardzo, bardzo niskich lotów, to trzeba przyznać, że to jest pokręcona, ale bardzo udana produkcja, od której trudno się oderwać. Seyfried w swoim szaleństwie jest perfekcyjna, Sweeney też sobie radzi ze scenariuszem. Feig usypia czujność widzów, by dać nam potem szereg zwrotów akcji, dzięki którym "Pomoc domowa" to całkiem niezła rozrywka, którą można spokojnie zaplanować na wieczorną randkę. Film przemyślanie przerysowany tam, gdzie trzeba. Ciekawie podjęte są tu też trudne tematy godne solidnych dramatów, z których nie powinno się żartować. Smarzowski na pewno by się nie śmiał.
Magdalena Drozdek, dziennikarka Wirtualnej Polski