Zdradziecki wyciskacz łez. Jak poetyka "Hamneta" neutralizuje druzgocący przekaz symboliczny? [OPINIA]
Wszyscy zachwycają się "Hamnetem". Tymczasem dla mnie ten wyciskacz łez to listek figowy skostniałej narracji kulturowej.
"Hamnet" w reżyserii Chloé Zhao otrzymał osiem nominacji do Oscara. Powalczy o statuetki w kategoriach: "Najlepszy film", "Najlepsza aktorka pierwszoplanowa", "Najlepszy reżyser", "Najlepszy scenariusz adaptowany", "Najlepsza muzyka oryginalna", "Najlepszy casting", "Najlepsza scenografia" oraz "Najlepsze kostiumy".
Oscary przyznawane są za osiągnięcia artystyczne i techniczne w filmie i tu się zgodzić bezdyskusyjnie muszę. Był to film ze świetną grą aktorską, doskonałą scenografią i zdjęciami. Mój problem z oceną tego filmu zaczyna się jednak na poziomie metanarracyjnym. Czy tylko ja, oglądając go, miałam wrażenie, że coś tu nie gra?
Zwykły film o wampirach? "Grzesznicy" to emocjonalny walec
"Hamnet" to produkcja mroczna, brutalna, przepełniona żalem i cierpieniem bohaterów. I mogłoby się wydawać, że ważna, bo poszerzająca recepcję postaci Shakespeara o biograficzny (choć fikcyjny) wymiar. Widz dostaje opowieść o brytyjskim artyście z pozornie innej perspektywy - przesuniętej w sposób dyskursywny z postaci samego twórcy na doświadczenie jego żony.
Ale przyjrzyjmy się temu nieco bardziej krytycznie. Strategia koncepcyjna, która ma - jak mniemam, ale może się mylę - uchodzić za feministyczną i stanowić subtelne zmiękczenie wieków patriarchalnej narracji i uhonorowanie wątków pobocznych w historii geniusza epoki elżbietańskiej, paradoksalnie tylko ją umacnia.
Film ten jest bowiem doskonałym przykładem mechanizmu obrazującego sytuację, w której afekt wywołany poetyką przekazu obezwładnia jego druzgocący przekaz. No bo moi drodzy, zauważmy, że bijące z tego filmu cierpienie bohaterki nie jest wbrew pozorom emancypacyjne, a stanowi jedynie funkcjonalny gest, wspierający męski punkt widzenia.
"Hamnet" bezlitośnie wyciskał ze mnie łzy, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to wszystko to jest jakaś perswazyjna sztuczka. Łzy wzruszenia przysłoniły widzom fakt, że pod płaszczykiem trudnych emocji i rozdzierających serce kadrów, cichaczem wtłaczany jest im skostniały wzorzec kulturowy.
Dziwię się, że radykalne feministki siedzą cicho, bo jak młotem uderzył mnie sposób, w jaki wykorzystano w tej produkcji dyskurs feministyczny. "To historia trudna, lecz opowiedziana pięknymi kadrami, wypełniająca lukę w biografii Szekspira" - czytam w recenzjach filmu. No i dokładnie tak jest. Ta poboczna historia z życia Shakespeara służy w tym przypadku jedynie umocnieniu patriarchalnego porządku.
Narracja tego filmu zbudowana jest na klasycznej dychotomii natura-kultura, utrwalającej ten podział poprzez tendencyjny dobór płci, którego objaśniać w tym przypadku raczej nie trzeba. Dychotomia ta wspierana jest dodatkowo poprzez symboliczne obudowanie postaci Agnes i Williama, wpisywanych w dwa odmienne porządki wyobraźni: jeden związany z przednowoczesnym doświadczeniem świata, osadzonym w cielesności, intuicji i rytmie natury, przywołującym jeszcze średniowieczną wizję egzystencji. Drugi zaś z rodzącym się nowoczesnym projektem kultury, opartym na języku, reprezentacji i sublimacji, i który wyraźnie zapowiada już renesansowy sposób myślenia o sztuce i podmiocie.
Agnes, konsekwentnie konstruowana, jest "dzikuską", która jawi się w tym filmie jako istota przedkulturowa, działająca z poziomu intuicji, zanurzona w naturze i cielesnym doświadczaniu świata. Zostaje przy tym jednocześnie obudowana szeregiem motywów odsyłających do średniowiecznej wyobraźni cierpienia.
Co ciekawe, odwołania do stabat Mater dolorosa czy danse macabre nie są dla mnie ani trochę subwersywne i służą wyłącznie estetyzacji kobiecej straty i wpisaniu jej w jakiś szerszy porządek. Co więcej, cierpienie bohaterki zatrzymuje się na poziomie ciała i nie zostaje przez nią przepracowane. Staje się za to surowcem dla narracji, która swój sens rezerwuje dla przestrzeni kultury - czyli dla sztuki tworzonej przez Williama.
To cierpienie zostaje jej przez niego, najprościej mówiąc, odebrane i złożone w ofierze na stole produkcji kulturowej, gdzie zostaje przekazane masom do skonsumowania. To symboliczne przejęcie dyskursu realizuje się w końcowych scenach filmu, kiedy Agnes po raz pierwszy konfrontuje się z przestrzenią sztuki.
Jej początkowa reakcja, przejawiająca się niezgodą, dezorientacją i brakiem zrozumienia dla sytuacji, zostaje przedstawiona jako świadectwo jej kulturowej nieprzystawalności. Samo zaś ostateczne "rozpuszczenie się" Agnes w tej sztuce, wyrosłej z ich wspólnej, rodzinnej tragedii, nie stanowi jak dla mnie momentu wzruszającego pojednania, ale akt symbolicznego wywłaszczenia. Jej doświadczenie zostaje przejęte, przetworzone i utrwalone w formie, która będzie przez kolejne wieki poruszać innych. Niestety, już poza jej podmiotowością.
Tak naprawdę ta wzruszająca opowieść o samotnym cierpieniu Agnes, pozbawionej wsparcia w doświadczaniu straty i żałoby, działa metanarracyjnie jako usprawiedliwienie męskiej nieobecności. Jej ból, ukazywany jako cielesny, a przez co i prymitywny, zostaje skonfrontowany ze szlachetnym gestem sublimacji, który legitymizuje ucieczkę Williama od trwania w bolesnym doświadczeniu w obszar kultury i twórczości, czyniąc jego oddalenie od życia wspólnego nie tylko zrozumiałym, ale nawet koniecznym.
Ostatnia, symboliczna scena "Hamneta", domyka jak dla mnie ten proces, będąc metaforą wchłonięcia żeńskiego dyskursu przez męską narrację. Zatem albo film ten jest ironicznym głosem reżyserki, pokazującym w bolesny sposób, jak dyskurs feministyczny jest wykorzystywany do wzmacniania męskiej narracji, albo jeszcze bardziej bolesnym przykładem bezmyślnego reprodukowania wzorców we współczesnej kulturze.
I choć produkcja ta miała być prawdopodobnie po prostu obrazem bolesnego, lecz pięknego procesu twórczego przekształcenia cierpienia w sztukę, to na poziomie metanarracyjnym stała się utrwalaczem patriarchalnego wzorca, zgodnie z którym to, co męskie, związane jest z porządkiem kultury i budowaniem trwałych wartości, podczas gdy to, co kobiece, przynależne do porządku natury, zostaje zredukowane do tego, co wątłe, dzikie i potrzebujące ujarzmienia. Efektem ubocznym tej tkliwej historii jest smutny fakt, że mimo iż kamera konsekwentnie pozostaje przy kobiecie, opowieść i tak należy do mężczyzny.