Trwa ładowanie...
annie

"Annie": Dziewczynka z Manhattanu [RECENZJA]

Share
"Annie": Dziewczynka z Manhattanu [RECENZJA]
d3a0kni

*"Annie" to urokliwa i wzruszająca, współczesna baśń dla zadziornych małych dziewczynek, zapracowanych dużych chłopców i tych, którzy mają odwagę znaleźć w sobie dziecięcą szczerość, niewinność, spontaniczność i radość życia. Dobre aktorstwo, niezła reżyseria oraz scenariusz odwołujący się do prostych emocji to elementy, które potęgują każde z wymienionych wrażeń. Z rytmu narracji wybijać mogą tylko wyśpiewywane przez aktorów niefortunne piosenki – co dosyć zaskakujące, skoro mamy do czynienia z musicalem.*

Gluck pokusił się o realizację remake’u, a to zawsze ryzyko. „Annie“ wystawiono na scenie w 1977 roku; pięć lat później John Huston nakręcił filmową wersję losów sierotki, która trafia do domu milionera, co odmienia nie tylko jej życie, ale i jego serce. Gluck naturalnie unowocześnił opowieść, która pierwotnie rozgrywała się w latach 30. XX wieku, wpisał ją w entourage barwnych dzielnic Nowego Jorku i obdarował postaci komediodramatu Thomasa Meehana zestawem nowych cech. Panna Hannigan (świetna Cameron Diaz!) nie jest już okrutną dyrektorką sierocińca, ale sfrustrowaną niedoszłą gwiazdą rocka, która żyje z zasiłku, jaki otrzymuje występując w roli zastępczej matki piątki sierot. Annie nie ma z kolei rudej czupryny, którą urzekała Aileen Quinn u Hustona, ale burzę czarnych loków.

Decyzja obsadzenia Quvenzhané Wallis („Bestie z południowych krain“) w roli rezolutnej sieroty okazała się jednak strzałem w dziesiątkę, bo bez niej film nie miałby charakteru. Annie jest odważna, piekielnie inteligentna, nie boi się okazywać emocji, biega po nowojorskich ulicach jakby znała je jak własną kieszeń i nie patrząc pod nogi, wpada w ramiona swojemu przeznaczeniu. Dziś nie ma ono sympatycznej twarzy Alberta Finneya. W rolę wybawcy, który nie pozwala Annie zginąć pod kołami ciężarówki, wciela się egocentryczny właściciel firmy produkującej smartfony nowej generacji. Will Stacks (Jamie Foxx) to też kandydat na stanowisko burmistrza. Annie spada mu na głowę jak manna z nieba. Chwilę wcześniej Stacks opluł bezdomnego, któremu miał nałożyć posiłek. Annie nie popisała się w szkole. Oboje mają przed czym uciekać, nic więc dziwnego, że los przecina ich ścieżki.

On jest dla niej szansą na lepsze życie, ona dla niego najlepszym chwytem marketingowym. Annie uwolni się spod władzy ciągle lekko podpitej Hannigan; Will zajmie się sierotą i słupki w plebiscycie popularności od razu podskoczą do góry. Gra toczy się o najwyższą stawkę, jej reguły są jasne. Annie jest zbyt inteligentnym dzieckiem, by nie wiedzieć, po co jest potrzebna i na czym współczesny świat stoi. W jej dziecięcej, nieskrępowanej szczerości kryje się jednak siła wywrotowa historii Glucka. O ile za fabularne zwroty akcji w dużej mierze jest odpowiedzialny charakter spod ciemnej gwiazdy – doradca kreujący medialny wizerunek Willa Stacksa (Bobby Cannavale), o tyle sam Will daje się podejść tylko Annie. Urokliwa mała dziewczynka stopi serca nie tylko wyborców, ale i rozkocha w sobie samego polityka.

Nic w kwestiach fabularnych nie zaskakuje (może prócz kilku niewiarygodnych okoliczności, na które – z racji wpisania historii w konwencję współczesnej baśni – można przymknąć oko). Zadziwiająco źle wypadają tylko numery muzyczne, których obecność jest o tyle nachalna, co zupełnie niepotrzebna. W jednej ze scen panna Hannigan spotyka się z doradcą Stacksa i kiedy ten zaczyna wyśpiewywać swój plan na sukces, będąca na rauszu matka zastępcza najpierw nie dowierza swoim uszom, potem pyta ludzi wokół, czy to naprawdę się dzieje. Każdą ze scen muzycznych można było śmiało wyrzucić, a dwugodzinny film skrócić o dobre trzydzieści minut. Skupienie się na relacjach bohaterów wystarczyłoby w pełni, by wzbudzić wzruszenie i sprawić, byśmy na chwilę oderwali się od szarej codzienności, w której na bajki o pucybutach, milionerach i Kopciuszkach zwykle nie ma miejsca.

Ocena: 6/10

d3a0kni

Podziel się opinią

Share
d3a0kni
d3a0kni