Dziewczyna Bonda w nowej roli. Do obejrzenia na własną odpowiedzialność
W 2007 roku Eva Green otrzymała nagrodę BAFTA (brytyjskiego Oscara) w kategorii największa aktorska nadzieja kina. Czy spełniła pokładane w niej nadzieje? Mimo upływającego czasu, wciąż zachwyca urodą. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o filmach, w których obecnie występuje.
Nagrodę BAFTA Eva Green otrzymała po występie w filmie "Casino Royale". W rankingach na najlepszą dziewczynę Bonda zawsze klasyfikowana jest bardzo wysoko, jeśli nie na pierwszym miejscu. Jej filmowa bohaterka wyróżniała się nie tylko urodą, ale też była postacią złożoną, inteligentną, moralnie niejednoznaczną. Green z Daniel Craigiem stworzyła chyba najbardziej elektryzujący duet w historii filmów o agencie Jej Królewskiej Mości.
Sharon Stone o polskim prezydencie: Uwielbiam go, jest najlepszy!
Przed Bondem Green zagrała odważną rolę w "Marzycielach" Bernardo Bertolucciego, później była gwiazdą takich produkcji, jak "Pęknięcia", "Mroczne cienie" Tima Burtona, "300: Początek imperium", "Sin City: Damulka warta grzechu", serialu "Dom grozy" czy "Prawdziwej historii" Romana Polańskiego. Aktorka stała się czołową femme fatale światowego kina, co w dłuższej perspektywie okazało się zawodową pułapką.
W ostatnich latach Evę Green omijają dobre filmy i dobre role. Oczywiście jako Milady de Winter w nowej ekranizacji powieści Aleksandra Dumasa wypadła dobrze, ale niczym już widzów nie zaskoczyła. To znów była femme fatale. Może dlatego Green zdecydowała się zagrać w kinie akcji pt. "Anioły wojny". Wcieliła się w nim w twardą marines, która wraz z małym oddziałem wyrusza do Afganistanu, aby odbić porwane przez ISIS kobiety.
Niestety, "Anioły wojny" zebrały fatalne recenzje. "Jeśli szukasz bezmyślnej przemocy w stylu retro, film mógłby spełnić twoje oczekiwania... gdyby tylko nie był taki nudny. Nie wykorzystuje potencjału nikogo i niczego. Nie tylko Evy Geen, ale także Marii Bakalovej i Ruby Rose" – czytamy w recenzji Randy’ego Myersa.
Aż trudno uwierzyć, że ten chaotyczny i bardzo źle wyreżyserowany akcyjniak nakręcił Martin Campbell. Ten sam, który zrealizował "GoldenEye" oraz "Casino Royale", a więc filmy, który wprowadzały nowego odtwórcę głównej roli do serii o agencie 007. Z tego zadania Campbell wywiązał się tak znakomicie, że chciałoby się zobaczyć go na stanowisku reżysera najnowszej części Jamesa Bonda. Jednak już nie po obejrzeniu "Aniołów wojny". Film jest obecnie numerem jeden w Polsce na platformie Canal+. Do obejrzenia tylko na własną odpowiedzialność.