Przebój czasów PRL. "Pierwszy rozebrałem przed kamerą Szapołowską"
Nie było i już chyba nie będzie w polskiej kinematografii tak oryginalnego i trudnego w ocenie stróża prawa, jakim był porucznik Borewicz. 25 listopada minęła 49. rocznica premiery pierwszego odcinka "07 zgłoś się", najpopularniejszego polskiego serialu kryminalnego. Nie tylko czasów PRL.
Wielbiciele serialu "07 zgłoś się", a wciąż jest ich bardzo dużo (o czym świadczą wyniki oglądalności kolejnych jego powtórek w telewizji), zapewne doskonale pamiętają to zdanie wypowiedziane przez Sławomira Borewicza: "Funkcjonariusz milicji, na wódkę w biały dzień, w godzinach pracy? Z najwyższą przyjemnością". Borewicz zupełnie nie pasował ani do wizerunku milicjanta narzucanego przez peerelowskie media, ani do stereotypu stróża prawa.
Nela Maciejewska i Maciej Stuhr o serialu "Glina". "Ukłon w stronę widza"
Był inteligentny, dowcipny, czarujący, oczytany. Miał szerokie horyzonty i krytycznie patrzył na otaczającą go rzeczywistość. Jak pamiętamy, stary porządek w serialu reprezentował porucznik Zubek, mentalnie tkwiący w epoce Gomułki. Zubka też można było jednak polubić. Gorzej było z jego następcą i zarazem siostrzeńcem porucznikiem Jaszczukiem. On reprezentował czasy, które nadeszły wraz z rządami ekipy Wojciecha Jaruzelskiego.
Borewicz miał jednak swoje wady, które w oczach niektórych widzów przewyższały zalety. Uważano na przykład, że poprawiał wizerunek instytucji, która w czasach PRL nie zasługiwała na zbyt wielki szacunek. Poza tym, jak twierdził krytyk Wojciech Orliński w "Gazecie Telewizyjnej" (recenzja przytoczona w książce "Kultowe seriale" Piotra K. Piotrowskiego): "zły porucznik jest postacią jawnie antypatyczną. To kawał cynicznego chama. (…) Poznajemy Borewicza jako damskiego boksera, milicjanta rzucającego pogróżkami typu ‘chcesz zginąć przy probie ucieczki?’, podrywacza molestującego seksualnie koleżanki z pracy. Nie mamy powodów by go polubić".
Większość widzów znalazła jednak wiele powodów, by polubić porucznika Borewicza. Na przykład za poczucie humoru i autoironię. "Jest świadomy, że jego profesja nie budzi entuzjazmu społeczeństwa, a milicjant w PRL-u to ulubiony bohater dowcipów. (…) Wie, że ludzie nie lubią milicji, ale ma też świadomość, że czasami bardziej nie lubią bliźnich, którym chętnie podłożą świnię. (…) Gdy skradziono plany jakiegoś urządzenia, wyklucza motyw szpiegowski, argumentując, że co najwyżej mogliby zmniejszyć tempo naszego opóźnienia w stosunku do światowej motoryzacji" – czytamy w "Kultowych serialach".
Po latach od premiery "07 zgłoś się" ważniejsze niż intryga kryminalna jest tło serialu, postacie, które także dziś ciekawie i wielowątkowo opowiadają nam o polskim społeczeństwie PRL i przemianach, jakie w nim zachodziły (serial kręcony był w latach 1976-1987). Jego scenerią jest hotel Victoria i biurowiec Intraco w Warszawie, Dworzec Centralny, Grand Hotel w Sopocie, stacja Agip, wille ludzi z tzw. prywatnej inicjatywy.
Serial pokazuje środowisko, do którego niekoniecznie PRL chciała się przyznać, ale które tolerowała od początku gierkowskiej dekady. Produkcja odzwierciedla też społeczeństwo, w którym pragnienia niebanalnego życia nie potrafił zabić żaden ustrój.
‘"07 zgłoś się" został też zapamiętany nie tylko z ról Bronisława Cieślaka, Zdzisława Kozienia czy Jerzego Rogulskiego. W serialu pojawiło się też wiele znakomitych polskich aktorek. Niektóre z nich zgodziły się zagrać w roznegliżowanych scenach. Krzysztof Szmagier, reżyser "07 zgłoś się", a wcześniej serialu "Przygody psa Cywila", w rozmowie z Piotrem K. Piotrowskim w żołnierskich słowach powiedział, z czego jest dumny: "Z cywilnego psa zrobiłem milicyjnego, z dziennikarza zrobiłem aktora i pierwszy rozebrałem przed kamerą Grażynę Szapołowską".