Trwa ładowanie...
dm01kcw
Aktualności

''Mów mi Vincent'' - Święty, święty, Vincent z baru obok [RECENZJA]

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
''Mów mi Vincent'' - Święty, święty, Vincent z baru obok [RECENZJA]
dm01kcw

Kim jest Theodor Melfi? Czy warto iść do kina na jego film? Trudno powiedzieć. Bez wątpienia warto jednak spędzić nieco ponad półtorej godziny w towarzystwie Billa Murraya, który z sukcesem niesie film Melfiego na swoich barkach. Historia o zgryźliwym tetryku, z którego ironiczny los czyni opiekunkę do dziecka, nie jest szczególnie oryginalna, bo bieg wypadków łatwo przewidzieć, ale od aktorskich wyczynów Murraya, Melissy McCarthy i Naomi Watts nie sposób oderwać wzroku.

Bill Murray dał się już poznać jako ironiczny, odrobinę cyniczny, ale w głębi duszy ciepły, czuły i samotny starszy mężczyzna, który obrócił się do życia plecami w tym samym momencie, w którym ono się na niego wypięło. W znakomitym mini-serialu Lisy Cholodenko „Olive Kitteridge“ Murray zagrał Jacka Kennisona, którego główna bohaterka spotyka w momencie, kiedy zapijaczony leży pod ławką w parku. Vincent trochę go przypomina. Wieczory spędza w lokalnym barze, jest nieuprzejmy, nie lubi ludzi i nie jest lubiany przez nich. Sympatią darzy go tylko prostytutka – w ciąży i z silnym rosyjskim akcentem. Vincent nie ma pieniędzy na koncie, ma za to żonę z demencją od lat mieszkającą w domu opieki i nowych sąsiadów, którzy w dniu przeprowadzki doprowadzają go do szewskiej pasji.

Przeciwwagą dla takiej postaci może być tylko mały chłopiec – ofiara silniejszych od niego szkolnych kolegów, wychowywany bez ojca i szukający męskiego wzoru Oliver (Jaeden Lieberher), czyli irytujący nowy sąsiad. Vincent nie może być dla niego dobrym wzorem, ale na pierwszy rzut oka widać, że nie tyle on, co chłopiec stanie się odpowiedzialny za naukę dorastania do odpowiedzialności, samoświadomości, akceptacji swoich słabości i zalet. Wszystko już wiemy i Melfi niczym nas nie zaskoczy. W czasie, gdy na pierwszym planie będzie się rozwijać stosunkowo przewidywalna relacja między podstarzałym cynikiem a niewinnym chłopcem, można się jednak przyjrzeć ciekawym bohaterkom drugiego planu.

dm01kcw

W postaci dwóch kobiet wcielają się aktorki, które z momentem wejścia na plan kwestionują swoje dotychczasowe emploi. Melissa McCarthy jako Maggie – mama Olivera – wystąpiła ostatnio w roli ostrej detektyw Mullan w „Gorącym towarze“ (2013), wcześniej zagrała jedną z „Druhen“ (2011) w rasowej komedii Paula Feiga. Melfi zobaczył w niej ciepłą i sympatyczną matkę; zdradzoną przez męża kobietę, która samotnie stawia czoło światu. McCarthy znakomicie sprawdza się w takiej roli. Jest równie przekonująca i wiarygodna, co zazwyczaj elegancka Naomi Watts w roli wulgarnej brzemiennej prostytutki. Daka ma zestaw różowych ubrań, białe kozaczki, staniki w panterkę i silny rosyjski akcent, który brytyjska aktorka opanowała do perfekcji. Wszystkie postaci są odrobinę przerysowane, ale nie ocierają się o ludzkie karykatury. Dzięki temu ich losy nie tylko bawią, ale i poruszają.

Mów mi Vincent“ działa na widzów podobnie. Znakomite kreacje aktorskie ułatwiły Melfiemu wyważenie historii, w której komizm równoważy się z tragizmem. Bill Murray wprowadza do fabuły odrobinę zdrowej ironii, która pozwala nieco zdystansować się do wydarzeń i nie brać ich całkiem na poważnie, ale i skłania do tego, by się wzruszyć i nie kryć łzy, która spływa po policzku, gdy mur cynizmu pęka i odsłania postać człowieka, który jest wrażliwy, czuły, zamknięty w sobie i trochę niedoceniony przez otoczenie, ale jednocześnie gotowy, by oddać bliźniemu ostatnią koszulę. Oliver uważa, że to prawdziwy święty. Trudno się z nim nie zgodzić, nie sposób nie zakochać się w zgryźliwym tetryku Murrayu.

OCENA: 6/10

dm01kcw

Podziel się opinią

Share

dm01kcw

dm01kcw