Katolikom się nie spodoba. Do obejrzenia na własną odpowiedzialność
Prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego "Syn przeznaczenia" trafił do kin, było założenie, że widzowie chętnie zobaczą Nicolasa Cage’a w roli świętego Józefa. I rzeczywiście. Widzowie przyszli, zobaczyli Cage’a i wyszli, zanim film się skończył.
Rok 15, rzymski Egipt. Uciekająca przed represjami rodzina odnajduje spokojne schronienie w niewielkiej osadzie, w której ojciec, z zawodu cieśla, znajduje dorywczą pracę. Kłóci się ona z jego przekonaniami, bo do wyrzeźbienia otrzymuje pogańskiego bożka, liczy jednak na to, że wraz z żoną i synem znajdą tutaj względny spokój. A ten jest dla nich niezwykle cenny, gdyż ostatnie piętnaście lat spędzili na tułaczce. Spokój nie trwa jednak długo.
Kultura WPełni: Juliusz Machulski o przekraczaniu granic przez reżyserów
Tajemnicza dziewczyna z bliznami wystawia chłopca na pierwszą próbę. Wkrótce pojawią się następne, tym groźniejsze dla niego, bo trafiające na podatny grunt. 15-latek zaczyna kwestionować wszystko, co do tej pory mu wpajano, a krwawe wizje ukrzyżowania i złożenia do grobu skutecznie odciągając go od ścieżki poświęcenia dla świata, które wpaja mu ojciec. Nie pomaga również to, że mieszkańcy osady zaczynają obwiniać przybyszy o wszystko, co najgorsze ostatnio im się przytrafiło.
Na początku był apokryf Nowego Testamentu znany jako Ewangelia Dzieciństwa Tomasza. Opowiedział on o losach młodego Jezusa pomiędzy piątym i dwunastym rokiem życia. W tym czasie, po odkryciu swoich ponadnaturalnych mocy, Jezus nie zawsze miał je stosować w dobrym celu. A przynajmniej tak twierdzi autor tekstu powstałego najprawdopodobniej w II wieku, w którym opisanych zostało m.in. kilka przypadków śmierci dzieci, które w ten czy inny sposób zadarły z Jezusem. Tekstu od początku uznawanego za heretycki.
I to właśnie wspomniany apokryf stanowi podstawę scenariusza "Syna przeznaczenia" napisanego przez Lofty’ego Nathana. Nathan jest też reżyserem tego dzieła, które od 28 listopada można oglądać na ekranach polskich kin (od razu warto napisać, gdyby ktoś nie zorientował się po wstępie, że oglądać go nie warto).
Ewangelia Dzieciństwa Tomasza stanowi luźne źródło inspiracji, co widać choćby po umiejscowieniu akcji w czasie, gdy tytułowy bohater ma już 15 lat. Zmiana ta zresztą wydaje się naturalna, gdyż łatwiejszą dla scenarzysty sprawą jest budowanie opowiadanej historii na burzy hormonów, która wcale nie musi być burzą hormonów, a boską rozterką, ale też może być zwykłym dojrzewaniem. Filmowy Chłopiec - film unika imion i innych nazw własnych - nie potrafi i nie chce odwrócić wzroku od nagiej sąsiadki dokonującej kąpieli poza domem.
Obrazoburcze źródło inspiracji stojące za powstaniem "Syna przeznaczenia" w każdym innym przypadku mogłoby stanowić źródło poważnych kontrowersji, niekończących się dyskusji, oburzonych pikiet pod kinami i załamywania rąk nad tym, jak to artyści nie szanują katolików i zamiast nakręcić inspiracyjne dzieło za miliony dolarów (Melu Gibsonie, w tobie nadzieja, tylko wyrzuć tę Kasię Smutniak!), szukają sposobów na to, jak jeszcze bardziej obrzydzić ludziom kościół. Nie jest to jednak ten przypadek, gdyż mowa o dziele zupełnie nieatrakcyjnym dla widza. Dziele, którego narracji nie służy nawet forma artystycznego horroru, jakim przyobleczony został film Nathana niczym ciało Jezusa całunem.
Sporo tu niepokojących obrazów, a już na starcie zostajemy zaatakowani widokiem noworodka w ognisku, jednak myślę, że określanie "Syna przeznaczenia" mianem horroru to nadużycie. Od straszenia ważniejszy jest tutaj psychologiczny rys bohaterów rozdartych. Horror potrzebny jest do metafory.
Z "Syna przeznaczenia" być może ucieszą się fani świętego Józefa z Nazaretu, który do tej pory nie był traktowany przez kino z należytym szacunkiem. Trochę trudno się temu dziwić, gdyż nawet Ewangelie zapominają o jego osobie po epizodzie z dwunastoletnim Jezusem odnalezionym w świątyni, ale dopiero dzieło Nathana stawia Józefa nazywanego tu Cieślą w centrum wydarzeń. To jego narracja spoza kadru towarzyszy widzowi od samego początku ubierając ekranowe wydarzenia w rzadkie w "Synu przeznaczenia" słowa.
Cieśla w kreacji Cage’a jest mężczyzną surowym, ale sprawiedliwym. Posiadającym świadomość ciążącej na nim odpowiedzialności, jednak coraz bardziej w nią wątpiącym na widok kolejnych wybryków swojego dorastającego podopiecznego. Czy aby na pewno to przyszły Zbawiciel? Wątpliwości cieśli są tym większe, im bardziej podatny na wpływy Szatana staje się dorastający młody człowiek. Wraz z rozpoczęciem kuszenia, Józef zejdzie na drugi plan, a okazję do popisu będzie miał Noah Jupe wcielający się w postać opisywaną jako Chłopiec. A co z Maryją, a konkretniej filmową Matką? Cóż, jest to postać w interpretacji Nathana zupełnie zbędna, czemu nie pomaga jedna mina, z jaką prezentuje się na ekranie wcielająca się w tę rolę FKA Twigs.
"Syn przeznaczenia" to dzieło oszczędne we wszystko. Szczątkowa scenografia składająca się z kilku krzaków, skał i skleconych w cieniu chałupek buduje fajny klimat wszechobecnego kurzu, brudu i, pardon my aramejski, syfu, ale w tej scenerii nie rozgrywają się rzeczy wielkie. Często nie do końca w ogóle wiadomo, co się w niej rozgrywa, gdyż połowa filmu Nathana dzieje się w mroku. Niewiele tu dialogów i obsady, za to całkiem dużo zbliżeń na twarze i wężów będących synonimem grzechu. W scenach z nimi ekran na chwile ożywa, by niedługo potem wrócić do monotonii z I w. n.e.
Nie mam wątpliwości, że "Syn przeznaczenia" zniknie z ekranów szybciej niż się na nich pojawił, a jedyne, z czego będzie pamiętany, to Nicolas Cage w roli świętego Józefa. Trzeba przyznać, że legendarny aktor z prawdziwą maestrią wybiera kolejne role i trudno mówić w tym przypadku o monotonii. Bo jak nie Józef z Nazaretu to Dracula, elitarny szef kuchni, któremu skradziono świnię od trufli albo mężczyzna ze snów nas wszystkich. Być może film Nathana zostanie szybko zapomniany, ale nie tak szybko, żeby w tym czasie Cage nie zdążył zagrać w kolejnych dziesięciu filmach. 3/10.
Łukasz Kaliński