Trwa ładowanie...
d47d2ks
d47d2ks

Jak w szkole na lekcji historii

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
d47d2ks

Tytuł może wprowadzać w błąd. Bo sugeruje film historyczny. A tymczasem to filmowy komiks przy którym „Walka o ogień“ urasta do rangi kina, które należałoby pokazywać w szkole na lekcjach historii.

Choć akcja „10.000 B.C.“ rozgrywa się w czasach prehistorycznych, wszyscy bohaterowie mają wymodelowane zarosty, artystyczne dredy i hollywoodzkie uzębienie. Są czyści i zadbani. Porozumiewają się dziwacznym bełkotem (jednostki bardziej prymitywne) albo perfekcyjną angielszczyzną (osobnicy stojący wyżej na drabinie ewolucji).

W tym prehistorycznym świecie obok siebie żyją mamuty, tygrysy szablozębne, dinozaury i udomowione konie. Niemożliwe? A kto by się przejmował ustaleniami naukowców?!

d47d2ks

Na pewno nie przejmuje się nimi reżyser Roland Emmerich, który ma już na swoim koncie „Dzień Niepodległości“, hollywoodzką wersję „Godzilli“ i katastroficzne - w sensie gatunkowym i w sensie dosłownym - „Pojutrze“ (to ten film, w którym Jake Gyllenhaal był ścigany przez mróz).

Pretekstem do tych wszystkich prehistorycznych nonsensów są perypetie dziarskiego i muskularnego młodzieńca imieniem D’Leh, który... wyrusza na ratunek swojej ukochanej. Dziewczyna została porwana.

„10.000 B.C.“ przypomina widowiska pseudohistoryczne, w których niegdyś specjalizował się legendarny hollywoodzki reżyser i producent Cecil B. DeMille – „Samson and Delilah“, „The Crusades“, „Cleopatra“ (ta z 1934) i oczywiście „10 przykazań“ (które nakręcił dwa razy – w wersji niemej i dźwiękowej). Ta sama nonszalancja w podejściu do historii (czytaj: ignorancja). To samo zamiłowanie do wizualno-inscenizacyjnej przesady (czytaj: kiczu). I tak samo beztroskie traktowanie intrygi, w której nie sposób doszukać się logiki.

Słowa uznania należą się tylko ekipie od komputerowej animacji i efektów specjalnych. Tak naprawdę cały film to jej dzieło, bo „10.000 B.C.“ to jeden długi (trwający około dwóch godzin) efekt specjalny. Bez nich nie dałoby się w kinie wytrzymać.

Właściwie aktorów też trzeba było komputerowo wygenerować. Bo ci, których Emmerich zatrudnił, pod względem ekspresji czy gry aktorskiej wypadają znacznie gorzej nawet od komputerowych mamutów.

d47d2ks

Podziel się opinią

Share
d47d2ks
d47d2ks