Kevin Costner: scenariusz to dla mnie rzecz święta. Nie lubię improwizacji [WYWIAD]

24 lutego na ekrany polskich kin weszły “Ukryte działania” Theodore'a Melfiego. Film opowiada niezwykłą i do tej pory nieznaną historię trzech czarnoskórych kobiet, które na przełomie lat 50. i 60. XX wieku podjęły pracę dla NASA. Pokonując niewyobrażalne przeszkody społeczne i obyczajowe, pomogły wysłać w kosmos pierwszego Amerykanina. Odtwórczyniom głównych ról partneruje Kevin Costner, który w rozmowie z naszą amerykańską korespondentką Yolą Czaderską-Hayek opowiedział o problemach związanych z odegraniem własnej roli, o wymowie filmu oraz wspomnieniach związanych z amerykańskimi lotami w kosmos.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Yola Czaderska-Hayek i Kevin Costner
Yola Czaderska-Hayek i Kevin Costner (HFPA)

Yola Czaderska-Hayek: Historia pokazana w filmie „Ukryte działania” oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. Czy Al Harrison, którego zagrałeś, ma swój odpowiednik w rzeczywistości?

Kevin Costner: Nie, to wymyślona postać. Zresztą, chyba jako jedyna w całym filmie, nie bazuje na żadnej konkretnej osobie, tylko co najmniej trzech. Miałem z tym poważny problem, ponieważ podczas czytania scenariusza rzucał mi się w oczy brak konsekwencji w zachowaniu bohatera. To, co mówił w jednej scenie, nie pasowało do tego, co mówił w następnej. Widać było, że to zlepek kilku ludzi. Zadzwoniłem więc do Teda [Theodore’a Melfiego, reżysera filmu – Y. Cz.-H.] z wątpliwościami. Powiedziałem: „Słuchaj, wiem, że to przede wszystkim opowieść o dziewczynach, a mój bohater jest na drugim planie. To mi nie przeszkadza, ale wiesz, nie do końca rozumiem, jak mam zagrać tę rolę”.

I co on na to?

Może najpierw wytłumaczę coś dla jasności: dla mnie scenariusz to rzecz święta. Szczycę się tym, że jako jeden z naprawdę nielicznych aktorów zagrałem w kilkunastu filmach, podczas kręcenia których w scenariuszu nie trzeba było zmieniać nawet słowa. Uważam, że zanim rozpoczną się zdjęcia, tekst powinien być dopięty na ostatni guzik, aby później nikt nie musiał nic przerabiać. Nie lubię improwizacji, kiedy ktoś w trakcie zdjęć pisze na kolanie dodatkowe sceny i wieczorem w hotelu wsuwa aktorom kartki pod drzwi, aby nauczyli się kwestii na następny dzień. Ja w ten sposób nie pracuję. Jeśli w scenariuszu mają być jakieś poprawki, to trzeba je zrobić, zanim włączy się kamery. Dlatego właśnie oznajmiłem Tedowi, że w jego tekście są pewne niejasności. Sytuacja była dość delikatna, ponieważ od wyniku naszej rozmowy zależała kwestia mojego udziału w tym projekcie. Powiedziałem: „Bohater zachowuje się trochę schizofrenicznie”, co w przekładzie na zwykły język oznacza: „Coś ty, do cholery, napisał!” (śmiech).

Przyjął to po męsku?

W słuchawce zapadła cisza. Pomyślałem sobie: „Kurde, to koniec”. Ted odezwał się wreszcie po długiej chwili: „Masz rację, ta postać sprawiła mi najwięcej trudności”. Dopiero wtedy się przyznał, że stworzył bohatera, bazując na trzech bardzo różniących się od siebie osobach. Dodałem tylko: „A nie mówiłem, że to schizofrenia?”. (śmiech) W momencie, gdy obydwaj wiedzieliśmy już, na czym polega problem, udało nam się dojść do tego, jak go rozwiązać. Pomyśleliśmy, że najlepszym wyjściem będzie pokazanie tego faceta w pracy, gdzie jest skupiony i zdecydowany, i poza pracą, gdzie nie dostrzega, co się wokół niego dzieje.

Czyli udało wam się wybrnąć.

Wiem, że to może nie jest tak porywająca opowieść, na jaką może liczyłaś, ale chciałem skorzystać z okazji, aby móc głośno powiedzieć, że dawno nie spotkałem kogoś tak nastawionego na współpracę jak Ted. W Hollywood bywa różnie. Czasem reżyser obiecuje złote góry, aby tylko skłonić aktora do udziału w filmie, a potem, kiedy przychodzi co do czego, można liczyć tylko na siebie. Ted natomiast to zupełnie inna szkoła. Niezależnie od sytuacji czy od pory dnia zawsze mogłem przyjść do niego z jakimś problemem, a on robił wszystko, aby go rozwiązać.

Kiedy oglądałam „Ukryte działania”, nie mogłam uwierzyć, że historia trzech czarnoskórych matematyczek pracujących w NASA do tej pory nie była szeroko znana. Jak to możliwe?

Sam nie wiem. Między innymi dlatego postanowiłem zagrać w tym filmie. Zależało mi na tym, by świat dowiedział się o tym, czego dokonały te dziewczyny. Chciałem mieć w tym swój udział. Co do pytania, dlaczego dotąd nikt o nich nie słyszał – nie sądzę, aby to było celowe przemilczenie. Takie rzeczy po prostu się zdarzają. Podczas jakichś wielkich, epokowych wydarzeń na jednych ludzi spływa chwała, a inni pozostają w cieniu. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, komu tak naprawdę zawdzięczamy jakieś odkrycie czy osiągnięcie. A te kobiety rzeczywiście miały istotny udział w programie kosmicznym NASA. Widać to w scenie, gdy John Glenn oświadcza, że nie wsiądzie do rakiety, dopóki Katherine [Johnson, jedna z głównych bohaterek filmu – Y. Cz.-H.] osobiście nie potwierdzi, że obliczenia komputera się zgadzają. Bardzo chciałem pojawić się w tej opowieści jako człowiek, który jej w tym pomoże – i to się udało.

Hidden Figures Materiały prasowe
Podziel się

Nie da się jednak ukryć, że twój bohater znajduje się w uprzywilejowanej pozycji wobec trzech czarnoskórych kobiet. Co więcej, przez długi czas pozostaje ślepy na ewidentne przejawy dyskryminacji rasowej. Jak choćby fakt, że w ośrodku NASA nie wolno kolorowym korzystać z łazienki.

To nie do końca tak. Wspominałem już, że wraz z Tedem postanowiliśmy pokazać Harrisona jako człowieka, dla którego liczy się przede wszystkim praca. Jest tak skupiony na swoim zadaniu, że nie dostrzega prawie nic, co dzieje się wokół. Z tych przejawów dyskryminacji, o których mówisz, po prostu nie zdaje sobie prawy. Jest święcie przekonany, że wszyscy dookoła podchodzą do swojej pracy z takim samym zaangażowaniem. Nie przychodzi mu nawet do głowy, że z powodu płci czy koloru skóry można kogokolwiek szykanować. Dopiero z czasem otwierają mu się oczy. To dla niego prawdziwy szok, zaskoczenie: „Myślałem, że stanowimy jedną drużynę, że wszyscy gramy do jednej bramki”. I kiedy dostrzega, jakie problemy panują w jego zespole, natychmiast robi wszystko, aby im przeciwdziałać. Między innymi w scenie z Glennem.

Pamiętasz lot Johna Glenna z telewizji? Oglądałeś go jako dziecko?

Wiele rzeczy pamiętam z telewizji. W naszym domu wieczorami siadaliśmy wszyscy przed ekranem – to zupełnie co innego niż na przykład w Europie, gdzie wszyscy siadają przy stole. U nas mama robiła kolację, każdy brał talerz na tackę, siadał w fotelu i zaczynało się oglądanie. Pamiętam zamach na Kennedy’ego, kiedy byłem w trzeciej klasie. I niedługo potem widziałem transmisję na żywo, kiedy zginął Lee Harvey Oswald. Pamiętam zamieszki w kraju i urywki z wojny w Wietnamie, dokąd pojechał mój brat. Właściwie wszystkie kluczowe wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu lat poznałem dzięki telewizji. Nie mieliśmy jakiegoś nowoczesnego odbiornika, to był zwykły czarno-biały aparat. O kolorowym telewizorze nawet nie marzyłem. Byliśmy troszkę pod tym względem zacofani. Ale nie narzekam. Moi rodzice nie należeli do zamożnych, ale dzieciństwo wspominam bardzo dobrze.

Marzyłeś o tym, aby polecieć w kosmos?

Nie, nigdy. Swoją drogą, nie mogę się nadziwić, jak wielu ludzi na to pytanie odpowiada: „Tak, chętnie”. Ja nie mam najmniejszej ochoty lecieć w kosmos. O wiele bardziej wolę lecieć na Karaiby (śmiech). Naprawdę! W kosmosie jest niebezpiecznie, można tam zginąć w każdej chwili, milion rzeczy może pójść nie tak. Zdecydowanie fajniej jest powygrzewać się na plaży.

Rozumiem więc, że nie jesteś entuzjastą programu lotów kosmicznych?

Do tej pory nie rozumiem, jaki to ma sens. Przypominam sobie, jak w telewizji pokazywali trzeci czy czwarty załogowy lot. Astronauta wyszedł na zewnątrz kapsuły, uwiązany na jakimś sznurku, po czym latał dookoła w próżni. Pomyślałem sobie: po jaką cholerę on to robi? Po co to komu? Rozumiem, że czasami dzieciom przychodzą do głowy głupie pomysły. Nudzi się taki, więc zamiast jechać normalnie na rowerze, usiądzie na kierownicy i będzie pedałował tyłem. Bez sensu, prawda? Tak samo jak ten lot w kosmos. Cały ten wielki program NASA sprowadzał się do tego, że facet w skafandrze latał sobie wokół kapsuły. Jeszcze lepiej było, kiedy za którymś razem pokazali, jak astronauta wychodzi na zewnątrz z wielkim kluczem francuskim, bo coś się zepsuło w kadłubie. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie mogli dokręcić porządnie wszystkich śrubek przed startem? W jakimś momencie nabrałem przekonania, że cały ten program lotów powstał wyłącznie po to, aby zareklamować Tang [napój owocowy, który zabrał w kosmos John Glenn – Y. Cz.-H.]. Na szczęście od tamtej pory zdążyłem już trochę na ten temat poczytać. Dokształciłem się.

Materiały prasowe
Podziel się

Z matematyki także się dokształciłeś? Bo twój bohater czasami wdaje się w uczone dyskusje. Rozumiałeś coś z tego?

Jedyne, co rozumiem z matematyki, to dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie. W szkole uczyli nas oczywiście mnóstwa innych rzeczy, ale prawdę powiedziawszy, do tej pory nie wiem, po co. Układ równań, działania na liczbach ujemnych – ostatni raz większość z nas miała z tym do czynienia w ósmej klasie. W moim przypadku trwało to nieco dłużej, ale tak naprawdę nie pamiętam, aby ta wiedza kiedykolwiek była mi do czegoś potrzebna. Nie miałem do niej serca, a może i talentu. I bardzo mi doskwierało, kiedy kazali mi się uczyć czegoś, co w ogóle mnie nie interesowało. I jeszcze stawiali za to oceny. Uraz pozostał mi do dziś. Na szczęście podczas pracy nad „Ukrytymi działaniami” wystarczyło po prostu robić mądrą minę i odpowiednio często kiwać głową na znak, że rozumiem, co do mnie mówią. Człowiek od razu wtedy wygląda inteligentniej (śmiech).

Muszę zapamiętać.

Z doświadczenia wiem, że to działa. Mam troje dzieci: sześć, osiem i dziewięć lat. Staram się jak mogę,aby dobrze przed nimi wypaść. Choć są tak niesamowicie bystre, że z każdym dniem jest coraz trudniej.

Jak przyjemnie popatrzeć na tatusia dumnego ze swoich pociech. Chyba żaden film i żadna nagroda nie mogą się z tym uczuciem równać?

Opowiem ci o czymś, co mi się przydarzyło nie tak dawno, w Halloween. Nie wiem, jak to wygląda w innych krajach, ale w Ameryce to ważne święto, obchodzimy je z dużym rozmachem. Moje maluchy zrobiły sobie kostiumy i wybraliśmy się na spacer. Towarzyszyła nam – i teraz zmierzam do odpowiedzi na twoje pytanie – dwójka moich najstarszych dzieci. To już dorośli ludzie, po trzydziestce. Jak wiesz, żeniłem się dwa razy: z pierwszego małżeństwa mam trójkę i z drugiego również. Moje dorosłe dzieci, te z poprzedniego związku, szły razem z nami wieczorem, pilnując swoich małych braciszków i siostry. A co najważniejsze, pojawiły się same, nie musiałem ich o to prosić. Mogły w Halloween robić tysiąc innych rzeczy. Pomyślałem sobie wtedy: jedne rzeczy wychodziły mi w życiu lepiej, inne gorzej. Ale jest przynajmniej coś, co wyszło mi naprawdę dobrze! I faktycznie, z żadnego filmu ani z żadnej nagrody nie byłem tak dumny jak tamtego dnia z moich dzieciaków. Choć ze wstydem przyznam ci się, że podczas tego halloweenowego spaceru podebrałem im trochę cukierków. I z tego akurat dumny nie jestem (śmiech).

Materiały prasowe
Podziel się
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.