Trwa ładowanie...
d1j0avl

Relacja z 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji

Share
Relacja z 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji
Źródło: Studio Munka-SFP
d1j0avl

Cała Wenecja żyje serialem HBO, amerykańskim koszmarem Spider-Mana i artystyczną pornografią. 71. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji charakteryzuje w tym roku programowy rozstrzał.

Dyrektor imprezy, Alberto Barbera otwiera się na propozycje komercyjne, ograniczając tym samym arthouse’owy bełkot, który stawał się cechą rozpoznawczą włoskiej imprezy, kiedy kierował nią poprzedni gospodarz, Marco Mueller. Zbliżający się do półmetka festiwal nie przyniósł na razie żadnej rewelacji. Brakuje faworyta głównej nagrody. O pozostałe kategorie niewielu zdaje się troszczyć.

Mało kto ma wątpliwości co do tego, że ranga weneckiego festiwalu w ostatnich latach zmalała. Dla filmowych twórców najwyżej stoi Cannes, to tutaj chcą pokazywać premierowo swoje filmy. Wenecja to takie dziecko gorszego Boga. Niby najstarszy festiwal filmowy na świecie, więc wciąż bycie tu do duży prestiż, ale z drugiej strony – kiedy pojawia się okazja, by pokazać premierowo film w Toronto czy w Nowym Jorku, reżyserzy często decydują się zrezygnować z obecności na Lido. Brakuje więc w tym roku naprawdę mocnych nazwisk twórców, na których filmy zacieralibyśmy ręce. Co prawda, to tu swoje najnowsze osiągnięcia prezentują widzom Fatih Akin, Abel Ferrara czy Peter Bogdanovich, ale to wciąż rodzynki pośród rzeszy anonimowych (jeszcze) reżyserów. Nie ma wyjścia, trzeba wybierać filmy intuicyjnie (większość pressbooków dostępna jest jedynie po włosku, czasami trudno więc zdobyć najbardziej podstawowe informacje o filmie). Dziennikarze zazwyczaj decydują się na konkurs główny, ewentualnie kinematografie państw lub
regionów, które są szczególnie bliskie ich zainteresowaniom. Widzowie, którzy nie muszą pisać z Lido relacji ani recenzji, przyjmują inny klucz wyboru. Podstawowym wyznacznikiem ich zainteresowania wydają się gwiazdy – najpierw te, które do Wenecji zawitały osobiście, potem te, które uświetniają obsadę danego filmu.

d1j0avl

Aleją gwiazd
I tu niestety objawia się cynizm selekcjonerów weneckiego festiwalu. Ci nierzadko pomijają wartość artystyczną dzieła na rzecz gwiazd, które znalazły się w obsadzie. Tylko w ten sposób da się wytłumaczyć obecność w konkursie głównym takich filmów, jak „Trzy serca” Benoîta Jacquota z Charlotte Gainsbourg, która powtarza tu niejako rolę z „Nimfomanki” z tą tylko różnicą, że w ubraniu, i Catherine Deneuve, która nie ma w tym filmie nic do zagrania, czy „Manglehorn” Davida Gordona Greena z Alem Pacino. Atrakcją tego drugiego jest, między innymi, naturalistycznie pokazana operacja kota, któremu chirurg wyjmuje z brzucha klucz. Tak topornej metafory zachęcającej widzów do szukania klucza do interpretacji tego mało sensownego filmu nie oglądaliśmy w kinie dawno.

fot. kadr z filmu "Manglehorn"

Ale cóż z tego, skoro dzięki umieszczeniu tych tytułów w harmonogramie projekcji do Wenecji zawitali i Al Pacino, i obie aktorki? Na Lido dotarła też ekipa „She’s Funny That Way” Petera Bogdanovicha z Owenem Wilsonem na czele. To właśnie ten aktor cieszył się uwielbieniem publiki. Na wieczorny seans komedii Bogdanovicha nie było szans się dostać, mimo czterdziestominutowego oczekiwania w kolejce. Popularność "She’s Funny That Way" cieszy ze względu na pomysłową strukturę scenariusza, inteligentne, niewymuszone poczucie humoru i kilka gorzkich obserwacji, które udaje się przemycić w szatach komedii. Także aktorsko obraz stoi wysoko. Gwiazdy komercyjnego kina (Owen Wilson, Jennifer Aniston, Imogen Poots) dowodzą, że potrafią dać z siebie więcej, jeśli tylko mają co grać. Często pada tu określenie, że to film z ducha Allenowski. Neurotyczny nowojorczyk na pewno wypatrzy w nim kilka muz do swoich kolejnych projektów.

fot. kadr z filmu "She’s Funny That Way"

d1j0avl

Amerykański koszmar
Tłumy witały też na czerwonym dywanie Andrew Garfielda, bohatera "99 Homes" Ramina Bahraniego. To kolejny po „Bez względu na cenę” film amerykańskiego reżysera o irańskich korzeniach, w którym mierzy się z mitami Ameryki i toczącymi nią problemami. „99 Homes” to jeszcze jedna narracja kryzysowa, którą reżyser uzupełnił o mit faustyczny. Garfield wciela się w ubogiego ojca-hydraulika, który musi ocalić rodzinny dom z rąk bezdusznego banku. Pomoże mu w tym egzekutor długu, oferując mu pracę po ciemnej stronie mocy. Bohater wspinając się po szczeblach drabiny społecznej, traci rozeznanie między wrogami a przyjaciółmi. Jego zasoby gotówkowe rosną w szybkim tempie, ale amerykański sen szybko zamienia się w koszmar. Obsadzenie Garfielda w głównej roli było trafionym pomysłem nie tylko ze względu na talent tego aktora, ale też na rolę Spider-Mana, w którego wcielił się już w dwóch filmach. W zbiorowym skojarzeniu Garfield jest przecież superbohaterem, który u Bahraniego wyraźnie sobie nie radzi. Reżyser zdaje się
przez to mówić, że w stosunku do uczciwych obywateli kryzys z 2008 roku okazał się wyjątkowo egalitarny. Wniosek może mało odkrywczy, ale mimo to film broni się aktorsko, a żywy montaż i dynamiczna muzyka nadają mu klimat rodem z thrillera. Na Złotego Lwa to za mało, ale na wyróżnienie się w tegorocznym konkursie – wystarczająco.

fot. kadr z filmu "99 Homes"

Telewizja górą
Wygląda więc na to, że do tej pory artystycznie najwyżej stanął miniserial Lisy Cholodenko. Pokazywaną tu w całości „Olive Kitteridge” zasiliła obsada marzeń. Tytułową rolę dostała – jakże zresztą słusznie! – Frances McDormand, a wspomagają ją takie tuzy, jak Richard Jenkins, Zoe Kazan, Rosemarie DeWitt czy Bill Murray. Serial produkcji HBO od czołówki ujmuje znakomitym wykonaniem. W trwającej cztery godziny całości nie ma przypadkowego kadru ani niepotrzebnego ujęcia. Operatorzy wykazują się niecodzienną świadomością wykorzystania narzędzia swojej pracy, montażyści wierzą w inteligencję widza, aktorzy nadają głębi świetnie napisanym postaciom, a reżyserka wyciska z historii tytułowej bohaterki paletę emocji. Jej opowieść staje się rozliczeniem pokolenia, które (jako ostatnie?) żyło bez pomocy terapeutów i psychoanalityków. Czy nowe generacje, których przedstawiciele zasiadają na kozetce regularnie, czeka lepsze, łatwiejsze życie? Cholodenko nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, za to pokazuje, że kiedy
chodzi o emocje, poczucie fiaska i desperację, każda metoda mająca prowadzić do zapanowania nad nimi przynosi tyle samo szkód, ile dobra. Uzupełniona o sporą dozę humoru "Olive Kitteridge" staje się pozycją obowiązkową w jesiennej ramówce kanału.

fot. kadr z serialu "Olive Kitteridge"

d1j0avl

Pornografia czy artyzm?
O telewizji od dawna mówi się, że jest bardziej odważna niż kino w poruszaniu drażliwych kwestii i zadawaniu niewygodnych pytań. Serial Lisy Cholodenko potwierdza to przekonanie. Tak jak inne produkcje HBO pokazuje śmierć i chorobę bez namaszczenia, odartą z patosu, jako proces, który czeka każdego z nas, ale nikogo poza nami nie obchodzi. Podobnie podchodzi do tematu samotności, po raz kolejny uświadamiając, że nawet w towarzystwie syna i wieloletniego męża można czuć się niewyobrażalnie samotnym. Odwrotną taktykę przyjmuje kino artystyczne, które samotność uwielbia uwypuklać poprzez sceny erotyczne. Seks w takich filmach, jak „Im Keller” Urlicha Seidla czy w reżyserskiej wersji „Nimfomanki” Larsa von Triera, służy jedynie podkreśleniu wyobcowania jednostki, jej niemożliwości znalezienia połączenia i porozumienia z drugim człowiekiem. Austriacki reżyser penetruje w swoim filmie wnętrza piwnic swoich rodaków (skojarzenie ze sprawą Nataschy Kampusch i Josefa Fritzla jak najbardziej słuszne).

fot. kadr z filmu "Im Keller"

Pomieszczenie staje się metaforą tego, co pragniemy ukryć przed światem, a co jednocześnie magazynujemy, napawając się tym w tajemnicy przed innymi. Dla Seidla nie ma tematów tabu. Austriacy w jego filmie znów okazują się narodem hipokrytów, którzy pod maską uśmiechów skrywają wszelkiego typu –izmy i fobie, z nazizmem i islamofobią na czele. Bo właśnie w piwnicy jego bohaterowie w końcu mogą zachowywać się w zgodzie z własną naturą. Koniec udawania – Bozia ani społeczeństwo nie patrzą. „Im Keller” wychodząc od wartościowej obserwacji, szybko zamienia się w festiwal przekraczania granic wytrzymałości widzów. Jak zwykle w przypadku tego reżysera, z premierowego pokazu jego filmu wyszło wielu. Nie wszyscy znaleźli sens w niezwykle naturalistycznym obrazowaniu masochistycznego seksu, w którym mężczyzna zostaje wielokrotnie podwieszony za jądra, a kobieta wychłostana do krwi. Tradycyjnie więc w Seidlu jedni widzą pornografa i hochsztaplera, inni – artystę-prowokatora, zrywającego maski ze społeczeństwa swoich
krajan. O pornografię wielokrotnie oskarżano też Larsa von Triera. Duńczyk w Wenecji pokazuje reżyserską wersję "Nimfomanki". Czy rzeczywiście uzupełniony o dodatkowe sceny film nabiera nowej wymowy? Niestety, panuje raczej przekonanie, że to jedynie zabieg marketingowy, mający na celu podbicie wyników w box office.

fot. kadr z filmu "Nimfomanki"

Tym sposobem tegoroczny festiwal w Wenecji staje się idealnym przykładem imprezy, która musi zbudować na nowo swoją tożsamość, godząc się przy tym na kompromisy. Oby tylko okazało się, że organizatorzy ukryli kilka asów w rękawie i odsłonią je dopiero w nadchodzących dniach. Na razie bowiem dobrze działa jedynie marketing. Widzowie coś za często kręcą nosem.

d1j0avl

Podziel się opinią

Share
d1j0avl
d1j0avl