Aktorem został na złość koledze. Reżyserzy obsadzali Kuźniara w rolach zbirów
[GALERIA]
Do szkoły teatralnej poszedł, chcąc zrobić na złość koledze, który „uraził jego męską dumę”. I, zupełnie niespodziewanie, odkrył w sobie aktorskie powołanie.
Zdzisław Kuźniar - 26 lipca obchodzący 87. urodziny - przyznawał jednak, że początki nie były łatwe; pochodził z bardzo biednej rodziny i na studiach jego największym marzeniem było zjedzenie ciepłego posiłku.
Wkrótce jednak los się do niego uśmiechnął - zaczął występować na scenie, trafił przed kamery, a jego sytuacja finansowa znacznie się poprawiła. Śmiał się, że reżyserzy najchętniej obsadzali go jako złoczyńców i zbrodniarzy; ale podczas swojej długoletniej kariery udowodnił, że potrafi udźwignąć każdą rolę. Widzowie byli zresztą podobnego zdania.
- Ten facet mógłby zagrać każdą postać, no, może oprócz kobiety – usłyszał po jednym ze swoich spektakli.
Bieda aż piszczy
Urodził się w Gdańsku, jako jedno z siedmiorga dzieci dyrektora kolejowego i gospodyni domowej. Wspominał, że jego rodzice i rodzeństwo przejawiali rozmaite talenty artystyczne - przede wszystkim muzyczne - jednak nie mieli warunków, by rozwijać swoje umiejętności.
- Był czas, kiedy rodzicom świetnie się powodziło, ojciec za oszczędności kupił młyn parowy, ale nowa władza po wojnie go odebrała. Tak zaczęła się bieda. Bieda taka, że nie mieliśmy podłogi, tylko klepisko, na noc zaściełane słomą. Przeszedłem taką biedę, że jeszcze na studiach moim jedynym marzeniem było najeść się. My, dzieci, handlowaliśmy mydłem, tytoniem, mama rozesłała nas po gospodarstwach, żebyśmy zarabiali - opowiadał w "Polskiej Gazecie Wrocławskiej".
Na złość koledze
Kuźniar przyznawał, że bardzo długo nie wiedział, co chciałby robić w życiu. Po maturze znalazł w gazecie dwa ogłoszenia, które przyciągnęły jego uwagę - o kursie księgowości oraz o naborze do szkoły teatralnej. Śmiał się, że zdecydował się na tę drugą opcję z powodu urażonej dumy.
Nie wierzył w powodzenie tej misji, ale komisja była nim zachwycona i nazwisko Kuźniara znalazło się na liście przyjętych. Szkołę ukończył w 1955 roku i zaraz potem zadebiutował na scenie.
Ekranowy zbir
Na plan "Godzin nadziei" Jana Rybkowskiego trafił jeszcze jako student, w 1953 roku (premiera odbyła się dwa lata później). Było to dla niego wielkie przeżycie i wyróżnienie; dzięki temu filmowi zwrócił na siebie uwagę ludzi z branży i zaczął otrzymywać kolejne propozycje występów przed kamerami.
Przyznawał, że ze względu na swoje warunki fizyczne nie uciekł przed zaszufladkowaniem - grywał najczęściej bohaterów negatywnych i zwykle pojawiał się na drugim planie.
- Nie ma się co dziwić, że zapamiętano mnie głównie z ról różnej maści zbrodniarzy i zbirów. Mam taką fizjonomię, nie inną. Skoro reżyserzy chcieli zdecydowanego bohatera, to nie widziałem powodu, aby im odmawiać. I zupełnie mi nie przeszkadzało, że pojawiałem się epizodycznie, zresztą to akurat najtrudniej się gra. Dużą kreację można rozłożyć na czynniki pierwsze, a w jednej scenie trzeba pokazać wszystko co najlepsze - twierdził w "Tele Tygodniu".
Brak czasu na sen
Najdłużej (od 1967 do 1996 roku) związany był z wrocławskim Teatrem Współczesnym.
- Byłem świadkiem i wzlotów, i upadków... Nawet w pewnym momencie podjąłem się próby ratowania tego teatru, przez jeden sezon w latach 90. pełniąc obowiązki dyrektora. To było interesujące doświadczenie - opowiadał w "Polskiej Gazecie Współczesnej".
Nawet po przejściu na emeryturę nie zrezygnował z pracy - pojawia się od czasu do czasu w filmach ("Hiszpanka") oraz serialach ("Komisja morderstw") - i śmieje się, że wciąż nie ma kiedy odpocząć.
- Zawsze było tak, że brakowało czasu na sen - dodawał. - Wprawdzie teraz trochę zwolniłem, ale nadal interesuje mnie wszystko: praca, sport, polityka, a właściwie głupota w polityce... I bieżące życie.