Trwa ładowanie...
d2y6jw1
d2y6jw1

Pustkowia Smauga przywracają wiarę w Śródziemie

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
d2y6jw1

Peter Jackson w „Hobbicie: Pustkowiu Smauga” przygotował ucztę, na którą widzowie czekali od momentu, kiedy stało się pewne, że reżyser zekranizuje opowiadanie Tolkiena. Powrót do Śródziemia pełnego elfów, orków, krasnoludów i pewnego hobbita to epicki - choć nie bez skaz - prezent na nadchodzące Święta.

Zeszłoroczna „Niezwykła podróż” wyglądała jak niekończące się wprowadzenie do sagi: rozciągnięte do granic możliwości sceny, żarty wywołujące ból zębów i znikoma ilość scen akcji, które mogły w jakiś sposób urozmaicić wylewającą się z ekranu nudę. O ile „Podróż” odzwierciedlała fakt, że „Tam i z powrotem” Tolkiena powstała z myślą o bardzo młodych czytelnikach, tak wiele z tego, co zobaczymy w „Pustkowiu”, powinno spacyfikować malkontentów, którzy krytykowali Jacksona za - by wyrazić się delikatnie – schlebianie gustowi familijnego kinomana. Ale czy to znaczy, że filmu nie obejrzą już młodsi widzowie? Nie ma takiej obawy. Choć krasnale nie będą już raczyć swoimi pijackimi piosenkami i serwować herbaty (co za ulga!), to sposób prowadzenia fabuły jest klarowny. Może dlatego, że skonstruowana jest ona jak przygodowa gra komputerowa. Każda potyczka, czy spotkanie z kolejnymi postaciami jest jak misja, którą trzeba wypełnić, by kontynuować przygodę. Tym razem nie zabraknie też humoru typowego dla filmów ze
Śródziemia – zgadniecie np. ilu krasnali zmieści się z ludzkim klozecie?

Film zaczyna się dokładnie tam, gdzie Jackson zostawił nas ostatnio, ale dopiero teraz akcja nabiera tempa. Krasnoludowie w towarzystwie Bilbo Bagginsa (Martin Freeman) kontynuują niebezpieczną wyprawę na Samotną Górę. Zaś Gandalf (Ian McKellen) odłącza się od grupy i stawia czoło orkom strzegącym Mrocznej Puszczy. Już po godzinie emocji można przecierać pot z czoła, a przed widzami przecież wciąż jeszcze spotkanie z tytułowym Smaugiem. Nagle okazuje się, że Jackson ma do opowiedzenia parę historii więcej niż pomieściłby jeden film (lub dwa – jak to miało być w przypadku pierwszej wersji Guillermo del Toro) - i są to momenty, kiedy trochę brakuje czasu, żeby oko mogło spokojnie nasycić się wszystkimi detalami (szczególnie produkcyjnymi). Spowodowane może to być faktem, że reżyser postanowił też wzbogacić książkowe Śródziemie o nowe elementy.

d2y6jw1

Tutaj tolkienowscy puryści będą mieć najwięcej powodów do wyrażenia swojego niezadowolenia. Hollywoodzki twórca, który w Śródziemiu czuje się jak ryba w wodzie, bo przewertował z mikroskopem absolutnie wszystkie książki Tolkiena wraz z aneksami, wprowadza do panteonu postaci książkowego „Hobbita” wymyśloną przez siebie elfkę Tauriel (Evangeline Lilly), która na dodatek stanie się obiektem zalotów jednego z krasnali (choć to mało istotne), a np. z „Władcy Pierścieni” ściąga nieobecnego w oryginalnym tekście Legolasa (Orlando Bloom). Profesor z Oksfordu właśnie przewraca się w grobie! Lub nie.

W fabularnych różnicach między książką a filmem jedni ujrzą słabość ekranizacji, inni – oryginalność Jacksona. Dzięki takiemu posunięciu, reżyser rozkłada ciężar narracji równomiernie na każdą z postaci. Bilbo, choć inny, znacznie dojrzalszy niż w pierwszej odsłonie i oswojony z mocą, jaką daje mu pierścień znaleziony u jaskini Golluma, kluczową rolę odegra tylko w kilku scenach. Oko kamery skupi się także na losach elfów, perypetiach Gandalfa, czy w końcu na krasnoludach i ich przywódcy – Thorinie (ciekawy wątek na początku filmu). Dzięki temu panorama Śródziemia znacznie się poszerza, a film z naiwnej opowieści o niziołku staje się obrazem, któremu bliżej do trylogii, ale przy tym zachowującym pełną od niej odrębność. To z kolei pozwala na zaprezentowanie blisko$225-milionowego budżetu produkcji.

Nie brak tu zapierających tchu w piersi krajobrazów fotografowanych z lotu – a jakże - smoka, rozbuchanych scen pojedynków i zasadzek (niezwykłe sceny z gigantycznymi pająkami i odkryciami Gandalfa w grobowcach Nazgûli), szczegółowo zobrazowanego, tonącego we mgle Miasta nad Jeziorem i jego mieszkańców, jak i samego monumentalnego Ereboru. Sposób w jaki pokazany jest przerażający Smaug i jego skarby to produkcyjny majstersztyk. Trzeba jednak przyznać, że efekty CGI są w całym filmie zmultiplikowane do tego stopnia, że widz może odnieść wrażenie, iż ogląda nie film, a komputerową animację. Jeśli więc macie ochotę na seans „Hobbita”, to tylko na największym możliwym ekranie, jaki znajdziecie w swoim mieście.

Choć filmowi Petera Jacksona do perfekcji sporo brakuje, ”Pustkowie Smauga” jest filmem naprawdę solidnym. I – co chyba najważniejsze - przywracającym wiarę w Śródziemie, a jego specyficznym mieszkańcom przydającym nieco więcej uroku.

d2y6jw1

Podziel się opinią

Share

d2y6jw1

d2y6jw1