Trwa ładowanie...
dabsryw

Uroczy straszny film

Share
dabsryw

Fani horrorów spod znaku “Piły” czy “Ludzkiej stonogi” nie mają po co wybierać się na ten seans. *„Kobieta w czerni” Jamesa Watkinsa to do cna klasyczny, nawiązujący do tradycji opowieści gotyckich film grozy. Zamiast fruwających flaków i obcinania kończyn wymyślnymi przyrządami mamy tu pajęczyny, mgłę, mokradła i dom, w którym straszy.*

“Kobieta...” to najnowsza produkcja niegdyś wiodącej wytwórni Hammer Films – i jej największy sukces od lat. Założona w 1934 roku legendarna angielska firma umocniła swoją markę w latach 1950-70 dzięki serii gotyckich „Hammer horrorów” (m.i.n filmy o Drakuli, Frankensteinie, ekranizacja “Upiora w operze” i “Psa Baskerville'ów”). Potem dobra passa “młotkowych” ustała. Po serii wykupień i przejęć dopiero pod koniec zeszłej dekady udało się ukończyć pierwszą od lat produkcję, interaktywny serial „Beyond the Rave” (2008), emitowany na kanale MySpace. Natomiast pierwszym po dłuższej przerwie filmowym sukcesem Hammer Films był horror „Pozwól mi wejść” (2010) Matta Reevesa z Chloe Moretz, którą polscy widzowie mogą obecnie oglądać w „Hugo i jego wynalazek”.

Zrozumienie, kto stoi za tą produkcją jest istotne ponieważ pomaga uniknąć nieporozumień przy wyborze seansu. „Kobieta...” jest filmem narracyjnie staromodnym, który realizuje pewien przyjęty schemat. Widać to już po haśle reklamowym. „Nie wiecie, po co przyszła, że wróci bądźcie pewni. To widmo ciemności, to Kobieta w Czerni – mówi legenda Crythin Gifford”. Scenariusz Jane Goldman to, wzorowana na klasycznych pozycjach gatunku, tradycyjnie skonstruowana opowieść.

Miasteczko do którego przybywa z zamiarem uporządkowania dokumentów po zmarłej, klientce młody prawnik Arthur Kipps (woskowy Daniel Radcliffe) kryje tajemnicę. To typowa książkowa nawiedzona osada, a otaczająca ją bezkresna, spowita mgłą przestrzeń sprzyja budowaniu napięcia i jest sprawnie wykorzystywana przez twórców. Akcja toczy się w przykurzonych wnętrzach i na demonicznych mokradłach, wrażenie grozy potęguje także świadome granie światłem i mrokiem. Postaci skonstruowane są według wzorów; mieszkańcy dzielą się na tych, którzy wierzą w nadnaturalne zjawiska i tych, którzy wierzą rozumowi, stawiając na „szkiełko i oko”. Za to główny bohater ma za sobą własną prywatną historię, która pozwala mu zbudować osobisty stosunek do napotkanych okoliczności. Przybycie „obcego”, który na dodatek zamierza wkroczyć na teren wyklęty, do nawiedzonego Domu na Węgorzowych Moczarach, zaburza ustalony porządek, wywołuje w autochtonach lęk i niechęć.
Wartościowanie świata przedstawionego także przebiega w klasyczny sposób. Na niewinne, czyste dziecięce duszyczki poluje tu straszliwa, ale – zgodnie z książkowym schematem - naznaczona własnym cierpieniem zjawa.

Źródłem grozy w „Kobiecie...” jest starannie budowana przez twórców atmosfera, na którą składają się klimatyczna muzyka, przemyślana scenografia, stylizacja postaci, kadrowanie i szczelnie wypełniające ekran mrok i mgła. Nie chodzi tu o zaskoczenie – przy odrobinie intelektualnego wysiłku widzowi dość szybko udałoby się odgadnąć dokąd zmierza „Kobieta...”. Nie jest to film oparty na aktorskich kreacjach, o czym przypomina szczególnie drewniana gra Daniela Radcliffe'a, aktora, który w każdym kolejnym filmie będzie się zmagał ze stygmatem Harry'ego Pottera. Paradoksalnie jednak jego portret Kippsa, który polega głównie na robieniu zafrasowanej miny i kolejnych póz, doskonale sprawdza się w tej konwencji. Choć autorzy czasami gubią proporcje (w filmie jest kilka dość absurdalnych, raczej śmiesznych niż
strasznych momentów), film się broni.

To, mimo pozornie trudnego tematu, raczej kino familijne, gdzie rzeczywistym tematem są bliskie rodzinne relacje, trud żałoby, pamięć czy prawdomówność. Brak scen brutalnych, wulgarnych, skonstruowanych po to, by szokować. „Kobieta w czerni” to w pewnym sensie nowa jakość: film grozy, który jest... sympatyczny.

dabsryw

Podziel się opinią

Share
dabsryw
dabsryw