Trwa ładowanie...
26-01-2017 10:07

''Amerykańska sielanka": kino podwyższonego ryzyka [RECENZJA]

Książkowe ekranizacje to zawsze dla filmowców grząski grunt. Niekończące się porównania, podejrzliwość wielbicieli literackiego pierwowzoru, no i spora szansa na popadnięcie w niełaskę autora. Bądźmy szczerzy, takie rzeczy nieczęsto się udają. Kongenialnych adaptacji nie ma zbyt wiele. A te, które przerastają ekranizowaną powieść, policzyć można pewnie na palcach jednej ręki. „Amerykańska sielanka” to skok na głęboką wodę. Chyba jednak zbyt głęboką.

''Amerykańska sielanka": kino podwyższonego ryzyka [RECENZJA]Źródło: Materiały prasowe
d1s7yh0
d1s7yh0

Popularny szkocki aktor Ewan McGregor nie poszedł na łatwiznę. Podczas gdy wielu jego kolegów po fachu na swój reżyserski debiut wybiera względnie bezpieczny materiał, on zdecydował inaczej. Bo w kategoriach dużego wyzwania, ale i ryzyka należy postrzegać chęć przeniesienia na ekran arcydzieła jednego z klasyków amerykańskiej literatury, czyli „Amerykańskiej sielanki”. Powieści, za którą w 1998 roku Philip Roth otrzymał nagrodę Pulitzera, i która trafiła na listę "100 najważniejszych powieści wszech czasów" tygodnika "Time". Na pierwszy rzut oka wątpliwości może być wiele. Począwszy od tego, że znakomity pisarz nie ma szczęścia do adaptacji swojej twórczości, przez fakt, iż McGregor nie zadowolił się reżyserią, ale postanowił w tym filmie także zagrać główną rolę, po jego narodowość. Nie ma co ukrywać, że to książka do cna przesiąknięta Ameryką, pokazująca ułudę powojennej ery prosperity i miałkość amerykańskiego snu. Europejscy reżyserzy nie mówią w kwestii zasadności podejmowania takich prób jednym głosem. Holender Paul Verhoeven, który w Stanach Zjednoczonych pracował blisko 20 lat, przekonywał, że nie rozumie Ameryki na tyle, by o niej opowiedzieć wprost i dlatego ucieka w gatunek. Z kolei Lars von Trier hołduje poglądowi, że skoro amerykańscy reżyserzy mogą opowiadać o losach Europy, on analogicznie może przyglądać się historii Stanów Zjednoczonych.

Wygląda na to, że z tego drugiego założenia wyszedł także McGregor. Wciela się on w rolę Seymoura „Szweda” Levova. To mężczyzna, który uosabiał powojenną, pełną optymizmu i dobrobytu Amerykę. Kiedyś był sportową legendą szkoły średniej, obecnie jest przykładnym mężem, ojcem oraz świetnie prosperującym przedsiębiorcą, który odziedziczył fabrykę rękawiczek. U boku ma piękną kobietę, byłą miss stanu New Jersey (w tej roli Jennifer Connelly), a rodzinną sielankę dopełnia córka. Jest ona oczkiem w głowie mężczyzny, ale też przyczynkiem do zachwiania bezpiecznego status quo. Dorastająca dziewczyna staje się coraz bardziej wyalienowana, przemieniając się wkrótce w nastoletnią fanatyczkę o skrajnych poglądach. W postać Merry Levov wcielały się trzy aktorki, ale najwięcej do odegrania miała ta najstarsza, Dakota Fanning. W intrygujący, dużo bardziej niż McGregor sposób oddaje ona rozdźwięk pomiędzy dwoma pokoleniami. Generacją rodziców, która po wojnie uwierzyła w amerykański sen, i dzieci poddających go w wątpliwość w coraz bardziej radykalny sposób.

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Zawiedzione nadzieje oraz nadszarpnięta amerykańska duma to ważny temat pełnej dygresji książki Rotha. Ale nie jedyny. Mam wrażenie, że McGregor wraz ze swoim scenarzystą Johnem Romano na potrzeby filmu próbowali wyciągnąć esencję powieści, ale to wydaje się trudne, by nie powiedzieć niemożliwe. Tę niedoskonałość dość sprawnie przykrywają formalne, filmowe atrybuty, bo przyznać trzeba, że klimat powojennej Ameryki oddany został w ciekawy, intrygujący sposób. Scenograf Daniel B. Clancy inspirował się przede wszystkim pracami malarza Edwarda Hoppera, specjalisty od realistycznych i nastrojowych pejzaży miejskich Ameryki XX wieku. W ciekawy, nieoczywisty sposób światłem operuje Martin Ruhe. Zupełnie jakby współpracownicy Ewana McGregora próbowali zatuszować jego braki, które być może wynikają z faktu, że pomijając jeden krótki metraż, to jego pierwsza reżyserska próba. Wydaje się, że niepotrzebnie próbował upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bo w przypadku debiutanta podzielenie uwagi pomiędzy reżyserię a aktorstwo do łatwych pewnie nie należy. O Philipie Rothcie mówi się, że to jeden z najważniejszych wewnętrznych głosów Ameryki. McGregor, w moim odczuciu, prześlizgnął się po jego powierzchni. Choć jeden sukces już osiągnął, bowiem Roth z tej adaptacji wyjątkowo jest zadowolony.

Ocena: 6/10
Kuba Armata
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe
d1s7yh0
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1s7yh0