Vincent Cassel w rozmowie dla WP: Francuzi lubią ponarzekać

Mówi się o nim, że jest najbardziej rozpoznawalnym francuskim aktorem. Na ekranie był już gangsterem, rosyjskim wojskowym, bokserem, czułym kochankiem, a nawet… mnichem. Vincent Cassel, bo o nim mowa, opowiada nam o teoriach spiskowych, aktorskich przemianach, sztucznych zębach i wrażeniu jakie zrobił na nim "Taksówkarz" Martina Scorsese.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zęby, "oczy" i brzuch miałem z innych filmów - opowiada aktor
Zęby, "oczy" i brzuch miałem z innych filmów - opowiada aktor (Materiały prasowe)
WP

Kuba Armata: Czy podobnie jak bohater, w którego wciela się pan w filmie "The World Is Yours" jest pan fanem teorii spiskowych?
Vincent Cassel: Każdego dnia, pewnie podobnie jak ty (śmiech). Spotykałem ludzi, którzy totalnie wariowali na tym punkcie. Zupełnie jak Henry w filmie. Mam zresztą wrażenie, że znajduje to obecnie podatny grunt. Na początku jest dość niewinnie, wierzy w to zaledwie kilka osób, później przybiera dużo większe i poważniejsze rozmiary. Wierzę jednak, że w samym środku konspiracyjnych teorii jest coś prawdziwego. Tyle że zazwyczaj przykryte wieloma bzdurami. Konspiracja zresztą nie odnosi się tylko do jednej rzeczy, a definiują ją często media. Spójrzmy chociażby na internet. Nie wszystko, co tam znajdziemy, jest prawdą, ale też wiele jest rzeczy wartościowych i godnych uwagi.

Jak zatem odróżnić prawdziwe informacje od fałszywych, skoro mamy taki szum komunikacyjny?
Nie mam pojęcia. To ty jesteś dziennikarzem i powinieneś mi odpowiedzieć na to pytanie (śmiech).

Może rozwiązaniem jest cisza, która może być przecież potężnym narzędziem dla aktora.
Cóż, to może po prostu oznaczać, że nie ma się żadnych linijek do wypowiedzenia (śmiech). Wydaje mi się, że ważne jest nie to, co mówisz, ale jak długo kamera jest na tobie skoncentrowana, to, czy skupia się na twoich stopach czy na twarzy. Sposób, w jaki filmuje cię reżyser, pozwala zrozumieć, co się dzieje. Tak było i w tym filmie. Mój bohater nie miał zbyt wiele do powiedzenia, co nie oznacza, że nie był obecny.

WP

W roli Henry’ego zmienia się pan też fizycznie. Znajoma dziennikarka przekonywała, że początkowo w ogóle pana nie poznała na ekranie. Możliwość transformacji to ważny aspekt przy decydowaniu się na udział w konkretnej produkcji?
Uwielbiam zmieniać się dla roli. Zawsze to robiłem. Zabawne jest to, że często w takich sytuacjach wchodzisz w rolę tak głęboko, że nagle orientujesz się, iż w stu procentach odpowiada ona tobie. Lubię, kiedy widzowie zadają sobie pytanie, czy to ty czy tylko rola, którą odgrywasz. Poza tym kiedy przechodzę jakąś fizyczną transformację, często zostawiam sobie rekwizyty, które mi to ułatwiły. A to zęby, a to coś, co imituje większy brzuch. Zatem kiedy wpadnę na jakiś pomysł, mogę przyjść na plan ze swoimi rzeczami (śmiech). Uwierz mi, że gdy zaprezentujesz to w odpowiedni sposób reżyserowi, przekonasz go, dlaczego powinno być tak, a nie inaczej i dobrze to przy okazji uargumentujesz, zazwyczaj to kupuje. Tak też było z Romainem. Zęby, "oczy" i brzuch miałem z innych filmów. Takie rekwizyty zazwyczaj nie są tanie, więc pion produkcyjny jest zachwycony, jak uda się trochę zaoszczędzić (śmiech).

WP

Ma pan jakąś ulubioną przemianę w swojej bogatej filmografii?
Trzeba zdać sobie sprawę, że niektóre z nich nie są moim udziałem w jakimś większym stopniu. Mam na myśli kostium czy makijaż, które "zakładasz" po prostu na planie i wpływają na twój wygląd. W niektórych przypadkach za przemianę sam musisz jednak zapłacić solidną cenę. Na przykład kiedy trzeba zrzucić trochę kilogramów albo wręcz przeciwnie, gdy musisz przytyć do roli bądź zbudować muskulaturę. To nie jest łatwe. Choć z filmowymi transformacjami mam zupełnie inne wspomnienie. W okresie, kiedy notorycznie zmieniałem się do kolejnych ról, pracowałem nad pewnym filmem. Kiedy go zobaczyłem, pomyślałem: "O cholera, wyglądam dokładnie jak mój ojciec". Pomyślałem, że może pora przestać (śmiech). W ogóle jest z tym dużo zabawy. Poprzez takie transformacje pozwalasz sobie na rzeczy, których normalnie pewnie byś nie zrobił.

Z Romainem Gavrasem, będącym początkującym filmowym reżyserem, a jednocześnie jednym z najbardziej cenionych autorów teledysków (m.in. do utworów M.I.A. - przyp. red.), spotyka się pan na planie nie po raz pierwszy. Zagrał pan jedną z dwóch głównych ról w jego bardzo ciekawym debiucie "Our Day Will Come", teraz powraca w kolejnym filmie. To chyba nie zdarza się często, by doświadczony aktor tak chętnie grywał u młodego twórcy?
Nie podchodzę do tego w ten sposób. Romaina poznałem, kiedy miał 15 lat i założył grupę Kourtrajmé, z którą realizował krótkie metraże. Miałem w tym swój mały udział, bo wyprodukowałem ich dwa pierwsze filmy. Traktuję go jak członka rodziny, bardzo często ze sobą rozmawiamy. Opowiada mi, co u niego słychać, nad czym aktualnie pracuje. Tak się zdarzyło, że w pewnym momencie zadzwonił i powiedział, iż ma coś dla mnie (śmiech). Przeczytałem scenariusz, który okazał się bardzo zabawny, a przede wszystkim inny od tego, co zazwyczaj mam okazję czytać. Pomyślałem, że ta rola może być dużą frajdą, i w istocie tak było. Śmiało jednak Romain może też do mnie zadzwonić z czymś znacznie mniejszym i też pewnie w to wejdę. Nie ma żadnego problemu. Nawet to lubię. Tydzień, dziesięć dni na planie. Robimy.

Lubi pan wcielać się w komediowe role?
Tak, bo paradoksalnie wcale nie muszę ich grać w zabawny sposób. Spójrzmy na ten film. Powiedziałbym, że mój bohater jest nieco żałosny, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Zależało mi, żeby na jego twarzy było widać, przez co przeszedł. Był zdecydowanie zbyt długo sam, stracił duży kawał swojego życia. Oczywiście gdy oglądamy film, to Henry jest zabawny, ale na pewno nie dlatego, że stara się taki być.

WP
Materiały prasowe
Podziel się

Jako ceniony, rozpoznawalny na całym świecie aktor pomaga pan wielu francuskim twórcom, występując w ich filmach.
Zapewniam, że to działa w dwie strony i oni też mocno mi pomagają (śmiech). Francuzi mają to do siebie, że lubią ponarzekać. Zdaję sobie z tego sprawę. Ma to jednak dobre strony. Sprawy nie czekają tu zbyt długo na realizację. Zmierzam do tego, że niezależnie od narzekań i tak kręcimy 200 filmów rocznie i ta średnia się utrzymuje. To naprawdę duża liczba, wśród której znajduje się wiele dobrych produkcji, ale oczywiście też i tych złych. Wiele słychać narzekań na Netfliksa odnośnie tego, jak zmienił on rynek, ale jednocześnie stał się ważną platformą, z której korzysta ogrom ludzi. Zmieniają się zasady gry, ale wciąż kluczowa jest zawartość. Dlatego właśnie nadal jesteśmy potrzebni. W ostatnich latach seriale powstają w lawinowym tempie. Sam nie chcę za bardzo w to wchodzić, bo pochłania to mnóstwo czasu. Nawet w kontekście samego oglądania.

Co nie zmienia faktu, że seriale z każdym rokiem zyskują na popularności.
Myślę, że to kwestia generacyjna. Sposób, w jaki ludzie postrzegają rzeczywistość, dzisiaj jest inny niż dawniej. Wolimy się koncentrować na krótszych rzeczach, ale być zaangażowani przez dłuższy czas. Sam nie oglądam telewizji. W ogóle im jestem starszy i bardziej dojrzały, oglądam coraz mniej. Dużo za to czytam. Zmieniły się też trochę priorytety. Poświęcam swój wolny czas dzieciom itd. Zatem pod koniec dnia mam coraz mniej czasu na oglądanie zwłaszcza tych rzeczy, które mniej mnie interesują. Kiedyś wydawało mi się, że dobrze jest wiedzieć, co się obecnie dzieje w branży. Dzisiaj nawet jeśli nie wiem, nie mam żadnego poczucia winy w związku z tym.

WP

Ma pan na swoim koncie współpracę z wieloma znakomitymi reżyserami, jak chociażby David Cronenberg, Danny Boyle, Xavier Dolan czy Darren Aronofsky. Przygląda się pan temu, co robią?
Na pewno są tacy twórcy, których uwielbiam i staram się być na bieżąco z ich kolejnymi filmami. Wydaje mi się jednak, że to, co oglądasz, ważne jest przede wszystkim, kiedy jesteś młody. Może pomóc zdefiniować ważne sprawy, odpowiedzieć na pytania związane z dalszym życiem, określić marzenia. Ktoś stoi przed tobą i mówi ci, czym jest miłość. Im jesteś starszy, bardziej dojrzały i masz więcej własnych doświadczeń na koncie, moc oddziaływania filmów jest już nieco słabsza. Twoje problemy za to stają się dużo bardziej interesujące (śmiech). To, z czego zdałem sobie sprawę bardzo wcześnie, to fakt, że 95 procent naszej planety ma gdzieś robienie filmów. Nie obchodzi ich to, nie oglądają. Trzeba mieć tego świadomość, niezależnie od tego, jak bardzo kocham swoją pracę i jaką sprawia mi ona przyjemność.

Powiedział pan, że to ważne, jakie filmy oglądamy w młodości, bo one nas kształtują. Jak to wyglądało w pana przypadku?
No to lecimy (śmiech). Chociażby Monty Python. Bardzo mi się podobały te filmy, bawiły mnie, ale nie mogłem wtedy jeszcze zrozumieć dlaczego. Śmiałem się podczas oglądania, ale kiedy ktoś zapytał mnie, z jakiego powodu, nie potrafiłem udzielić mu jasnej odpowiedzi. Kolejne ważne doświadczenie to filmy Martina Scorsese, na czele z "Taksówkarzem". Kiedy wchodził do kin, miałem raptem dziesięć lat. Nie do końca wiedziałem, o co chodzi, ale zostały mi w głowie obrazy, poszczególne sceny. Później dopiero zdałem sobie sprawę, jak ważne było to doświadczenie dla mnie. Chyba mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że zdefiniowały mnie filmy, które oglądałem właśnie w tym wieku. Tak naprawdę nie chodzi nawet o zaprezentowaną w nich historię, a o samo doświadczenie. Często może odnosić się ono wyłącznie do obrazu albo muzyki.

Getty Images
Podziel się
WP

Rozmawialiśmy o kwestiach generacyjnych. W filmie widzimy też młode pokolenie gangsterów, którzy niemal przez cały czas pochłonięci są swoimi smartfonami. Nie niepokoi pana to, także w kontekście własnych dzieci, jak zmienia się komunikacja i model spędzania wolnego czasu?
Zapewniam cię, że nie dotyczy to tylko dzieci. Dla nas ten przeskok może być dziwny, zwłaszcza że trzeba się tego wszystkiego było nauczyć, bo dorastaliśmy w zupełnie innych czasach. Młodym technologia towarzyszy od samego początku, więc nie postrzegają tego w kategorii problemu. Być może tylko my patrzymy na to w ten sposób. Muszę jednak przyznać, że wolę życie z technologią niż bez niej. To przecież może być dobre źródło nie tylko komunikacji, ale i wiedzy. Mam siedmioletnią córkę, która dzięki temu wie na przykład, czym są molekuły, bo zostało to wytłumaczone w nieskomplikowany, przystępny sposób. Oczywiście widzę w technologii pewne niebezpieczeństwa, ale doceniam też jej zalety.

À propos technologii, internetu. Czy kiedykolwiek zdarzyło się panu wygooglować swoje nazwisko?
Jasne, choć w tej materii dużo bardziej podoba mi się Twitter. Sam co prawda nie twittuję, ale wpisuję czasem swoje nazwisko i sprawdzam, co się dzieje. Tak trafiam też na recenzje filmów, w których zagrałem. Dobrze być czasem na bieżąco.

Najgorsza rzecz, na jaką trafił pan tam na własny temat?
Hmm… Powiedzmy, że nie pamiętam (śmiech).

W mediach społecznościowych głośno było o proteście na czerwonym dywanie, który odbył się w tym roku w Cannes, gdzie "The World Is Yours" miał swoją premierę. Osiemdziesiąt dwie artystki, na czele z Cate Blanchett i Agnes Vardą, wystąpiły przeciwko dyskryminacji kobiet w przemyśle filmowym. Jaka była pana reakcja na tę akcję?
Niestety, nie miałem okazji zobaczyć tego na żywo, bo w tym czasie nie było mnie jeszcze w Cannes. Uważam jednak, że to bardzo interesująca sytuacja i dobry pomysł, żeby wydarzyło się to akurat na tym festiwalu. Kobiety, które wzięły udział w tej akcji, uchodzą przecież za wzór dla wielu ludzi. Możliwość zobaczenia ich zjednoczonych i działających razem w jednej sprawie może mieć znaczenie. Trudno mi powiedzieć, czy to coś zmieni, ale na pewno pomoże zwrócić uwagę na samo zagadnienie. Ludzie będą bardziej świadomi, jak to wszystko wygląda.

Rozmawiał Kuba Armata

WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP