Spędził 5 lat w sekcie. Jego wspomnienia porażają
"Maria poszła zobaczyć, co się dzieje, po chwili wróciła i powiedziała nam, że Maciek nie żyje. To był straszny cios. Coś we mnie krzyczało: 'Jak to?! Przecież mieliśmy go wyleczyć, a on odszedł?! (...)'. Jednak potem przyszła druga myśl: trzeba mu dalej nakładać ręce, przecież może zmartwychwstać", wspomina Sebastian Keller, który przez pięć lat należał do sekty Niebo.
Sebastian Keller był członkiem sekty Niebo w latach 90. Zmanipulowany przez charyzmatycznego guru Bogdana Kacmajora spędził pięć lat wykonując jego polecenia, znosząc kary i poniżenia, żyjąc w ciągłym lęku. Po opuszczeniu sekty Keller wydał o niej książkę "Niebo. Pięć lat w sekcie". Teraz publikacja została wznowiona, a wkrótce na serwisie HBO Max premierę będzie mieć serial na jej podstawie. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte publikujemy fragment książki Sebastiana Kellera.
Śmierć, doświadczenie pierwsze
W sekcie Niebo doświadczyłem śmierci kilka razy. Nie swojej, lecz moich przyjaciół. Pierwszy był Maciek. Miał około trzydziestu lat, był z Warszawy. Chorował na nerki, dializowano go. Kacmajora poznał na leczeniu. Na początku przyjeżdżał do naszego domu w niedziele, towarzyszyła mu żona Maria i kilkuletnia córka. Zostawali cały dzień, a wieczorem wracali do Warszawy. Maciek to był radosny facet, jednak było widać, że przez chorobę bardzo cierpi. Z czasem Kacmajor i Andrzej namówili go, by został na stałe.
Maciej został i co parę dni jeździł na dializy do szpitala w Lublinie. Po jakimś czasie Bogdan oznajmił, że nie powinien już jeździć na dializy, bo ma taką wiarę, że będzie zdrów bez zabiegów, że nasz guru go wyleczy. I wtedy zaczęły się schody. Maciek zaczął mdleć wieczorami przy stole, czuł się coraz gorzej. Bogdan był zły, że Maciek nie ma wystarczającej wiary.
"Kultura WPełni". Daniel Olbrychski gorzko o Kościele: "Gdzie ci księża? Gdzie ten autorytet?"
W tym miejscu muszę wyjaśnić pewną istotną sprawę. W sekcie mówiono nam, że każdy z nas może kilka razy żyć na ziemi, że już wcześniej istniał na tym świecie. Jeżeli chciano to sprawdzić, proszono najczęściej Karolinę o widzenie, kim ktoś był w poprzednim życiu. Kacmajor wmawiał nam, że każdy z członków sekty żył za czasów Chrystusa, a ci, którzy mieszkają w naszym domu, należeli do jego najbliższego otoczenia. To znaczy, że my byliśmy apostołami, a kobiety często były tymi kobietami, które chodziły za Chrystusem, gdy nauczał.
Jeśli chodzi o Macieja, Bogdan powiedział mu, że był on Świętym Piotrem, dlatego teraz tyle cierpi. Później wyjaśnił nam wszystkim, że powiedział tak, bo Maciek był niedowartościowany. Chciał go tą informacją podbudować.
Była późna jesień. Wieczorem Andrzej z Maciejem wsiedli do naszego srebrnego BMW i pojechali do Warszawy. Po mniej więcej dwóch godzinach Andrzej wszedł do kuchni, zakrwawiony, mocno kulejąc. Powiedział, że mieli wypadek, dość poważny. Andrzeja ktoś podwiózł, a Maćka karetka zabrała do szpitala w bardzo ciężkim stanie.
Przez kolejne dni jeździliśmy do szpitala w Lublinie nakładać Maćkowi ręce na głowę. To był straszny widok. Weszliśmy z Andrzejem do szpitalnej sali, Maciek był nieprzytomny, chyba pod respiratorem. Wtedy to ja nakładałem mu ręce na głowę – zawsze przed wyjazdem Bogdan kogoś wyznaczał do tego zadania. Czułem ciepło, które przechodziło spod moich rąk i z mojego ciała do Maćka. Było mi go strasznie żal. Odmówiłem "Ojcze nasz" i prosiłem Boga, aby Maciek otworzył oczy. Miałem poczucie, że zaraz się obudzi, że odzyska zdrowie, jednak cud się nie wydarzył.
Na sąsiednim łóżku leżał bardzo chory młody człowiek, jego ciało wyginało się w konwulsjach. Nie tyle pamiętam twarz Maćka, co umęczone ciało tamtego chłopaka. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak kruche jest ludzkie życie i że jest w nim nie tylko rodzina i miłość, ale też przerażenie i cierpienie.
Po jakimś czasie Maćka przewieziono helikopterem do szpitala w Warszawie. Nadal do niego jeździliśmy, a z nami jego żona Maria. W chustce na głowie (kobiety w trakcie nakładania rąk musiały nosić chustkę, podobnie jak podczas wieczerzy, mówienia kazań i widzeń) nakładała mu ręce.
Bogdan znów wyjechał do Niemiec i ja ponownie go zastępowałem. Tym razem miałem współpracować z jego żoną. Paweł, mąż Karoliny, i ja pojechaliśmy do Warszawy, wstąpiliśmy po Marię i we troje udaliśmy się do szpitala. Na miejscu trafiliśmy na jakieś zamieszanie. Maria poszła zobaczyć, co się dzieje, po chwili wróciła i powiedziała nam, że Maciek nie żyje.
To był straszny cios. Coś we mnie krzyczało: "Jak to?! Przecież mieliśmy go wyleczyć, a on odszedł?! O co tu chodzi?! Przecież śmierci w naszym domu miało nie być!". Jednak potem przyszła druga myśl (teraz uważam, że idiotyczna): trzeba mu dalej nakładać ręce, przecież może zmartwychwstać. Zostaliśmy w szpitalu do wieczora. Dowiedzieliśmy się, gdzie leży ciało Maćka, chcieliśmy się tam z Pawłem jakoś dostać, aby nałożyć mu ręce. Jednak nie odważyliśmy się zakraść do tego pomieszczenia.
Późnym wieczorem odwieźliśmy Marię do domu. Jechaliśmy maluchem bez świateł, zatrzymała nas policja. Gdy Maria wyznała, że właśnie zmarł jej mąż, policjanci byli wyrozumiali.
Do domu wróciliśmy w nocy. Pytałem żonę Bogdana, czy mam jechać do Warszawy, by nakładać Maciejowi ręce, ona nie wiedziała, co robić. Pojechaliśmy do Lublina, aby zadzwonić do Kacmajora. On powiedział: "Jedź!".
W środku nocy wyciągnąłem Pawła z powrotem do samochodu i ruszyliśmy do Warszawy. O mały włos nie przypłaciliśmy tego życiem. Zaspany Paweł uderzył w krawężnik i omal nie wylądowaliśmy na słupie.
W niedzielny poranek w szpitalu spotkaliśmy rodziców Maćka – oskarżyli nas, że to przez nas to nieszczęście. Poszliśmy do kostnicy, gdzie pozwolono nam, aby Maria nałożyła Maćkowi ręce na głowę, trwało to chwilę. Następnego dnia udaliśmy się do drugiej kostnicy, gdzie wydawano ciała zmarłych.
Przed drzwiami stała grupka ludzi czekających na odebranie ciał swoich bliskich już po sekcji zwłok. To było najbardziej dramatyczne przeżycie. Wahadłowe drzwi otworzyły się – w korytarzu mężczyzna w zakrwawionym fartuchu, z papierosem w ustach, wyprowadzał z windy wózki z nagimi, pozszywanymi ciałami. Weszliśmy z Marią, z boku na wózku leżało ciało Maćka po sekcji, ze zszytą na okrętkę skórą. Marysia nałożyła mu ręce na głowę. Tak bardzo upierałem się, że trzeba mu nakładać ręce nawet po jego śmierci, że dziś na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki.
Później jeszcze kilka razy jeździliśmy do Warszawy, by spotkać się z Marią. Potem zaprzestaliśmy i kontakt się urwał.