Qaqwqwrqw

Tymon Tymański: ''Mam to w pompie''

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tymon Tymański: ''Mam to w pompie''
(mat. dystrybutora)
Qaqwqwrqw

- Ten film ma śmierdzieć, ma boleć. Chciałbym jednak, żeby widzowie wiedzieli, że my nie tylko napieprzamy w ten kurnik zwany show-biznesem. Kochamy ten kraj, mimo że do wielu spraw mamy bardzo krytyczny stosunek – mówi w rozmowie z WP.PL Tymon Tymański, autor scenariusza i odtwórca głównej roli w „Polskim gównie” (przeczytają naszą recenzję), które od 6 lutego można oglądać na ekranach kin w całej Polsce.

„Polskie gówno” to utkana ze wspomnień i anegdot twórców opowieść polskim show-biznesie widzianym oczami sfrustrowanych artystów. Jerzy Bydgoszcz (Tymański), lider zespołu Tranzystory z Pruszcza Gdańskiego, bezowocnie usiłuje podbić polski rynek muzyczny. Spotkanie z ekscentrycznym komornikiem (Grzegorz Halama) dorabiającym jako menago gwiazd, staje się dla członków grupy okazją do wskrzeszenia bandu, nagrania płyty i wyruszenia w trasę koncertową. Niestety zamiast blasku jupiterów, czeka na nich smród ciasnych garderób, a miejsce drogiego szampana zajmuje ciepła wódka. Tak – według twórców „Polskiego gówna” – wygląda polski przemysł muzyczny od zaplecza.

Zwiastun:

Qaqwqwrqw

„Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu”, pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Skąd pomysł, aby tytuł waszego filmu zaczerpnąć z kontrowersyjnej wypowiedzi polskiego poety?

To moje wrodzone cwaniactwo kazało mi posłużyć się cytatem. Tytuł „Polskie gówno” pojawił się w mojej głowie wcześniej, jako typowo rubaszny, kacowy, trochę złośliwy pomysł. Po pewnym czasie pomyślałem jednak, że dobrze byłoby ten wulgarny zlepek podeprzeć jakąś literacką tezą, nieco go w ten sposób wygładzić. Żeby nie wyszło, że jest tylko gówno i koniec [śmiech]. W trakcie pracy nad scenariuszem natknąłem się na wspomniany cytat. Nie wiedziałem wtedy, że to słowa Przerwy-Tetmajera, wydawało mi się, że to takie nasze polskie „ludowe mądrości”. Pomyślałem, że wykorzystanie tego cytatu jako motta filmu to świetny fortel. Zasłoniliśmy się literaturą, aforyzmem pochodzącym od faceta, który wprawdzie chorował na syfilis, ale jednak był czołowym przedstawicielem literackiej bohemy. Tytuł filmu zyskał dzięki temu głębi – niby mamy do czynienia z polskim gównem, ale my to gówno cenimy i kochamy. To jest cwane i dyplomatyczne zarazem. Klasyczny Tymański [śmiech].

Jak przekonałeś do udziału w „Polskim gównie” aktorów pokroju Jana Peszka, Mariana Dziędziela? Muszę przyznać, że chciałabym zobaczyć pierwszą reakcję Mariana Dziędziela, czytającego scenę, w której ma wykonać musicalowy numer podczas smażenia jajecznicy.

Qaqwqwrqw

Ta scena to akurat pomysł Grześka Jankowskiego, od siebie dodałem dialogi, piosenkę i jajecznicę [śmiech]. Z Marianem Dziędzielem spotkałem się podczas festiwalu w Nowej Soli, gdzie pokazałem mu pierwsze fragmenty filmu. Obiecałem wtedy Marianowi, że obsadzę go w roli mojego ojca w „Polskim gównie”. Napisałem dla niego scenę, w której mój bohater przychodzi do niego pożyczyć pieniądze. Marian podszedł do tego zadania bardzo profesjonalnie. Dzwonił do mnie i zadawał najróżniejsze pytania o swoją postać – czy pije, czy jest obecny w życiu syna, czy jest inteligentny. Był bardzo zaangażowany, nawet dołożył do swojego numeru musicalowego ostatni wers, zresztą dosyć wulgarny [śmiech].

*Często pozwalaliście aktorom improwizować?*

Większość dialogów była improwizowana. Uważam, że nie należy zmuszać aktora do wygłaszania jakiejś pustej kwestii, która dobrze wygląda na papierze, ale brzmi nienaturalnie. Opisywaliśmy z Grześkiem szczegółowo sceny, ale prosiliśmy aktorów o znalezienie swoich słów. To było bardzo pomocne zwłaszcza podczas pracy z naturszczykami, którzy musieli na własną rękę, swoimi słowami dojść do tego, co mają pokazać na ekranie.

Skąd się wziął pomysł na konwencję musicalową?

Qaqwqwrqw

To znów propozycja Grześka Jankowskiego, do której podszedłem początkowo z dużą nieufnością. W życiu nie widziałem dobrego polskiego musicalu. To, co dla mnie stanowiło przeszkodę, dla Grzesia było wyzwaniem. „Nie ma? To zrobimy”, powiedział i zabrał się do roboty. Przespałem się z tym pomysłem i pomyślałem, że warto spróbować. Przypomniałem sobie „Tańcząc w ciemnościach”, które jest przecież w pewnym stopniu musicalem offowym i pomyślałem, że być może w tym szaleństwie jest metoda. W powojennej kinematografii polskiej powstały chyba tylko dwa musicale – „Halo, szpicbródka” i „Lata dwudzieste... lata trzydzieste”, więc przecieramy zupełnie nowy szlak [śmiech].

„Polskie gówno” powstawało siedem lat. Dlaczego tak długo?

Nie mieliśmy pieniędzy. Zaczęliśmy film jako kompletni amatorzy, nakręciliśmy w 2008 roku część materiału, który przypominał bardziej zdjęcia próbne niż profesjonalny materiał z planu. Nie mieliśmy ekipy filmowej z prawdziwego zdarzenia. To były zdjęcia jeszcze bez Jana Peszka, Arka Jakubika i Sonii Bohosiewicz. Po obejrzeniu materiału dotarło do nas, że musimy ten film nakręcić od początku, tym razem porządnie.

Byłem zdeterminowany, ale ostrożny. Zdawałem sobie sprawę, że stąpam po cienkim lodzie. Nigdy wcześniej nie pisałem scenariuszy, nie bawiłem się w produkcję filmu. Dlatego chętnie korzystaliśmy z porad innych, bardziej doświadczonych w tym polu – m.in. Wojtka Smarzowskiego, Xaverego Żuławskiego, Jacka Szczerby, Macieja Chmiela. Głowiliśmy się, jak postawić ten wielopiętrowy, wielowątkowy dom, kiedy masz tylko fundamenty i niejasna wiedzę na temat konstruowania. Usuwaliśmy sceny, dodawaliśmy nowe, przemontowywaliśmy materiał. Nie miałem z tym problemu, bo uważam, że film – oprócz tego, że jest autorską wizją – ma być przede wszystkim dla widza.

Qaqwqwrqw

„Polskie gówno” powstawało bez dotacji i wsparcia producentów. Taki brak sztywnych zasad był dla was wyzwalający czy zdarzały się sytuacje, kiedy czuliście, że brakuje wam kogoś, kto wskazałby wam właściwy kierunek, doradził?

To był bardzo frustrujący proces, bo nie mieliśmy nikogo, kto by w odpowiednim momencie powiedział: „panowie, za ostro”. Były momenty, kiedy czuliśmy, że bijemy głową w ścianę. Liczyliśmy, że przy okazji kolejnej wizyty u Kuby Wojewódzkiego znajdzie się ktoś, kto się nad nami zlituje i wesprze nas finansowo. Przez siedem lat nie znalazł się nikt. A jednak zatrudnienie wybitnych fachowców, którzy uwierzyli w ten projekt - wspaniałej montażystki Agi Glińskiej i kapitalnego operatora Tomka Madejskiego - zmieniło bieg rzeczy. Nasi mentorzy i sami aktorzy zaczęli dostrzegać w tym szaleństwie spory potencjał.

Fragment "Polskiego Gówna":

Qaqwqwrqw

W „Polskim gównie” utopiłeś życiowe oszczędności.

Bardziej większość zarobionych na bieżąco pieniędzy, bo ja nie umiem oszczędzać [śmiech]. Są tacy, którzy inwestują w kochanki, narkotyki, imprezy albo półroczne wyjazdy na Malediwy. Ja mam inny pomysł na życie, można to nazwać idiotyzmem albo „robinhoodyzmem”, ale mam z tego sporą satysfakcję. Wydaje mi się naturalne, że grupa filmowa na pewnym etapie kariery ryzykuje swoją kasę, stawiając wszystko na jedna kartę. Zatrudniliśmy do pracy nad filmem sztab fachowców, którym w większości zapłaciliśmy. A ja sam nie miałem wyjścia - musiałem wierzyć w sukces tego filmu, nawet jeśli miałem mnóstwo wątpliwości i czułem, że śmieją się ze mnie na mieście i tylko czekają, aż powinie mi się nóżka. Wydałem na „Polskie gówno” ponad 200 tysięcy, ale jest szansa, że odzyskam te pieniądze.

Waszemu filmowi bardzo pomógł niespodziewany sukces podczas festiwalu w Gdyni.

Mieliśmy chwilę słabości, kiedy, zastanawiając się, dlaczego nikt nas nie chce, omal nie poddaliśmy się retoryce teorii spiskowych. Trochę sami sobie byliśmy winni, bo wymyśliliśmy dla naszego filmu kontrowersyjny tytuł. „Polskie gówno” nie zakwalifikowało się do konkursu głównego festiwalu w Gdyni, pokazano je za to w nowej sekcji „Inne spojrzenie”. Mam wrażenie, że dyrektor festiwalu w Gdyni Michał Oleszczyk stworzył tę sekcję niejako właśnie dla „Polskiego gówna”, żeby w pewien sposób ocalić ten film. Nagroda publiczności, którą otrzymaliśmy na tym festiwalu, stała się dla „Polskiego gówna” najlepszą reklamą. Od tej pory ludzie walą drzwiami i oknami na ten film. Bardzo mnie to cieszy.

W „Polskim gównie” grasz głównego bohatera, Jerzego Bydgoszcza, który od lat bez skutku usiłuje podbić polski show-biznes. Ile w nim jest ciebie?

Procentowo? [śmiech] Jest we mnie sporo z Bydgoszcza, sam bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy grałem koncerty za 300 złotych dla 50 naj*ch studentów, z którymi potem trzeba było pić do rana. Nie mieliśmy garderoby, spaliśmy gdzieś po ludziach. Patrząc na to szerzej, wydaje mi się jednak, że sam wybrałem taki los, więc nie mogę mieć do nikogo pretensji. A od Bydgoszcza jestem zdecydowanie bardziej zaradny.

Czujesz, że ci się udało?

Udało mi się medialnie. W muzyce chyba też, choć to gorzki sukces. Od dziecka otaczali mnie ludzie, którzy słuchali jazzu, chodzili do DKF-ów, czytali książki z drugiego obiegu. Nie miałem szansy grać punka i być prostym chłopakiem, bo od piątego roku życia słuchałem Franka Zappy. To jest oczywiście jakieś piętno, ale jednocześnie atut. Kiedy moi koledzy – Muniek Staszczyk, Robert Brylewski, Maciek Maleńczuk, Kazik Staszewski – jarali się glam rockiem, ja słuchałem Beatlesów, Led Zeppelin, Boba Dylana, King Crimson, wczesnego Genesis. Punk nie był w centrum mojego muzycznego świata, chociaż w czasie fascynacji nową falą z dużą przyjemnością słuchałem kapel punkowych - Dezertera, Siekiery, Dead Kennedys, New Model Army.

Od początku wiedziałem, kim chcę być. Z zespołem Miłość graliśmy siedem lat, to bardzo długo jak na zespół jazzowy. Nagraliśmy kilka istotnych płyt. Wszystko się posypało, kiedy umarł Jacek Olter, a Leszek Możdżer odszedł z zespołu. Potem były Kury, ale powoli czułem, że muzyka się w pewien sposób dla mnie skończyła. Zapadł się rynek, ludzie przestali kupować płyty. Docierało do mnie stopniowo, że teraz nie wystarczy po prostu grać. Premierę nowego krążka należy obudować odpowiednią kampanią promocyjną, odpowiednio się ubrać, opowiedzieć pewną historię.

Zwrot nastąpił dopiero przy okazji „Wesela” Wojtka Smarzowskiego. Przez całe życie marzyłem, żeby spotkać swojego Polańskiego i, jak Krzysztof Komeda, pisać muzykę do filmów wybitnego reżysera. I mimo że zrobiliśmy razem z Wojtkiem tylko jeden film, czułem, że dzięki niemu zostałem powołany do nowego życia filmowego. Wojtek stał się moim mentorem i zawsze mogę na niego liczyć.

To brzmi jak całkiem udana kariera artystyczna.

Życie artystyczne chyba mi się udało, ale od początku wiedziałem, że nie tędy droga, jeśli chodzi o pieniądze. W wieku 37 lat poczułem, że biję głową w ścianę i muszę zmienić strategię. Nie mogłem dłużej się męczyć. Nie miałem czasu dla rodziny, nie miałem kasy. Zaakceptowałem, że nie jestem w stanie żyć godnie z grania i wykorzystałem swoje inne talenty. Zacząłem pisać felietony i blogi, pracować w telewizji i radiu, co zresztą przy mojej dykcji jest absolutnie karygodne [śmiech]. Jestem obecnie nieźle prosperującym przedsiębiorcą i mam świadomość, że jeśli stracę jedną robotę, pójdę gdzie indziej i nigdy nie będę musiał dawać d**y i pracować jako pogodynka w Polsacie.

W nominowanym do Oscara „Birdmanie” Alejandro Gonzáleza Iñárritu pada kwestia „Popularność to zdzirowata kuzynka prestiżu”. Swoją karierę opisujesz jako nieustanne balansowanie na cienkiej granicy między jednym a drugim. Można z takim nastawieniem żyć z „szołbizem” w zgodzie?

Ten film ma śmierdzieć, ma boleć. Chciałbym, żeby widzowie wiedzieli, że my nie tylko napieprzamy w ten kurnik zwany show-biznesem. Kochamy ten kraj, mimo że do wielu spraw mamy bardzo krytyczny stosunek. Zacząłem pracę nad scenariuszem z potrzeby szydery i autentycznego wk*a. Kierowała mną złość na to, co oglądam w telewizji, co słyszę w radiu. Wydawało mi się, że jest coraz gorzej. Znosiłem staromodną „Szansę na sukces” z Wojciechem Mannem, która przypominała trochę imieniny u cioci, ale prowadzący był bystry, dowcipny, miał klasę, nikogo nie obrażał. Później pojawiły się talent-showy z całą tą aurą Big Brothera. To było żenujące, nieestetyczne. Szacowne jury, które dawno temu przebrzmiało i wyłysiało, załatwiało sobie dzięki tym programom restart kariery. Wiele razy proponowano mi udział w tego typu show, ale zawsze odmawiałem. Czy to była mądra decyzja? Z punktu widzenia artysty Tymańskiego – heroiczna, z punktu widzenia ojca rodziny – totalnie idiotyczna.

Mam nadzieję, że uda mi się przejść przez życie nie musząc robić czegoś, czego nie czuję. Mam duże szczęście do ludzi. Wszystko, co do tej pory sobie wymyślałem, udało mi się zrealizować. Nie miałem wielkiej techniki jako jazzman, ale miałem do dyspozycji kawał mózgu i w latach 90. byłem liderem najlepszej kapeli jazzowej w kraju. Pracowałem z najlepszym polskim reżyserem filmowym, z moim ulubionym zespołem Republika. Zdarzało mi się bywać w dobrym miejscu w dobrym czasie.

Do tych sukcesów dołączyła ogólnopolska premiera twojego pierwszego filmu. Nie boisz się, że twoi znajomi związani z show-biznesem obrażą się na ciebie za „Polskie gówno”?

Tak naprawdę mam to w pompie. Nie ma się za co o obrażać, to tylko sztuka i satyra. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Skoro celowo pisze się głupie teksty i wykonuje ogłupiającą muzykę, trzeba się liczyć z tym, ze znajdzie się wreszcie bicz na spasione, leniwe dupska sybarytów.

Qaqwqwrqw
Qaqwqwrqw
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

Qaqwqwrqw