Trwa ładowanie...
Scena z filmu "Hiacynt"
Scena z filmu "Hiacynt"Źródło: Netflix, fot: Bartosz Mrozowski

"Wyzywali nas od pedałów i zboczeńców. Czasem łagodniej: od dewiantów"

Pytali o techniki i pozycje seksualne. Chcieli wiedzieć, z kim się spotykamy. Grozili, że powiedzą przełożonym w pracy – wspomina Ryszard Kisiel. Jak setki innych, był przesłuchiwany na komisariacie. Przyczyna? Homoseksualizm. O słynnej akcji Milicji Obywatelskiej pod kryptonimem "Hiacynt" opowiada nowy film Pawła Domalewskiego, który od 13 października można oglądać na Netfliksie.

Share

Akcja "Hiacynt" prowadzona przez funkcjonariuszy MO trwała około trzech lat - od 1985 do 1987 roku. W tym czasie milicjanci zebrali około 11 tysięcy teczek na homoseksualnych mężczyzn. Aresztowanym zakładano tzw. "karty homoseksualisty". Byli oni zabierani z domów czy nawet miejsc pracy i przesłuchiwani na komendzie. W 2008 roku śledczy IPN uznali, że funkcjonariusze MO nie złamali prawa.

Sebastian Łupak: 15 listopada 1985 roku o godz. 6 rano zwinęła pana z domu Milicja Obywatelska. Zawieźli pana na komisariat. Pana pierwsza myśl?

Ryszard Kisiel: Szkoda, że nie zostałem w Hamburgu. Trzeba było poprosić tam o azyl. Kilka miesięcy wcześniej byłem u rodziny w Niemczech. Szukałem tam nawet pracy, ale mało skutecznie. W końcu zdecydowałem się wrócić do Polski…

de9ifof

Hamburg był fajny?

Bogaty, pełen przepychu. Do tego gejowskie kluby, gejowskie kawiarnie, nawet teatry, pisemka. To mnie zauroczyło.

A w Polsce?

A w Polsce łapanka na gejów. Trzech tajniaków wpadło o szóstej rano do mojego mieszkania i zawiozło mnie na komisariat autem na cywilnych numerach. "Wieziemy pana na ulicę Białą". Na miejscu już był tłumek osób. Zrobili nam zdjęcia, pobrali odciski palców.

Dlaczego?

Bo, jak się okazało, milicja prowadzi akcję Hiacynt i spisują wszystkich podejrzanych o homoseksualizm, mimo, że nie jest przestępstwem i nie jest karalny.

Tylko, że nie mówili pewnie "homoseksualizm".

O nas mówiło się wtedy albo pedał, albo zboczeniec, albo w najlepszym razie dewiant. Te wyzwiska się słyszało.

Długo pana maglowali?

W sumie nie. Imię? Ryszard. Nazwisko? Kisiel. Przynależność partyjna? PZPR. I tu śledczy nałożył nasadkę na długopis i dalej już nie pisał.

Pan należał do partii?!

Szeregowy członek zakładowej organizacji partyjnej w ramach Spółdzielni Pracy.

Po co to panu było? Pralkę pan dostał bez stania w kolejce?

Nie chodziło mi o żadne bonusy. Przynależność do partii to była asekuracja – taka legitymizacja mojego pedalstwa. Swojego nie ruszą – myślałem.

A do Solidarności pan się zapisał?

Była dla mnie zbyt dewocyjna, zbyt kościelna.

Dobra, wracamy na ten komisariat.

W sumie dość szybko zostawili mnie w spokoju. Ale moich znajomych nie.

Rozpoznał pan ich w tym tłumie na komisariacie?

Niektórych widziałem pierwszy raz, ale był tam też znajomy aktor homoseksualista z naszego gdańskiego teatru. Ba, rozpoznałem nawet jednego z przesłuchujących nas milicjantów. Młody chłopak. Znałem go z miasta. Homoseksualista. Ale tu był w pracy, więc przesłuchiwał innych jak gdyby nigdy nic. Pewnie miał niezłego pietra, że go wsypiemy.

Tomasz Ziętek jako milicjant
Tomasz Ziętek jako milicjantŹródło: Netflix, fot: Bartosz Mrozowski

Jak wyglądały te przesłuchania?

W pokoju było kilka biurek, więc słyszałem, o co pytają innych. Straszyli ich, że powiedzą ich szefowi w pracy. Raczej nie było przymusu fizycznego, bicia, szarpania. Bardziej szantaż, wyzwiska, zastraszanie, że powiedzą żonie i dzieciom, wszyscy się dowiedzą. Szukali haków, bo pewnie niektórych chcieli zwerbować do współpracy. Choć mówili, że to dla naszego dobra.

de9ifof

Pytali o preferencje seksualne, nawet o pozycje i techniki. Na koniec podpis pod tzw. kartą homoseksualisty, poświadczającą orientację. Nasze środowisko było inwigilowane przez MO znacznie wcześniej. Mieli od tego cały referat.

Niektórzy moi znajomi bardzo tę łapankę przeżyli, wycofali się, przestali przychodzić na nasze spotkania, wręcz zdewocieli. Innych pobudziło to działania, tworzenia podziemnych organizacji.

Pytali pana o nazwiska, kontakty?

Jak wychodziłem z domu, wyciągnąłem z kieszeni marynarki notes. Taki kalendarzyk. Odłożyłem na półkę. Ale jeden z tajniaków powiedział: "o nie, notesik zabieramy ze sobą". Na komisariacie mi go zabrali. Oddali tydzień później, po sporej awanturze. A w notesie numery telefonów i nazwiska moich znajomych homoseksualistów.

Czyli paru przez notes wpadło?

Nie wiem, może go przetrząsnęli, a może w tym chaosie zapomnieli. Ja nikogo w każdym razie nie wsypałem.

Dlaczego po pana przyszli? Skąd wiedzieli, że pan jest gejem?

Nie wiem, może ktoś przyciśnięty do muru mnie wsypał? Może sąsiad coś podejrzał? Mogli mnie wcześniej śledzić, bo ja miałem przyjaciela Polaka z Wiednia - aktywistę i tłumacza Andrzeja Selerowicza. On mi wysyłał gejowskie biuletyny, prasę, zachodnie książki i dramaty o tematyce gejowskiej przetłumaczone przez niego na polski. Ja to powielałem i puszczałem dalej.

Artykuł o akcji "Hiacynt" z tygodnika MO "W służbie narodu" z 1986 roku
Artykuł o akcji "Hiacynt" z tygodnika MO "W służbie narodu" z 1986 rokuŹródło: Domena publiczna

Powielał pan?

Pracowałem wtedy w Gdańsku w punkcie usług kserograficznych. Po prostu przy kserokopiarce. No to po pracy powielałem inne rzeczy: biuletyny gejowskie czy ulotki informujące o zagrożeniu AIDS. Brakowało wtedy, żeby ktoś powiedział o zasadach bezpiecznego seksu z prezerwatywą. Przetłumaczyłem więc na polski ulotkę z Deutsche AIDS-Hilfe i ją powielałem. To była działalność legalna.

de9ifof

Co zabawne, ten mój punkt ksero stał się właściwie miejscem spotkań gejów. Mieszali się z tłumem klientów czekających na odbitki. Mało kto w tej kolejce do kopiarki podejrzewał, że stoi w miejscu schadzek gejów (śmiech)

W filmie "Hiacynt" za "pikietę", czyli miejsce, gdzie spotykają się geje, służy miejski szalet…

Tak było. Nie mieliśmy się gdzie spotykać, więc zostawały szalety czy łaźnie miejskie. To oczywiście spychało nas na margines życia. Choć, jak zauważyłem, w Hamburgu mężczyźni też umawiali się na seks w toalecie. Nie było jeszcze serwisu Grindr (śmiech).

W filmie Domalewskiego pokazane są wesołe gejowskie prywatki…

No jasne, że spotykaliśmy się na takich domówkach. Zamykaliśmy się we własnym sosie, bo dobrze się ze sobą czuliśmy i nikt nam nie dokuczał. Takie pozytywne dowartościowanie. Tańczyliśmy do Zdzisławy Sośnickiej, Modern Talking i Ałły Pugaczowej. Przebieraliśmy się…

W co? Był kryzys, koszule i buty były na kartki…

Coś kolorowego się z szafy wyciągnęło. Do tego jaskrawy makijaż i na przykład sztuczna biżuteria z czechosłowackiego Jabloneksu. Jeździłem po tę biżuterię do Pragi. Tam się wiozło żyrandole ozdobne, a przywoziło szminki i kolczyki.

Brakowało wam gejowskiej kultury? Nie wiedzieliście jeszcze, że Freddie Mercury, Elton John czy George Michael to geje.

Marcin Ciastoń odbiera nagrodę za najlepszy scenariusz do filmu "Hiacynt" na festiwalu filmowym w Gdyni
Marcin Ciastoń odbiera nagrodę za najlepszy scenariusz do filmu "Hiacynt" na festiwalu filmowym w Gdyni Źródło: East News, fot: Wojciech Stróżyk

Oczywiście, że nie wiedzieliśmy. Były tylko plotki. Prasa popularna o tym nie pisała. "Przyjaciółka" nie poruszała takich tematów. Pamiętam, że raz "Kobieta i Życie" na ostatniej stronie napisała, że aktor francuski Jean Marais kupił drogie auto swojemu przyjacielowi. Dali zdjęcie tego przyjaciela – zgrabny, młody chłopak. Można było się domyśleć… To nas podbudowywało i dowartościowywało, że gdzieś jeszcze ktoś taki jak my istnieje. Chodziliśmy do kina na meksykański film "Wyspa skazańców", żeby zobaczyć więźniów, którzy mieli występ w kobiecych ciuchach. Całe wycieczki na to chodziły, bo wreszcie było w kinie coś o nas.

de9ifof

Przyznał się pan jako młody człowiek rodzicom, że jest gejem?

Nigdy! Nawet, gdy studiowałem w Warszawie i moja gospodyni nakryła mnie z moim chłopakiem i zadzwoniła do rodziców do Gdańska, to się wyparłem w żywe oczy. Nie słyszało się wtedy o żadnych coming outach.

Trafił pan później jeszcze na komisariat?

Trzykrotnie.

Dlaczego?

Zacząłem powielać na tym moim ksero pisemko dla gejów "Filo". Nie żadne porno, ale pismo kulturalno-publicystyczne. Pisemko rozchodziło się z rąk do rąk wśród przyjaciół gejów. Później ludzie zaczęli nawet zamawiać pocztą. Miałem nawet sponsorów dających pieniądze na papier, który był wtedy towarem reglamentowanym. Pomagał mi finansowo po cichu pracownik pewnego banku, jakiś urzędnik czy nawet ksiądz. Dosyłali pieniądze czy wręcz ryzę papieru.

Pewnego razu milicjanci zawieźli mnie na komendę na ul. Świerczewskiego. Milicjant, który mnie przesłuchiwał, mówił, że dostał cynk aż z Radomia, z drugiego końca Polski, że ja próbuję założyć organizację zboczeńców seksualnych w Gdańsku. Powiedziałem mu, że będziemy jedynie prowadzić działalność profilaktyczną wobec choroby zakaźnej, jaką jest AIDS.

Pierwsza organizacja gejowska - "Lambda" - została zarejestrowana w Polsce dopiero w lutym 1990 roku.

Czy milicja kiedykolwiek panu pomogła?

To było jeszcze w latach 70-tych. Wydawało mi się, że właśnie poderwałem młodego chłopaka w okolicach "Grzybka", czyli właśnie szaletu publicznego na placu Trzech Krzyży w Warszawie. Poszliśmy dalej i wtedy napadło mnie kilku jego kolegów - chuliganów. Pobili mnie, zabrali portfel i zegarek. Pewnie pobiliby mnie mocniej, ale pojawił się milicjant. Uciekli. On mnie uratował.

Czy wiemy, co się stało z teczkami zgromadzonymi w trakcie akcji Hiacynt?

Już w czasach wolnej Polski, kiedy milicję zastąpiła policja, zostałem wylegitymowany przez policjanta. Nie pamiętam dziś za co, może przewinienie drogowe, a może nie podobało mu się, jak wyglądam. Połączył się z centralą przez radiotelefon i usłyszałem, jak go informują: "Notowany, ale nieposzukiwany". A notowany byłem tylko w 1985 roku. Jak się więc domyślam, te informacje gdzieś w ich kartotekach zostały.  

de9ifof

Poleca pan młodym film "Hiacynt"?

Jeśli chcą zobaczyć, jak funkcjonował PRL i dowiedzieć się czegoś o akcji "Hiacynt", to jak najbardziej. Zrozumieją, przez jakie upokorzenia przechodziliśmy. Dziś jest lepiej: mamy swoje pismo "Replika", mamy marsze równości, organizacje, a kino i sztuka opowiadają o sprawach LGBT. Czekamy jeszcze na związki partnerskie. Choć nie wiem, czy PiS nam tego wszystkiego nie zabierze. Od jakiegoś czasu rząd nas odczłowiecza, mówi, że nie jesteśmy ludźmi. Młodzi ludzie, ci słabsi, bez wsparcia, tego nie wytrzymują. Trzeba mieć nie lada psychikę, żeby nie wpaść w depresję, gdy całe życie wyzywają cię od zboków i pedałów. Nie każdy jest tak silny psychicznie jak ja.

Hiacynt | Oficjalny Zwiastun | Netflix

Premiera filmu "Hiacynt" w reżyserii Piotra Domalewskiego na Netfliksie 13 października. Film dostał nagrodę za scenariusz, autorstwa Marcina Ciastonia, na 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Podziel się opinią

Share