Trwa ładowanie...
d46wla1
Aktualności

67. Festiwal Filmowy w Cannes

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
67. Festiwal Filmowy w Cannes
(AFP)
d46wla1

Pierwsze dni *67. Festiwalu Filmowego w Cannes upłynęły pod znakiem kina budzącego skrajne uczucia. Mnóstwo tu tytułów, które jednych odrzucają, innych zaś bezgranicznie uwodząc.*

Przygody ciała
Jednym z nich jest „Saint Laurent” Bertranda Bonello, reżysera, który nieraz rzucił festiwalowi w Cannes wyzwanie. W swoich filmach Bonello zaglądał już za kulisy pornobiznesu i za kotary domu publicznego. W najnowszej produkcji podgląda słynnego kreatora mody, Yves Saint Laurenta, przenikając jego świat od pracowni po sypialnię. Laurent przez cały film nosi jedną maskę – nieco zdegustowanego, nieco nieobecnego i nieco zblazowanego faceta. Otoczony jest luksusem i uwielbieniem, ale w głębi duszy coś wydaje się w nim buzować. Frustracja? Niemoc? Brak weny? Niespełnienie? Wszystko po trochu? Bonello nie daje żadnych odpowiedzi, jedynie podsuwa tropy, które łączą się w film niełatwy. Jego akcja toczy się jakby w wiecznym letargu, przygaszeniu, bez ekscytacji. Nie budzi jej zupełnie nic, ani otaczające głównego bohatera luksusy, które są mu już obojętne, jakby niewidzialne. Ani piękne kobiety, na które z racji homoseksualnej orientacji nie zwraca szczególnie uwagi. Ani przyjaciele, wyjęci z różnych
artystycznych bohem, wiecznie goniący za zabawą i rozkoszą, a w rzeczywistości szalenie niespełnieni, niezaspokojeni.

kadr z filmu "Saint Laurent"

Tajemnicze zniknięcie
Podobnie nieobecna jest Eleanor Rigby, główna bohaterka filmu „The Disapperance of Eleanor Rigby” Neda Bensona. Ten skromny, acz obsadzony gwiazdami (Jessica Chastain, James McAvoy, Isabelle Huppert) dramat rozpoczyna się chwilą błogości. Eleanor i Conor zostają parą, której – jak się wydaje nic nie przeszkodzi – w budowaniu wspólnego szczęścia. A jednak. Cięcie i jesteśmy jakby w innej bajce. Drogi bohaterów się rozchodzą, on zaszywa się w pracy, ona rzuca się z mostu. Ku swojemu niezawodoleniu Eleanor zostaje jednak wyratowana i zamieszkuje na powrót u rodziców. Nie wiadomo, dlaczego nie chce rozmawiać ze swoim mężem, nie chce go widzieć, nie chce do niego wrócić. Zdrada? To wydaje się zbyt błahe. Dopiero metodą małych kroczków odkrywamy prawdę o tym, co rozbiło to małżeństwo. Przy okazji odkrywamy także, że tych dwoje się nie zejdzie. Zbyt wielka rana tkwi w Eleanor, aby mogło do tego dojść.

Choć „The Disapperance of Eleanor Rigby” spotkało się w Cannes z ciepłą reakcją publiczności, trudno tu publiczności w podobny sposób zjednać się w zachwycie. Obok filmu Neda Bensona udało się to, jak się wydaje tylko jednemu tytułowi, na domiar wszystkiego – bardzo przewrotnemu. Taki film zaproponował węgierski reżyser Kornel Mundruczo. Jego „The White God” krótko można określić jak wariację na temat „Ptaków” Hitchcocka, ale w psami w roli zwierząt terroryzujących ludzkość. Mundruczo folguje sobie do woli, łącząc horror z komedią zgrabnie i płynnie, nie raz przyprawiając wszystko cytatami z klasyki kina (m.in. z „E.T.” Stevena Spielberga).

kadr z filmu "The Disapperance of Eleanor Rigby"

Związki rodzinne
Najmocniejszych wrażeń dostarczyły jednak póki co tak naprawdę pierwsze dni festiwalu. Najmocniejszych, bo negatywnych. Z takimi wiązały się dwa seanse – „Grace. Księżna Monako” Olivera Dahana oraz „That Lovely Girl” Keren Yedaya. Pierwszy tytuł cieszył się tu wyjątkowo złą famą. Jedni szeptali o kiepskim wyborze organizatorów, którzy zaprosili film, aby gościć na otwarciu Nicole Kidman. Inni wskazywali na pokaz obliczony na kontrowersje – rodzina królewska zupełnie odrzuciła bowiem tę produkcję, twierdząc, że nie ma ona nic wspólnego z prawdą. Niezależnie od tego czy z prawdą ma czy nie ma nic wspólnego, to „Grace. Księżna Monako” nie ma przede wszystkim nic wspólnego z dobrym kinem. Pozbawiona napięcia między bohaterami, zatopiona w glamourze, z przesadnym zaufaniem oparta na wątłym w tej roli talencie Nicole Kidman – to tylko niektóre grzechy produkcji Dahana.

kadr z filmu "Grace. Księżna Monako"

d46wla1

Grzeszny do niemożliwości był z kolei pokazywany w sekcji Un Certain Regard film „That Lovely Girl”, od początku zapowiadany jako jeden z największych skandali tegorocznego festiwalu. Wszystko za sprawą tematu – kazirodztwa, które tu rozwija się w brudnym, zapuszczonym domu nastoletniej Tammy. Dziewczyna od lat spędza czas tylko z własnym ojcem i wydaje się, że bardzo z tego powodu cierpi. Ma zaburzenia odżywiania, tyje, bo wie, że ojca tym rozsierdzi, okalecza się . Jej ciało woła o pomoc, nawet jeśli ona sama milczy. Przełom nadchodzi, gdy tata sprowadza do domu obcą kobietę. Wtedy Tammy wyczuwa konkurencję i zaczyna uciekać. Jest to jednak ucieczka pozorna. Związek z ojcem okazuje się na tyle silny, że nie sposób się od niego uwolnić, nie tylko dlatego, że rodzic naciska na powrót.

kadr z filmu "That Lovely Girl"

Toksyczna relacja tej pary bohaterów wzbudziła w Cannes poruszenie, ale trudno mówić o współczuciu. Przeszkadza w nim choćby fakt, że akcja rozgrywa się w nizinach społecznych. Ojciec jest typem prymitywa, córka równa do niego, w związku z tym na ekranie oglądamy dość prostacką relację, której reżyserka odebrała całą finezję, a co za tym idzie – impuls do głębszej dyskusji nad tematem.

Gwiazdy na ścieżce obłędu
Nie da się ukryć, że wielkie aktorskie nazwiska w tym roku pojawiają się w Cannes raczej przy okazji ambitnych projektów niż rozbuchanych premier hollywoodzkich superprodukcji. Na festiwalową publiczność czeka jeszcze m.in. debiut reżyserski Ryan Goslinga czy konkursowa „Sils Maria” Olivera Assayasa z Kristen Stewart w jednej z głównych rol. Za nami już za to „Jauja” Lisandro Alonso z Viggo Mortensenem oraz „Maps to the Stars” Davida Croneberga. U tego ostatniego Hollywood jest obecne wszędzie, nie tylko w obsadzie (w której znaleźli się m.in. Robert Pattinson, Julianne Moore oraz Mia Wasikowska).

kadr z filmu "Maps to the Stars"

d46wla1

Akcja tej dosyć pokracznej produkcji dzieje się w środowisko filmowym, do którego przybywa niewinnie wyglądająca Agatha. Dziewczyna szybko zostaje asystentką rozhisteryzowanej gwiazdy, Havany Sagrand, która desperacko próbuje wrócić do show-biznesowego obiegu, walcząc z upływającymi latami i skrupulatnie ukrywanymi oznakami starzenia. W drugim planie filmu przewija się m.in. rozkapryszony młodociany gwiazdor, szofer, który jest niespełnionym scenarzystą oraz matka – agentka swojego syna, którą dziecko doprowadza na skraj załamania nerwowego. W trzecim planie: duchy, niedawno zmarli i demony przeszłości.

Dokąd prowadzi ta historia? Poniekąd do krytyki filmowego światka, zakpienia z niego. Do pokazania, jak łatwo w tym środowisku pomieszać wartości i kompletnie odkleić się od rzeczywistości. Tyle tylko, że oba te spostrzeżenia wiodą Cronenberga na manowce, bo im dalej w film, tym mniej rzeczy się ze sobą klei a tym bardziej historia wykoleja się w zupełnie nieuzasadnionym kierunku. W sumie więc, dostajemy produkcję bełkotliwą i niepewną, której finał jedynie potwierdza brak pomysłu reżysera zarówno na przeprowadzenie przez akcję grupki postaci, jak i ustalenie o czym tak naprawdę chciałby opowiedzieć.

Z kolei, w gwiazdorskiej obsadzie ponoć niedługo zobaczymy inny konkursowy film – argentyńską komedię “Relatos Salvajes” Damiana Szifrona. Złożona z kilku nowelek produkcja opiera się o to samo spostrzeżenie, wokół którego lubią budować swoje filmy bracia Coen: moment, w którym niepozorny człowiek zostaje doprowadzony do granicy wytrzymałości i sięga po przemoc, żeby ratować się z absurdu. Szifron dotyka tego wątku za każdym razem w innym ujęciu. Raz pakuje grupkę ludzi współodpowiedzialnych za nieszczęście młodego chłopaka do jednego samolotu i funduje im tragedię. Innym razem spotyka na jednej drodze dwóch kierowców, którzy urządzają sobie nawzajem piekło na ziemi. Koniec końców zgodą zwieńczona jest jedynie ostatnia historia, która przekonuje, że nawet wyrządzanie sobie krzywdy może być wyrazem miłości.

Szczególnie to ostatnie uczucie w Cannes jest normą. Na wielu filmach cierpienie staje się nieodłączną częścią seansu – czy to ze względu na długość fabuły, czy to ze względu na jej marność. Na razie festiwalowi brakuje konkursowego faworyta, zaś notowania krytyków zaznaczają największe szanse na Złotą Palmę dwóch tytułów: „Winter Sleep” Nuri Bilge Ceylana i „Mr. Turner” Mike’a Leigh. Czy w drugiej połowie festiwalu te filmy znajdą godnych konkurentów, w propozycjach przygotowanych przez reżyserow nagradzanych już w Cannes: Kena Loacha, Naomi Kawase oraz Andrieju Zwiagincewie?

kadr z filmu "Winter Sleep"

d46wla1

Podziel się opinią

Share

d46wla1

d46wla1