Trwa ładowanie...
d4gr7qs
zapaśnik
06-08-2009 13:02

Męcz mnie, dręcz mnie, poniewieraj!

d4gr7qs

Wrestling to sport dla idiotów, to sport, który zaspokaja w widzu najniższe instynkty, to nawet nie sport a quasidyscyplina, którą robią debile dla debili. Bardzo lubię wrestling, bo to kawał niezłego widowiska. I choć rzeczywiście jest idiotyczny, skrajnie brutalny, to jest to show, któro uwodzi i pociąga, a dokładnie uwodzą dwoistością jego bohaterowie.

I Darren Aronofsky opowiedział ten wrestling znakomicie w swoim najnowszym filmie „Zapaśnik”. Opowiedział skrajne rozdwojenie ludzi uprawiających tę dyscyplinę. Bo oto mamy obrośniętych w masę gigantycznych mężczyzn, którzy wyglądają mocno obleśnie, których poziom agresji sięga wyżyn, a przed walką ci sami mężczyźni tlenią sobie włosy, chodzą do solarium i przepraszają się w szatni, przesiąkniętej homoseksualnym smrodkiem, za ewentualne obrażenia.

Potrzeba zrobienia show, stania się bohaterem publiczności jest w nich tak gigantyczna, że chowają gdzieś swoją wrażliwość i wychodzą traktując się drutem kolczastym czy zszywkami. Potem z troską i niemałą czułością pomagają sobie te zszywki wyciągnąć.

To są jakieś ułomne postaci, którym głos rozwścieczonego tłumu daje takie poczucie satysfakcji czy spełnienia, że mimo bólu, wychodzą w tych swoich sadystyczno- pedalskich strojach, by odegrać przedstawienie. I jednym z takich spragnionych uwielbienia tłumu jest właśnie główny bohater „Zapaśnika” Randy „The Ram” Robinson (Mickey Rourke). To taki dobry przykład Midasa, który nie w złoto, a w gówno zamienia wszystko, czego dotknie. Nie wychodzi mu więc relacja z córką, niespecjalnie też mają się u niego sprawy miłosne.

d4gr7qs

Spotykamy go u schyłku kariery, kiedy to mija dwadzieścia lat od czasów gdy święcił triumfy, cudowne lata 80. już dawno za nim. Mocno zdewastowany i uszkodzony pracuje w supermarkecie, a czasami jeszcze występuje w klubie weterana. I po 20 latach od czasu jego brawurowego wystąpienia, staje przed trudną decyzją. Tuż po ciężkim zawale otrzymuje propozycję walki czy raczej odegrania przedstawienia ze swoim dawnym przeciwnikiem.. Ale to tylko pozornie trudna decyzja, bo tak naprawdę widz od początku wie, że do pojedynku dojdzie, wszak Randy tylko walczyć potrafi i tylko to przywrócić mu może godność.

Cały film to dla mnie właśnie opowieść o umiejętności zachowania godności. Mimo, że zachować próbuje ją Randy oddając się idiotycznemu zajęciu z godnością zdającym się mieć tyle wspólnego co wrestling z baletem. Ale to jedyny sposób by… zawalczyć o siebie. A że Randy chce walczyć nie mamy wątpliwości. Już początkowa scena, gdy ociera strużkę kapiącej śliny pomieszanej z piwem, mówi że Randy nie cierpi na emocjonalny autyzm i chce uratować w sobie resztki godności.

Niewiele jest scen z „Zapaśniku”, w których nie byłoby Randy’ego. On jest tu główną postacią, on jest całym filmem, on jest motorem napędowym.

Łatwo jest popaść w banał, mieszając film z rzeczywistością, marketingowym chwytem jest często romans pary, która ma romans w filmie, a wzruszające opowieści aktorów, że oni też mieli te rozterki, które mieli bohaterowie ich filmów, są co najmniej niepotrzebne. Ale w wypadku „Zapaśnika” ciężko o biografię Micky’ego Rourke nie zahaczyć. To wielki come back tego aktora. Oczywiście wcześniej było Sin City i jego wspaniała rola, ale tu wraca Rourke w naprawdę wielkim stylu. Wraca i staje się tym filmem, nadaje mu wyraz, maluje przejmująco realistyczny obraz człowieka, który jak on, był na dnie.

d4gr7qs

Oszczędny w środkach, powściągliwy aktorsko, częściowo sparaliżowany na twarzy, gra głównie oczami i głosem. Ale to zupełnie wystarcza. Gorycz, która od niego bije widoczna najbardziej w scenie gdy rozpoznany zostaje krojąc szynkę, w obleśnym czepku, na nocnej zmianie w spelunowatym supermarkecie, przejmująco zagrana przez Rourke, to mistrzostwo i wielka klasa. Aronofsky bezwzględnie, ale brawurowo wykorzystał mocno pogmatwany życiorys Rourke. To jest opowieść o aktorze „9 i pół tygodnia”, eksamancie, który dziś wygląda jak swoja groteskowa karykatura i choć amantem już nie będzie, próbuje odzyskać twarz.

Film Aronofsky’ego nie jest wielką, nadętą, z rozmachem zrobioną hollywoodzką produkcją, a surowo i powściągliwie opowiedzianą historią. Nie ma jak w „Requiem dla snu” dynamicznego montażu, brawurowych ujęć kamerą, jest za to bardzo realistyczna surowo opowiedziana historia. Kamera często prowadzona zza pleców bohatera, pozwala widzowi śledzić każdy krok Randyego, słyszeć i „widzieć” każdy jego oddech, oglądać zmęczone plecy i widzieć świat bohatera tak, jak on go widzi.

Nie domyka reżyser historii Randy’ego i to jest wielką zaletą filmu, bo dopowiedziana, zamknięta opowieść nie tylko o godności, ale też o nadziei, o wielkim romantyku, który gotowy jest oddać życie za to, w co wierzy, łatwo ulec by mogła zbanalizowaniu.

A tu chyba nie ma banału, chociaż jest jeden zbyt schematycznie rozegrany wątek córki głównego bohatera. Próba odbudowania relacji z nią, najpierw jej niechęć, potem coś na kształt koleżeństwa, a potem totalna nienawiść spowodowana spóźnieniem głównego bohatera, trochę trąci telenowelowym zagraniem.

Niemniej najnowszy film Aronofsky’ego to dobre, zaskakujące surowością realizacji, kino i chyba dyskretny hołd i ukłon w stronę lat 80., gdzie królowało The Scorpions czy Guns N'Roses, a potem „ta ciota, Cobain, wszystko zniszczyła”.

d4gr7qs
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d4gr7qs