Trwa ładowanie...
d259zj1
Aktualności

William Fichtner: nie znoszę dramatów

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
William Fichtner: nie znoszę dramatów
(ONS.pl)
d259zj1

Jest nazywany mistrzem drugiego planu. Kiedy pojawia się na ekranie, nie sposób oderwać od niego wzroku. Występował u boku największych hollywoodzkich gwiazd – w ciągu ostatnich dwóch lat grał min. w *"Jeźdźcu znikąd", "Wojowniczych Żółwiach Ninja" czy "Elizjum". Fani seriali pamiętają go z roli Alexa Mahone w kultowym "Skazanym na śmierć".*

Od 22 września możemy oglądać go na antenie AXN w 2. sezonie serialu "Przekraczając granice", w którym wciela się w postać Carla Hickmana, stojącego na czele Biura Kryminalnego (ICC), elitarnej jednostki policji, tropiącej transgraniczne przestępstwa na terenie całej Europy.

William Fichtner w rozmowie z Wirtualną Polską zdradza, dlaczego nie ogląda filmów ze swoim udziałem, jak radzi sobie bez mediów społecznościowych oraz dlaczego za Dannym DeVito skoczyłby w ogień.

Małgorzata Steciak: Mówi się o tobie, że jesteś aktorem charakterystycznym. Czasami pojawiasz się tylko w jednej scenie, ale swoją niezrównaną charyzmą nieraz przyćmiewasz gwiazdy.
William Fichtner: Trzy razy zdarzyło mi się pojawić na ekranie w tylko jednej scenie: w "Mrocznym rycerzu", „Mieście gniewu” oraz „Pearl Harbor”. Na epizod w ostatnim z wymienionych filmów zgodziłem się w ramach przyjacielskiej przysługi dla Michaela Baya, z którym pracowałem przy „Armageddonie”. Nie uważam siebie za speca od ról charakterystycznych. To nie jest tak, że staję codziennie rano przed lustrem i powtarzam: „oto, kim jestem. Jestem aktorem charakterystycznym”. Jeśli mam być absolutnie szczery, w takich sytuacjach myślę raczej, że jestem gościem, który po prostu chce pracować nad jak największą ilością dobrych projektów. Nigdy nie szufladkuję swojej pracy, nie przyczepiam sobie łatek. Żeby to robić, musiałbym chyba spędzać znacznie więcej czasu nad zastanawianiem się, kim jestem, i dlaczego robię to, co robię.

Jesteś niezwykle skromny jak na aktora z tak imponującym dorobkiem.
Uwierz mi, pracowałem z niezliczoną ilością aktorów zakochanych w sobie i swoich profilach w mediach społecznościowych. Oglądają wszystkie filmy ze swoim udziałem, wciąż zastanawiają się nad swoim miejscem w show-biznesowej układance. To nie moja bajka. Ja po prostu chcę pracować, poświęcać czas na doskonalenie moich umiejętności i pracę nad rolą. Szczerze mówiąc nawet nie obejrzałem wszystkich filmów i seriali ze swoim udziałem. Jestem wobec siebie bardzo krytyczny.

Masz konto na Twitterze albo Facebooku?
Nie. Zbyt cenię swoją prywatność, żeby je zakładać. Nie widzę sensu w dzieleniu się z całym światem informacją, że właśnie zjadłem kanapkę z szynką i popiłem ją dobrym polskim piwem [śmiech]. Nie chcę, żeby ludzie wiedzieli, co jadłem na śniadanie! Mam to gdzieś, czy jestem na Twitterze, czy nie. Często zdarza się, że spotykam się z przyjaciółmi i chwilę później nasze wspólne zdjęcie ląduje na Facebooku a mój kumpel, zamiast zająć się rozmową, sprawdza, ile osób polubiło jego ostatni wpis. To dla mnie o wiele za dużo informacji naraz.

Jak trafiłeś do serialu „Przekraczając granice”?
Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, mój agent zadzwonił do mnie pewnego dnia z propozycją głównej roli w serialu. Bardzo spodobał mu się scenariusz i pomyślał, że będę zainteresowany. Był tylko jeden problem: zdjęcia miały powstawać w Pradze. Projekt szalenie mi się spodobał, ale uznałem, że nie będę w stanie zostawić rodziny, by przez większość roku mieszkać w Czechach. Później miałem okazję spotkać się z twórcą serialu, Edwardem Allenem Burnero, i bardzo przypadliśmy sobie do gustu, więc postanowiłem zaryzykować. Powiedziałem mojej żonie, że przyjmę rolę pod jednym warunkiem: jeśli przeprowadzimy się z dzieciakami do Europy. Reszta jest historią [śmiech]. Uwielbiam Pragę, to miejsce stało się moim drugim domem i bardzo chciałbym tu zostać na dłużej. Mieszkam w Czechach już prawie trzy lata, moje dzieci chodzą tu do szkoły. To kawał mojego życia.

Carl Hickman to kolejna w twojej karierze postać z mroczną przeszłością, mocno doświadczona przez los. Co przyciąga cię do takich bohaterów?
Wydaje mi się, że tacy bohaterowie są po prostu bardziej wiarygodni. Dostarczają materiału do przemyśleń, inspirują do ciągłej pracy nad postacią. Ich słabości sprawiają, że patrzymy na nich bardziej życzliwym okiem, utożsamiamy się z ich problemami. Nikt z nas nie jest czarno-biały, każdy ma swoje za uszami. Grałem w swojej karierze wielu policjantów i po pewnym czasie nabrałem w tym wprawy. To nigdy nie są herosi o nadludzkich zdolnościach, lubię grać facetów, którzy są po prostu inteligentni. Tam, gdzie zwykły człowiek zauważy tylko wybitą szybę, doświadczony gliniarz dostrzeże strzępek materiału albo odcisk, który wyznacza nowy kierunek w śledztwie i w konsekwencji prowadzi do rozwiązania niezwykle skomplikowanej zagadki.

Jesteś aktorem, który sprawnie łączy pracę na planach wielkich hollywoodzkich blockbusterów, takich jak „Elizjum” czy „Wojownicze Żółwie Ninja” z mniejszymi, niezależnymi produkcjami. Na premierę czeka twój najnowszy film „St. Sebastian”, niskobudżetowy horror w reżyserii Danny'ego DeVito.
Nie mam pojęcia, jakie są losy tego projektu. Nakręciliśmy ten film z Dannym jakieś trzy lata temu. Danny jest zresztą niesamowitym gościem i uwielbiam z nim pracować. Przysięgam, jest moją ulubioną osobą z branży filmowej! Spotkaliśmy się m.in. na planach „Sądnego dnia” i „Trafionej-zatopionej”. Jakiś czas temu odwiedzałem mojego syna w college'u i niespodziewanie zadzwonił do mnie Danny. „Hej, stary, mam taki pomysł na film, słuchaj, musisz w to wejść ze mną, świetna sprawa, nie mamy żadnej kasy”, powiedział. „Yyyy... no jasne, czemu nie”, odpowiedziałem, zanim zdążyłem zastanowić się, w co się pakuję. „Spodoba ci się, mówię ci, nie mamy w ogóle czasu, nakręcimy pełen metraż w jakieś 14 dni. Potrzebujesz przyczepy? Nie mamy na to kasy w budżecie, ale to nic, przywiozę ci moją”, dodał, i tak zrobił. To było fantastyczne. Nie mieliśmy pieniędzy, kręciliśmy w niemalże amatorskich warunkach, ale powtórzyłbym tę przygodę z nim każdego dnia.

Chyba nieczęsto zdarzają się w show-biznesie takie przyjaźnie?
Muszę ci opowiedzieć anegdotę o pewnym aktorze, z którym pracowaliśmy wspólnie z Dannym. Nie będę wymieniał jego nazwiska, powiem tylko, że przed rozpoczęciem zdjęć Danny pytał codziennie, czy przyszedł już X ze swoimi FP – fałszywymi przyjaciółmi. To właśnie uwielbiam w tym facecie: jest do bólu szczery i bezpretensjonalny. Otacza się ludźmi, z którymi lubi pracować i dba o nich jak o najbliższą rodzinę. Zawsze, kiedy spotykamy się na planie, zaprasza całą ekipę na obiad. To niewiarygodnie rzadkie w tej branży. Uwielbiam tego gościa.

Praca nad skromnymi projektami w gronie przyjaciół to sposób na odreagowanie po wysokobudżetowej produkcji z udziałem gwiazd?
Lubię moją pracę i zawsze wkładam w nią całe serce. Nie znoszę dramatów, nie mam na nie miejsca w swoim życiu, cenię sobie święty spokój. Czy moja praca to dobra zabawa? Oczywiście, że tak, ale umówmy się – znacznie lepiej bawię się, kiedy po ciężkim dniu wychodzę na piwo do mojego ulubionego baru. Swoją drogą muszę sprawdzić, czy mają tam polskie piwo [śmiech].

Z Williamem Fichtnerem rozmawiała Małgorzata Steciak

d259zj1

Podziel się opinią

Share

d259zj1

d259zj1