wp

Ryan Gosling: ''Nie mam poczucia, że kiedykolwiek robiłem coś wbrew sobie'' [WYWIAD]

„La La Land” to film, na punkcie którego zwariował cały świat. Fantastyczne recenzje właśnie odnalazły swoje uzasadnienie na liście nominacji do tegorocznych Oscarów. Film z Ryanem Goslingiem, który niedawno udzielił nam wywiadu, zdobył ich aż 14. Dotychczas taka sztuka udała się jedynie „Titanicowi” (1997) oraz „Wszystko o Ewie” (1950). Z okazji tryumfu filmu Damiena Chazelle’ego przypominamy naszą rozmowę z aktorem – zobaczcie, co mówił naszej amerykańskiej korespondentce Yoli Czaderskiej-Hayek.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Yola Czaderska-Hayek i Ryan Gosling
Yola Czaderska-Hayek i Ryan Gosling (HFPA)

Yola Czaderska-Hayek: Gratuluję Złotego Globu! Słusznie ci się należał za rolę w „La La Land”.

Ryan Gosling: Dziękuję. To niesamowite, wspaniałe uczucie. Praca przy tym filmie kosztowała mnie sporo wysiłku, ale była jednocześnie prawdziwą przyjemnością. Kręciliśmy zdjęcia w Los Angeles, moim ukochanym mieście, do tego na planie spotkało się mnóstwo cudownych, utalentowanych ludzi, z których każdy dał z siebie naprawdę wszystko. To była idealna współpraca. A do tego znakomity film.

wp

Jak właściwie doszło do tego, że w nim zagrałeś?

Wszystko zaczęło się od spotkania z Damienem [Chazelle, reżyserem „La La Land” – Y. Cz.-H.] w restauracji niedaleko mojego domu. Zetknęli nas ze sobą dwaj producenci: Marc Platt, z którym pracowałem przy „Drive”, i David Lancaster, który również brał udział w realizacji „Drive”, a do tego stoi za sukcesem „Whiplasha”. Powiedzieli któregoś dnia: „Wy dwaj po prostu musicie się poznać”. Przegadaliśmy wtedy mnóstwo czasu o filmach. Damien kocha kino i ma w sobie ten zaraźliwy rodzaj entuzjazmu, którym obdziela wszystkich. Powiedział mi wtedy, że chciałby kręcić takie filmy, z których sam mógłby się cieszyć jako widz. Zwierzył się również, że marzy o zrobieniu musicalu. Nie wdawaliśmy się wtedy w żadne konkrety. Powiedziałem tylko, że jeśli będzie miał jakiś pomysł na piosenki, to chętnie ich posłucham. Wkrótce potem przesłał mi mailem główny temat filmu. Urzekła mnie ta melodia i pomyślałem sobie: dla takiej muzyki warto spędzić trzy miesiące, ucząc się gry na fortepianie. Przez ten czas odegrałem tę melodię tyle razy, że nie potrafię ich zliczyć. I nadal mi się podoba. Nawet teraz, gdy widziałem już gotowy film, tak samo się wzruszam, jak za pierwszym razem. Cóż, taka jest siła muzyki. Bez niej „La La Land” by nie powstał.

Rozumiem, że w scenach muzycznych to naprawdę ty grasz na fortepianie?

To naprawdę ja.

Zaczynałeś naukę zupełnie od zera?

Tak. Zawsze chciałem nauczyć się grać na fortepianie, ale jakoś nigdy się nie złożyło. U nas w domu nie było nawet pianina, więc nie miałem jak oswoić się z klawiaturą. W przypadku „La La Land” dodatkowa trudność polegała na tym, że bohater gra w specyficzny sposób. To jest jazzowy styl, który ma swoje, bardzo konkretne wymagania. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę się uczył grać jazz i sprawi mi to przyjemność, nie uwierzyłbym. A jednak takie rzeczy się zdarzają. Miałem znakomitego nauczyciela i pod jego kierownictwem te trzy miesiące upłynęły błyskawicznie.

wp

Jestem pod wrażeniem. Poza ekranem też jesteś taki muzykalny?

Nie tańczę na ulicy przy zachodzącym słońcu, jeśli o to ci chodzi. Choć oczywiście takiej możliwości nie wykluczam. Ale muzyka zawsze odgrywała ważną rolę w moim życiu. Ojciec był muzykiem, wujek zawodowo naśladował Elvisa Presleya, siostra marzyła o karierze w musicalach. W takim otoczeniu miłość do muzyki po prostu wdychało się razem z powietrzem. Pamiętam jak dziś – kiedy miałem osiem lat, widziałem, jak wujek śpiewa „Suspicious Minds” w tym białym kostiumie Elvisa, z nażelowanymi włosami. Podczas tej piosenki miał łzy w oczach, tak się niesamowicie angażował. Ludzie z małego miasteczka w Ontario myśleli, że naprawdę to Elvis do nich przyjechał. Dlatego zawsze przywiązywałem ogromną wagę do muzyki w moich filmach. Widziałem kilka z nich z wyłączonym dźwiękiem – o matko, ze wstydu miałem ochotę zmienić nazwisko i wyjechać na drugi koniec świata. A kiedy słychać piosenki, jest zupełnie inne wrażenie. Nawet na planie, podczas kręcenia jakiejś sceny zdarza się, że gdy puszczamy podkład muzyczny z taśmy i w jakimś momencie piosenka się kończy, nagle wszyscy zaczynają bić brawo. Bo okazuje się, że właśnie ta melodia w tym konkretnym momencie idealnie zagrała. Muzyka czyni cuda.

La la landMateriały prasowe
Podziel się

Jesteś fanem musicali?

Dla mnie „La La Land” to coś więcej niż musical. To przede wszystkim historia dwojga ludzi i ich powikłanego związku. Kiedy czytałem scenariusz, liczyło się dla mnie przede wszystkim to, że mogę się emocjonalnie identyfikować z bohaterami, a kwestia, czy w filmie są piosenki, była na dalszym miejscu. Nawet jeśli ktoś nie przepada za musicalami, to „La La Land” powinien mu się spodobać. A co do twojego pytania: do tej pory nie miałem zbyt wiele do czynienia z tym gatunkiem. Moja siostra była wielką fanką musicali, więc coś tam w dzieciństwie zdarzyło mi się obejrzeć. Teraz, przygotowując się do roli, zaliczyłem kilka klasycznych pozycji. I zakochałem się na przykład w „Amerykaninie w Paryżu”. Jak na swoje czasy to film niesamowicie odważny, przełomowy, momentami nawet eksperymentalny. A jednocześnie całkowicie pozbawiony pretensjonalności. Ogląda się go z autentyczną przyjemnością. W musicalach fascynuje mnie to, że właściwie wszystko w nich jest możliwe. Skoro przyjmujemy założenie, że bohaterowie w najdziwniejszych sytuacjach zaczynają śpiewać i tańczyć, to wszelkie reguły prawdopodobieństwa od razu wylatują przez okno. I nikogo to nie dziwi. W „La La Land” chcieliśmy nawiązać trochę do tej konwencji w scenie, w której nagle lecimy wśród gwiazd.

Mi się twój film kojarzy bardziej z Gene’em Kellym niż z „Amerykaninem w Paryżu”.

Brawo! Strzał w dziesiątkę. Wiesz, że tuż przed rozpoczęciem zdjęć poznałem wdowę po Kellym? To urocza kobieta, pokazała mi wiele pamiątek po mężu. Okazuje się, że trzymał w domu oprawione w skórę scenariusze wszystkich filmów, w których zagrał. Oczywiście natychmiast zdjąłem z półki tekst „Deszczowej piosenki” i otworzyłem na tytułowej scenie. I nie uwierzysz: na marginesie znajdował się odręczny dopisek Kelly’ego: „Po skończeniu piosenki oddać parasol przechodniowi”. Coś niewiarygodnego: klasyczny film, ikoniczny moment, wspaniała pointa rewelacyjnej sekwencji muzycznej, a wszystko zaczęło się od paru słów nabazgranych na kartce.

wp
La La LandMateriały prasowe
Podziel się

Pytałam już o naukę gry na fortepianie. A co z tańcem?

Jedyny styl, jakiego się kiedykolwiek wcześniej uczyłem, to taniec hiphopowy z lat 90., a to jednak nie do końca to samo, co tradycyjne stepowanie. Ale na szczęście miałem bardzo cierpliwych nauczycieli. Szkoliła mnie wspaniała choreografka, Mandy Moore, która na co dzień pracuje w „Tańcu z gwiazdami”, więc ma dobrą rękę do takich nieoszlifowanych diamentów. Z każdego potrafi zrobić tancerza. Naprawdę nie wiem, jak byśmy sobie bez niej poradzili.

Jak nakręciliście tę scenę wśród gwiazd?

Naprawdę nauczyliśmy się latać (śmiech). I nikt nas nawet za to nie pochwalił. Co za ludzie.

Wspomniałeś, że jednym z plusów kręcenia „La La Land” była praca w Los Angeles. Za co tak lubisz to miasto?

To mój dom. Spędziłem tu więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. Oczywiście jestem i na zawsze pozostanę Kanadyjczykiem, to się nigdy nie zmieni. Nie umiałbym wyrzec się Kanady i zapomnieć o niej. Ale Los Angeles to niesamowite, filmowe miasto. Bez przerwy mnie czymś zaskakuje. Ciągle odkrywam je na nowo. Dlatego cieszę się, że mam taką pracę, która pozwala mi poznawać coraz ciekawsze oblicza metropolii. Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej mnie ona fascynują. To miejsce wyjątkowe także pod tym względem, że przyjeżdża tu mnóstwo ludzi z marzeniami. Wierzą, że właśnie w Los Angeles będą w stanie je spełnić. Zupełnie jakby to miasto miało jakąś magiczną moc. Czasami wydaje się, że tymi ludźmi kieruje przeznaczenie, czasem z kolei okazuje się, że gonią za jakimś urojeniem. Ale tworzą fantastyczną energię, którą czuję tutaj każdego dnia.

wp
La La LandMateriały prasowe
Podziel się

Pamiętasz jeszcze swoje pierwsze wrażenia, gdy sam przybyłeś do tego miasta?

Jasne! Nie miałem wtedy gdzie się podziać. Na szczęście znalazłem kogoś, kto mi pomógł. Jako dzieciak poznałem pewnego reżysera, nazywał się Ron Oliver. Gdy przyjechałem do Los Angeles, pozwolił mi spać u siebie na kanapie, dopóki nie stać mnie było na nic lepszego.

„La La Land” to nie tylko śpiew i taniec. Są w tym filmie gorzkie, smutne sceny niepowodzeń, rozczarowań. Pokazują, że pogoń za sławą ma nieraz wysoką cenę. Masz na swoim koncie podobne doświadczenia?

Oczywiście. Przed rozpoczęciem zdjęć wspominaliśmy wszyscy rozmaite chwile grozy na castingach i zdjęciach próbnych. Jest w filmie taki moment, kiedy Emma [Stone – Y. Cz.-H.] bierze udział w przesłuchaniu, na którym bardzo jej zależy. I podczas jej występu ktoś nagle wchodzi do pokoju i przerywa jej kwestię, bo się okazuje, że reżyser ma pilny telefon. Ta historia przytrafiła się właśnie mnie. Opowiedziałem ją Damienowi, a on postanowił włączyć ją do scenariusza. Podejrzewam, że każdy aktor mógłby opowiedzieć ci o podobnych przeżyciach. Jest tylko jedna ważna rzecz, z której nie każdy zdaje sobie sprawę: w naszym zawodzie wszystkie porażki mają charakter osobisty. Przegrywasz nie tylko jako artysta, ale także jako człowiek. Jasne, można powiedzieć, że nieudany casting to jest nic w porównaniu z dramatem chirurga, któremu pacjent umiera na stole operacyjnym. Tylko że to upokorzenie naprawdę boli jak mało co. Szczególnie w połączeniu ze świadomością, że za tę porażkę nie bardzo jest kogo winić oprócz samego siebie.

wp

Czy podczas kręcenia filmu zastanawiałeś się nad tym, ile sam musiałeś poświęcić, by znaleźć się tu, gdzie teraz jesteś?

Miałem dużo szczęścia, szczególnie w porównaniu z bohaterem „La La Land”. Sebastian jest kimś zupełnie innym niż ja. To fanatyk, nie dopuszcza myśli o kompromisach i półśrodkach. Ma poczucie misji, chce ocalić jazz przed zgubnymi wpływami współczesności. Sam na siebie nakłada ogromną presję – ja bym tak po prostu nie umiał. Cieszę się z tego, że jestem tu, gdzie jestem. Nie mam poczucia, że kiedykolwiek robiłem coś wbrew sobie. Owszem, zdarzały się gorsze momenty, ale w ostatecznym rozrachunku nawet i one wyszły mi na dobre. Czasami nawet lepiej, kiedy coś się nie uda, bo wtedy człowiek uczy się pokory i krytycznego spojrzenia na siebie.

Jesteś wobec siebie krytyczny?

Bardzo. Bardziej nawet niż wobec innych. W moim zawodzie to jest konieczne. Trzeba nieustannie się rozwijać, iść do przodu. Inaczej człowiek stoi w miejscu.

Tobie stanie w miejscu z pewnością nie grozi. Ostatnie lata były dla ciebie bardzo łaskawe. Teraz już chyba nikt nie myli cię z Ryanem Reynoldsem?

Ha! Zdziwiłabyś się, jak często mi się to zdarza. Nic się nie zmieniło.

No dobrze, Ryan, to kiedy kręcisz drugiego „Deadpoola”?

No nie! Ty też? (śmiech) Dobra, chyba musimy już kończyć.

La La LandMateriały prasowe
Podziel się
Trwa ładowanie
.
.
.
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Podziel się na Facebooku
wp
wp
wp