WP

Echa festiwalu Sundance: Z Jandą na barykadę

Świetnie przyjęty na Sundance "Słodki koniec dnia" to najbardziej polityczny film Jacka Borcucha z mocnym przesłaniem. Grająca główną rolę Krystyna Janda wyjechała z Park City z nagrodą dla najlepszej aktorki. Nie było na festiwalu lepszej kreacji.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Krystyna Janda zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu Sundance
Krystyna Janda zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu Sundance (East News)
WP

Artur Zaborski, Park City

10-tysięczne miasteczko Park City, gdzie odbywa się Sundance, najważniejszy festiwal niezależnego kina założony przez samego Roberta Redforda w 1981 r., charakteryzuje biel. Przez ośnieżone góry wiją się stoki, po których mkną zamożni narciarze. Wśród nich, tak samo jak wśród znacznie uboższych pracowników obsługi hoteli, konserwatorów wyciągów czy kierowców taksówek, trudno napotkać przedstawicieli niekaukaskiej rasy.

Kurort potrzebuje zimą rąk do pracy, ale Dolinę Deer omijają imigranci, choć poprawni politycznie Amerykanie nie pozwoliliby im odczuć, że nie są mile widziani. Ale kto chciałby być wyjątkiem w monoetnicznej społeczności?

WP

Do Park City świetnie pasowałaby sytuowana rodzina Marii Linde (Janda). Wrażliwą poetkę zachwyciłyby tutejsze krajobrazy, sunąc po stromych zboczach, może poczułaby to, do czego tęskni - wolność. Maria doskonale pamięta jej smak. Poznała go, gdy wiele lat temu w Polsce wybuchł stan wojenny. Przebywała wtedy na stypendium we Włoszech. Do kraju już nie wróciła.

W głośnym "Wszystko, co kocham”, którego premiera odbyła się na Sundance w 2010 r. (tutaj światu zaprezentował też „Nieulotne” w 2013 r.), Jacek Borcuch pokazał to, od czego Marię ocaliła emigracja: koszmar pustych półek, wijących się kolejek i godziny policyjnej.

Przeszłość Marii to rewers tamtej sytuacji: półki uginające się pod ciężarem splendoru, cierpkie chianti, owoce morzem pachnące i ciepłe noce spędzane poza domem. Kobieta poznała szczodrość Włochów, ale nie czuje się dłużna. Spłaciła kredyt poprzez działalność literacką, za którą dostała Nobla.

Toskańska Volterra, miasto Etrusków uważane za kolebkę kultury kontynentu, gdzie osiedliła się po ślubie z Włochem, przyznała jej właśnie honorowe obywatelstwo. Ale Maria go nie chce, bo Toskania podoba się jej tym mniej, im bardziej angażuje się w romans z młodziutkim Nazeerem, imigrantem z Egiptu, który w miasteczku prowadzi knajpkę. To on uzmysławia jej, jak Stary Kontynent się zamyka. A jeśli już ktoś się nań przeciśnie, wymaga się od niego natychmiastowej za to zapłaty.

WP

SŁODKI KONIEC EUROPY

- Nazeer to metafora młodej Europy, która nabiera barw i będzie coraz bardziej kolorowa. Ani jeden, ani sto murów nie zatrzyma tego procesu. Nieprzyjmowanie tego do wiadomości jest kompletną naiwnością. My na co dzień bardzo dobrze radzimy sobie z tym procesem. To politycy na swój użytek mówią o kryzysie migracyjnym. Mamy napływowych sąsiadów i przyjaciół, żyjemy z nimi w zgodzie. Ich obecność nie jest naszym problemem, choć do takich wniosków starają się nas skłonić ludzie u władzy próbujący zbijać na sytuacji kapitał tak we Volterze, Warszawie i Park City. To oni nas dzielą. We mnie nie ma na to zgody. Jako artysta odczuwam powinność, żeby zareagować - tłumaczy genezę filmu Borcuch, który na wczesnym etapie scenariusz pisał ze Szczepanem Twardochem.

Reżyser komentuje zakłamanie Europy, która wciąż trąbi o równości, wolności i otwartości, ale nie zdaje z tych wartości egzaminu, wygłasza ustami Marii, swoim alter ego. Wcielenie się twórcy w postać kobiety to w patriarchalnym polskim kinie ewenement. Twórczość Borcucha konsekwentnie znosi jednak podziały ze względu na narodowość, rasę, religię, seksualność, płeć i wiek. Już w "Tulipanach" z 2004 r. twórca dotknął tematu wykluczenia, który w debacie publicznej pojawił się dopiero dekadę później.

WP

Wtedy pokazał ageizm, także wśród gejów, który w "Słodkim końcu dnia" też jest obecny. W Marii otoczenie chciałoby widzieć statyczną babcię uczącą wnuczkę dobrych manier. Kobieta nie godzi się na to, tak jak nie godzi się na własne przemijanie i utratę pozycji. Wnuczce tłucze do głowy, że kobieta ma się buntować i to już na poziomie języka. Każe jej przyswoić sobie słowo "ku..a" i często go używać.

Za odwagę sądów, samostanowienie o sobie i niepodporządkowanie pokochali Marię widzowie Sundance, gdzie film pokazywany był w prestiżowym konkursie głównym. Amerykańska prasa rozpisuje się o silnej, bezkompromisowej i niezależnej Polce, wspaniale odegranej przez Krystynę Jandę. Krytycy ją pamiętają - w dyskusjach wielokrotnie przywoływano jej rolę w "Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego, za którą nagrodzono ją w Cannes w 1990 r.

Teraz zestawia się ją z Joanną Kulig, drugą najbardziej rozpoznawalną na świecie polską aktorką. Krytyczka Gerlach Madsen z Los Angeles mówi mi: - Ten sam żywioł, ta sama energia rozsadzająca ekran. Byłam przekonana, że to matka i córka. Kiedy dowiedziałam się, że nie są spokrewnione, pomyślałam, że Polska musi stać silnymi kobietami - zachwyca się. Szybko dodaje, że słyszała o Czarnym Proteście i teraz rozumie, dlaczego mógł się odbyć.

WP

W Polsce po premierze filmu w kinach (10 maja) podobne skojarzenia będą nieuniknione. Borcuch nie ma wątpliwości, że "Słodki koniec dnia”, mocny komentarz do wykorzystywania lęków przed obcym przez populistów, nie uniknie wprzęgnięcia w polityczną przepychankę właśnie przez Jandę, która w mediach społecznościowych nie przebiera w słowach w krytyce rządów PiS, nawołuje do przyjęcia uchodźców, broni prawa kobiet do aborcji.

- To będzie test, czy stać nas jeszcze na patrzenie na film jako na dzieło sztuki, czy już doszczętnie ulegliśmy tendencji do dzielenia wszystkiego na prawackie i lewackie, od papierosów po filmy. Jeśli ktoś chciałby naszą pracę spłycić i postrzegać Jandę wyłącznie jako lewaczkę, a nie wybitną artystkę, to ja jemu albo jej po prostu współczuję. Z drugiej strony, podnieca mnie myśl, żeby iść z Jandą na barykadę - mówi poważnie.

Wartość kreacji Jandy, która przeszła swoistą metamorfozę, jest bezsprzeczna. W idealnie dobranej garderobie, z wyprostowanymi włosami w kolorze patyny, z umalowanymi, długimi paznokciami i papierosem nonszalancko utkwionym między zębami, magnetyzuje. Zachwycają się nią najważniejsze magazyny - Nicholas Bell z "Ioncinema” nazywa jej postać ikoniczną, a krytyk "Screen International" pisze o najlepszym występie, jaki widział na festiwalu. Janda jest wiarygodna, mimo że na co dzień nie posługuje się językiem włoskim, w którym gra.

WP

- Krystyna dialogi wykuła na blaszkę. Mówiła jak rasowa Włoszka. Nie mogłem uwierzyć, że nie zna mojego ojczystego języka - deklaruje Lorenzo de Moor, odtwórca roli Nazeera. Tak jak jego bohater ma egipskie korzenie.

- Na planie musieliśmy znaleźć własny sposób komunikacji, bo ja nie mówię po polsku ani francusku, którymi włada Janda, a ona nie zna włoskiego ani angielskiego, które ja opanowałem. Na początku bałem się, że to będzie katastrofa, ale ku mojemu zaskoczeniu przekonałem się, że niewerbalnie można się swobodnie porozumiewać - ciągnie aktor i śmieje się, że ekspresja Jandy nigdy nie pozostawiała żadnych wątpliwości co do tematu i intencji jej wypowiedzi.

- Mogłaby mówić w języku Marsjan, a i tak wiedziałbym, że po raz kolejny podkreśla, jak bardzo nienawidzi swojej grzywki - śmieje się Włoch.

Językowa bariera przełożyła się na to, co na ekranie wybrzmiewa najbardziej - wzajemną fascynację, przyciąganie, flirt Orientu i Okcydentu. Choć romans bohaterów jest fizyczny, napędza go intelekt. - Marię dotyka biologia. Wie, że przemija jako kobieta i jako artystka, czuje, że coraz mniej się liczy, że ogranicza ją forma, w jaką wpycha ją wiek. Dopiero w oczach Nazeera widzi podniecenie intelektem, który sprawia, że znów czuje się wolna - tłumaczy Borcuch i zapewnia, że nie jest aż tak naiwny, żeby wierzyć w pociąg fizyczny ze strony młodego Araba. - To jest zachwyt uchodźcy pięknym umysłem, jaki towarzyszy wszystkim, którzy wsiadają na łódki i wyruszają w poszukiwaniu świata "lepszych, wolnych ludzi” - konstatuje.

GDYBY PODZIAŁY GDZIEŚ SIĘ PODZIAŁY

Tylko że "lepsi, wolni ludzie” okazują się tu ograniczeni - i przez kulturę, i przez ignorancję. W wymownej scenie półnagi Nazeer wręcza kochance tom Chuwarizmiego. Tłumaczy, że pewne odkrycia, jakimi szczyci się Europa, jego kultura znała znacznie wcześniej. Maria, intelektualistka z Noblem na półce, nie ma o bliskowschodnim matematyku i astronomie pojęcia. Jej obycie ogranicza się do własnego podwórka.

Dopiero imigrant odkrywa przed nią pociągające dziedzictwo Wschodu. I jednocześnie cały dramat, z jakim jego bracia muszą się mierzyć, a jakiego Maria nie dostrzegała, choć huczą o nim media, a sama jej Żydówką, nosi w sobie pamięć Holokaustu.

- Moja babcia mieszka w Łodzi na terenie byłego getta, często tam bywam. Zawsze się zastanawiałam, jak poza murem mogły swobodnie funkcjonować gwarne kawiarenki? Jak to możliwe, że otwierało się gazety z tak strasznymi wiadomościami i można było dalej normalnie żyć? Dzisiaj już wiem. Sama otwieram gazetę i czytam o uwięzionej w Syrakuzach łódce z 47-ma uchodźcami. Wśród nich są dzieci, chorzy, osoby po przejściach.

Nie dostali zezwolenia, żeby wejść na ziemię tej otwartej, kosmopolitycznej, gościnnej Europy. A dookoła życie toczy się dalej, normalnie - oburza się Katarzyna Smutniak, polska aktorka, która we Włoszech jest mega gwiazdą. W filmie gra córkę Marii.

Smutniak wniosła prywatne doświadczenia, które wpłynęły na kształt scenariusza. W rozmowie wielokrotnie podkreśla, jak bardzo osobisty jest dla niej ten projekt.

- Wyjazd z ojczyzny pozwoliła mi zaakceptować otwierająca się Europa. Przez lata czułam się dumna z bycia Europejką, dziś ta duma jest mniejsza. Coraz częściej we Włoszech czuję się jak Polka za granicą, w Polsce czuję się dokładnie tak samo - też jak Polka za granicą, bo tyle się pozmieniało przez te 20 lat. Chciałam, żeby Maria też tak siebie odbierała, w końcu też wyjechała dekady temu. Wielu z tych zmian nie jestem w stanie zaakceptować i z niepokojem patrzę w przyszłość. Skończył się czas, kiedy mogliśmy się z boku przyglądać temu, co się dzieje. Teraz trzeba to wziąć na poważnie. Nastał czas akcji. Musimy zawalczyć o nasze wartości, z których kiedyś byliśmy tak dumni - deklaruje.

Sama walczy poprzez fundację, którą prowadzi w Nepalu. Mówi nawet po nepalsku. Uważa, że tylko poprzez język da się zrozumieć inną kulturę.

Borcuch w zrozumienie nie wierzy, ale nie uważa, żeby było najważniejsze. - Powinniśmy raczej akceptować swoją inność, odmienność - przekonuje. Gdy pytam, jak to osiągnąć, bez zastanowienia odpowiada: - Poprzez astronomię. Mój brat się nią pasjonuje. Kiedy patrzę przez lunetę, uświadamiam sobie, jak nic nieznaczącą niebieską kulką jest Ziemia, dostrzegam małość antagonizmów, gniewu i wojen, którymi się napędzamy. Z perspektywy kosmosu nie ma znaczenia miejsce urodzenia ani kolor skóry. Liczy się tylko jedno: wszyscy jesteśmy ziemianami - mówi.

W polskich szkołach chętnie zastąpiłby lekcje religii i etyki astronomią właśnie, byle tylko ludzie wreszcie to zrozumieli. I się otworzyli, do czego zachęca także "Słodki koniec jutra”, pean na cześć wolności, przynależnej z urodzenia każdemu. Premiera po prostu musiała się odbyć w białym Park City, na którym kolorowy jest tylko festiwal Sundance. Właśnie dzięki takim filmom.

Autor uczestniczył na zakończonym 3 lutego w Park City festiwalu Sundance na zaproszenie kanału Sundance TV, na którym można oglądać najciekawsze filmy pokazane na tej i poprzednich edycjach imprezy.

Polub WP Film
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP