


Matt Damon i reżyser Paul Greengrass ponownie połączyli siły w thrillerze „Green Zone”, którego akcja rozgrywa się podczas pierwszych chaotycznych dni wojny w Iraku, kiedy to nikomu nie można było ufać, a każda decyzja mogła skończyć się nieprzewidywalnymi konsekwencjami. Podczas prowadzonej przez Stany Zjednoczone okupacji Bagdadu w 2003 roku, starszy chorąży Roy Miller (Damon) i zespół inspektorów wojskowych zostają wysłani w celu odnalezienia broni masowej zagłady. W trakcie poszukiwania śmiertelnych odczynników chemicznych, żołnierze natykają się na zawiłe próby zatajenia prawdy, które zmieniają cel ich misji.


Śmiertelna prawda - Łukasz Szulc









Są filmy, których jedynym celem jest przyciągnięcie do kin tłumów widzów obarczonych kubełkami z popcornem. Mają one najprostszą z możliwych fabułę i najeżone są efektami specjalnymi, które często stanowią jedyną ich wartość. Są też takie, które wyświetla się w małych salkach dla kilku widzów, a które potem obsypuje się nagrodami na festiwalach. Te z kolei mają czegoś nauczyć, przekazać ważne treści, albo odkryć skrywaną dotąd prawdę. Są w końcu i takie produkcje, które próbują łączyć te dwa sprzeczne modele kina – czyli mają to być ambitne filmy „z przekazem”, dla masowego widza. „Green Zone” aspiruje właśnie do takiego obrazu.
Ameryka odarta z patosu - J.S.









Film "Green Zone" zapewne budziłby olbrzymie kontrowersje gdyby powstał, powiedzmy około roku 2005. Dziś, gdy wiemy, że w Iraku nie było żadnej broni masowego rażenia, która była jedynie pretekstem do inwazji, pytania zadawane w filmie nie szokują, jedynie zastanawiają. Najbardziej zaś ze wszystkiego zastanawia tytułowa „zielona strefa”, odseparowany rejon, w którym Amerykanie prowadzą sielski żywot w oderwaniu od realnych problemów okupowanego kraju.
Jason Bourne na wojnie w Iraku - Tomasz Pstrągowski (komiksomania.pl)









Europejczykom „Green Zone” może się wydawać filmem zachowawczym i łopatologicznym, dalekim od największych arcydzieł kina antywojennego, demaskującego machlojki polityków podejmujących decyzję o wysłaniu żołnierzy na pole walki. Jednak w Ameryce, państwie, w którym wciąż obowiązuje embargo informacyjne na wieści z Iraku, zrobienie takiego filmu wymagało nie lada odwagi. Bo choć nie jest to obraz wybitny i z pewnością nie zapisze się w historii kina, to mówi kilka słów gorzkiej prawdy o konflikcie irackim. Roy Miller (poprawny Matt Damon) ma jeden cel. Odnaleźć w Iraku broń masowego rażenia. To ona jest powodem toczącej się właśnie wojny. Wściekli za zamachy na World Trade Center Amerykanie dali się bowiem przekonać George’owi Bushowi Juniorowi, że rządzący Irakiem Saddam Husajn nie tylko posiada broń chemiczną (a być może i biologiczną i atomową), ale także współpracuje z Al-Kaidą i gotów jest się z nią tą bronią podzielić. Miller ma znaleźć dowody na to, że wojna nie wybuchła przez ropę czy błędne dane wywiadowcze. Ma uniewinnić Amerykę w oczach międzynarodowej opinii publicznej, przekonanej, że w Iraku żadnej broni nie ma.

(3)

Green ...
Film da się oglądnąć aczkolwiek twórcy wpadli w pułapkę poltycznej oceny i za bardzo zbliżyli się do dokumentu. Myślę , że wzorem dla nich mogłoby być Królestwo, w którym udalo się połączyć politykę z dramaturgią kina.
Pitu pitu c. d.
Bo to wygląda tak: wujek Sam - USA, szkoli talibów i im podobnych, zaopatruje ich w swoją broń (oczywiscie talibowie za broń płacą, a kase mają skąd? z narkotyków...) po czym wujek Sam, napuszcza wszelakich agresorów na tychze Talibów i im podobnych, np ruskich... Ruskim nie wychodzi, ale tez przecież produkują i sprzedają broń, dlaczego by jej nie sprzedać talibom? przeciez jest tańsza, czasem i lepsza, a czasem i trafi się jakiś gaz kiełbasiany itp w promocji. Talibowie nie są głupi, więc kupują od ruskich, od żabojadów(co to ostatnich prawdziwych żołnierzy francuzi mieli za czasów Napoleona, to apropo ich "waleczności" podczas II WŚ...) Wujek Sam wie wszystko, a ze wie wszystko, to się wkurza na talibów, bo juz nie kupują tyle broni co kiedyś i co? teraz wujek jest agresorem, bo nalezy sie pozbyc tych, co woleli kałacha i francuskie rakiety.
Wujek sam wprowadza się więc tu i ówdzie, ale cóż to się okazuje? tam gdzie się wprowadził nie ma porządku, oznajmia więc: ze trzeba zrobić z tym porządek! no i znowu szkoli porządkowych i zaopatruje ich w swoiją broń...
A film "Green Zone"? słabiutki :), operator lata z kamerą jak by nie pił od kilku dni, chcąc odać realność wydarzeń, a wychodzi paplanina zdjęć od których bolą oczy. O wiele lepszy "W sieci kłamstw" z Dicaprio i Crowe z podobna "tematyką"
zielona a może
Odmiana "Nur für Deutsche". Chichot historii "obrońcy demokracji" tworzą getta i rasistowskie strefy. w imię ich "demokracji" są agresorami w Wietnamie, Kambodży,krajach łacińskich Bałkanach i na uzbrojonej po zęby Grenadzie ( gdzie obecnie po demokratycznej interwencji ludzie żyją na śmietnikach).Kneset USA ups senat jakoś nie kwapi się do blokady i sankcji gospodarczych dla następnego terrorysty usraela. To jest dopiero swiat orvelowski
PITU PITU
Czy Irak tak całkiem nie posiadał broni masowego rażenia to bym nie był taki pewny, w końcu czymś Chemiczny Ali tych Kurdów wytruł. Pewnie nie było tego tyle ile się spodziewali, albo dostawca był z NATO i niepolitycznie było ujawniać. Pamiętacie jak Polacy znaleźli tam francuskie rakiety? dwa dni później musieli to dementować i przepraszać .



Osoby, którym podobał się film "Green Zone", wysoko oceniły także:

