Trwa ładowanie...
01-07-2014 15:17

33. Festiwal Młodzi i Film

Share
33. Festiwal Młodzi i FilmŹródło: Studio Munka-SFP
d10jup6

Najlepszy od lat festiwalowy spot nie kłamał – Koszaliński Festiwal Młodzi i Film to jedno ze smakowitszych i ciekawszych wydarzeń na mapie polskich imprez filmowych.

Zakończony w miniony weekend 33. Festiwal Młodzi i Film, to niezwykle ważne branżowe wydarzenie z ogromną i tradycja i fascynująca historią. Ruszył już w 1973 roku, kiedy Polską, wówczas Polską Ludową, rządził Edward Gierek. To podczas Międzynarodowych Spotkań „Młodzież na ekranie” swoje pierwsze filmy pod ocenę publiczności poddawali Krzysztofowie Zanussi i Kieślowski czy Agnieszka Holland. W wirze politycznych i społecznych przemian roku 1989 niemogący wówczas zaakceptować wszechobecnej krytyk MiF uleciał na kilkanaście lat, by po dekadzie powrócić, już do wolnej Polski. Pod koniec lat dwutysięcznych pojawiła się nowa nazwa i skrystalizowała obecna formula tego wydarzenia, koncentrująca się na dwóch konkursach – Pełnometrażowych Debiutów Fabularnych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych.

Festiwal Młodzi i Film to wydarzenie nie tylko dla profesjonalistów, a także dobry pomysł na uatrakcyjnienie wczesno-letniego pobytu nad morzem dla zainteresowanych losami polskiego kina turystów. Pozbawiony jest krepującego zadęcia, przyjazny i wyluzowany, a jego najważniejszym celem jest wykreowanie odpowiedniej dla młodych twórców platformy ekspozycji ich filmowych dokonań. Panuje tam atmosfera szczerości, nie ma listy „co wypada”, a na gości spoza branży czekają darmowe bilety i szansa uczestniczenia w rozmaitych panelach i wykładach z udziałem najwyższej klasy profesjonalistów.

Wisienką na torcie są tradycyjnie prowadzone przez krytyków filmowych i ludzi kultury spotkania Szczerość za Szczerość, w tym roku oddane w ręce nieustępliwych i kompetentnych Maxa Cegielskiego (TVP KULTURA), Patrycji Wanat (TOK FM) i Anny Bielak (KFF, także WP). Po każdym konkursowym pokazie pełnego metrażu lub bloku szortów odbywa się dyskusja między widzami a ekipą w trakcie której nie istnieje lista pytań zakazanych lub niewłaściwych. Publiczność jest zwykle uczciwa – filmy zasługujące na uznanie, reprezentowane przez rozmowną, interesująca ekipę wieńczone są zazwyczaj ciekawym, intensywnym spotkaniem (jak choćby tegoroczna rozmowa po „Jezioraku”). Natomiast tym, którzy skrzywdzili widzów, nie okazuje się litości, o czym przekonali się twórcy koszmarkowatego „Wybrańca” braci Węgrzyn. To spotkanie warto byłoby pokazywać młodym twórcom na zajęciach z promocji. Pokazało ono dobitnie, że zmiana wersji strategii twórczej w zależności od zadawanego pytania to wyjątkowo nieskuteczna metoda rozmowy z
publicznością. Podobnie całkowita niemożność wytłumaczenia widzom, o czym właściwie opowiada nakręcony przez autorów film. Po „Wybrańcu”, który obok „Dżej Dżeja” i '”Sierpniowego nieba. 63 dni chwały” był jednym z predestynowanych do wiecznego zapomnienia filmowych wydarzeń MiF, pozostało kilka kuriozalnych dialogów, chętnie powtarzanych przez rozbawionych krytyków, wciąż niezagospodarowana luka dobrego plskiego filmu o In Vitro a przede wszystkim duży niesmak.

d10jup6

Na tym jednak polega ryzyko koszalińskiego festiwalu: w głównym konkursie pokazuje się tam pełnometrażowe debiuty, więc chcąc nie chcąc muszą znaleźć się tam niekiedy pozycje zakwalifikowane tylko ze względu na techniczną zgodność. Jednak na szczęście sromotnym porażkom towarzyszyły równie liczne chwile magiczne, uczucie satysfakcji i duma z polskich twórców. Wystarczy spojrzeć na nagrody jury, żeby zobaczyć, które cztery filmy najmocniej przykuły ich uwagę. Tytułami, które podzieliły między sobą pulę nagród były magiczne „Małe Stłuczki” Oli Gowin i Ireneusza Grzyba (w kinach od 5 września), szeroko dyskutowany „Hardkor disco” Krzysztofa Skoniecznego, rasowy „Jeziorak” Michała Otłowskiego i ciekawa formalnie, ale jednak najbardziej z tych propozycji studencka „Jaskółka” Bartosza Warwasa.

Pozwolę sobie nie analizować zbyt dogłębnie „Hardkor disko”, bo film miał już swoją polską premierę dwa miesiące temu, wzbudził dużą dyskusję i zebrał wiele, często sprzecznych, zawsze gorących, zaangażowanych opinii. W recenzji dla film.wp.pl Małgorzata Steciak przyznawała, że debiut „Krzysztofa Skoniecznego to film szalenie efektowny” zastanawiając się jednocześnie „Czy jednak w pełnej niedopowiedzeń historii o zemście znajdziemy coś więcej niż uderzającą do głowy formę?”. Jej wątpliwości pozostają mi bliskie. Jest w reżyserii Skoniecznego jakaś niebezpieczna buta: z jednej strony dobrze, bo dzięki temu zrealizował projekt nie idąc na kompromisy, tak jak chciał. Jednak zdaje się, że u mimo wszystko debiutującego w pełnym metrażu taki brak auto dystansu i poniekąd protekcjonalne przekonanie o własnej doskonałości bijące z ekranu jest ryzykowne. Impregnuje go bowiem na tę dobra, konstruktywną krytykę, odbiera bardzo atrakcyjną i potrzebną w tym zawodzie – obok niezbędnej pewności siebie - pokorę. Jego film
jest bezczelnie ambitny, bezkompromisowy i autorski, ale nie udało mu się uciec od momentów masturbacyjnego samozadowolenia, taplania w perfekcji formy, które nie pozwala zauważyć, że koreczek z wanny wypadł, a treść uciekła. Tracą na tym długie sceny, które szybko gubią napięcie, traci psychologia obrazu, tak desperacko, karykaturalnie jakaś, że czasami prawie żadna. Na ekranie dominują szarości, a w spojrzeniu reżysera – czarno-białość. Te ostre słowa piszę z zastrzeżeniem, że Skonieczny jest jak najbardziej utalentowany w klasie uczeń, od którego oczekujemy znacznie więcej niż od innych.

kadr z filmu "Hardkor disko"

d10jup6

Koszalińskie nagrody – za reżyserię i aktorska dla Marcina Kowalczyka (który po kilku występach wyrasta na „najseksowniejsze plecy polskiego kina”) są absolutnie zasłużone. Jednak zasadność tego wyróżnienia kwestionuje konfrontacyjna przemowa reżysera, który – zastrzegając, że ma gorączkę – na ceremonii zamknięcia odbierając Jantara zachował się dość nieprzyjemnie, wypowiadając się bez wskazywania palcem też o środowisku, które go nagrodziło. Zaczął od krytyki prowadzonej w luźnym stylu ceremonii, by szybko przejść do deklaracji. „Nie robię filmów dla nagród (…) Nie tyle się cieszę z tej nagrody co z pewnej tendencji, zjawiska socjologicznego. Które ta nagroda mam nadzieję eksponuje. Mój film powstał całkowicie niezależnie, bez jakichkolwiek instytucji, inwestorów i sponsorów (…) nie chcieliśmy wchodzić w żadne układy, do samego końca. (…) Najłatwiej jest siedzieć na dupie i pieprzyć, że by się coś zrobiło” - mówił. Kilka dni później na Instagram trafiło zdjęcie sugerujące, ze statuetkę Skonieczny rozbił.
Jeśli byłoby to manifestacyjne i intencjonalne, szkoda, że nie miał jaj, żeby zrobić to w Koszalinie, na scenie, przy wszystkich, albo lepiej: nie zgłaszając w ogóle filmu do konkursu. Taki to nonkonformizm w designerskich ciuchach i z modną fryzurą, z bezpiecznego dystansu. Ale może to tylko imprezowy wypadek przy pracy. Na co skrycie liczę...

kadr z filmu "Hardkor disko"

Mój osobisty faworyt to całkiem inne podejście do filmowej sztuki, czyli „Małe stłuczki”. Obraz, który mogłabym wyświetlać nowo poznanej sympatii zamiast próbować malować obraz swojej emocjonalności słowami. Kasia (Agnieszka Pawełkiewicz) i Asia (Helena Sujecka) razem mieszkają i pracują, zajmują się czyszczeniem mieszkań po zmarłych, zdobyte w ten sposób przedmioty spieniężają. Piotr (Szymon Czacki) jest świeżym rozwodnikiem, który zarabia pakując pudełka w pudełka. Kiedy traci pracę, dziewczyny wciągają go na pokład, a z duetu robi się trójkąt, powiązany niezdefiniowanymi, magnetycznymi więzami, których jednak nigdy na własność nie anektuje Eros. Kasia i Piotr są tu poniekąd podwładnymi Asi, czarodziejki, która wprowadza w życie piękno, od początku jednak uczciwie uprzedzając jednak, że nie potrafi i nie chce kodyfikować relacji, jakie nawiązuje z ludźmi. Zmysłowa, zakazuje siebie dotykać, jednocześnie w pełni akceptując kiełkujący w swoim kierunku, jałowy afekt dwójki przyjaciół, którzy mimo jasnych zasad
szybko padają ofiarą związkowego grzechu numer jeden – projektowania na druga osobę własnych oczekiwań wbrew jasnym sygnałom, jakie otrzymują. Trudno mówić tu o klasycznie rozumianej akcji. Widać ogromną staranność twórców, którzy jak rzadko kiedy w polskim kinie, ogromną część energii włożyli w wykreowanie scen, które obroniłyby by się bez całości kontekstu. W tym filmie pojawia się jedna z najpiękniejszych, nieoczywistych scen pocałunku jaką pamiętam, eksplodująca pożądanie mimo niespełnienia. Imponuje dojrzałe, pomysłowe i tez pełne humoru wykorzystanie scenografii, lokacji i gadżetów (samochód jest osobnym bohaterem!), specjalną rolę w marzeniach bohaterów pełnią skały i borsuki, a na ekranie znajdzie się tez miejsce dla emerytowanej baleriny... Siła inercji „Małych stłuczek” pochodzi z przypadkowych zderzeń uczuć, tymczasowej intensywności chwil istnienia niesymetrycznie rozrzuconych po ugorze codziennej szarości. Ujęte w miękkie, efemeryczne kadry nagrodzonej w Koszalinie Ty Zbroniec-Zajt, zlewają się
w realistyczną, ale i magiczną delikatną indie-popową piosenkę o miłości, samotności i niespełnieniu, która zabrzmi tonami bliskimi każdemu wrażliwcowi rozumiejącemu nierozerwalny związek absurdu z pięknem i rozczarowania z zachwytem.

kadr z filmu "Małe stłuczki"

d10jup6

Bardzo miłym zaskoczeniem był tez seans „Jezioraka”, pierwszego od dawna tak sprawnie zrealizowanego polskiego thrillera sensacyjnego. Publiczność i krytycy wskazywali na niebezpiecznie wyraźne podobieństwo produkcji Michała Otłowskiego i serialu „The Killing” - i rzeczywiście ilość paralel, tak fabularnych jak i też stylistycznych (praca kamery, kostiumy) może momentami dziwić. Jednak efekt jest więcej niż zadowalający i widz nie ma bynajmniej wrażenia obcowania z kopią – choć być może produkcja sprawdziłaby się lepiej właśnie podzielona na telewizyjne odcinki. Widać doświadczenie reżysera (i scenarzysty), który długie lata pracował przy telewizyjnych show policyjnych i swoją wiedzę potrafił przetłumaczyć z płaszczyzny faktów i praktyk na kinową kreację, Otłowski snując intrygę nigdy nie traci z oczu prawdopodobieństwa. Cieszy uczynienie główną bohaterką tego okrutnego, zmaskulinizowanego świata kobiety, i to w zaawansowanej ciąży. Jowita Budnik wypada świetnie jako silna, ale wycofana, chowająca emocje
bohaterka na rozstaju, którą otacza śmierć, choć sama zaraz ma dać życie. Okazuje się, że na Mazurach, w świecie gdzie pejzaż zaściankowości i rozpadu spotyka się z luksusem nowobogactwa, można doskonale zbudować meandrującą, gęstą intrygę godną skandynawskich mistrzów. Temu udanemu filmowi przeszkadza trochę zbytnia oczywistość fabularna, brak zaskoczeń, niespodziewanych mikrokulminacji i punktów zwrotnych, a tym samym brak lęku o bohaterów i niepewności, które widz oglądając taki film winien odczuwać. Jednak, także ze wględu na świetną współpracę na płaszczyźnie reżyser-aktorzy, „Jeziorak” nie zawodzi. Uwagę zwraca nagrodzona przez Jury muzyka Cezarego Skubiszewskiego, która rzeczywiście świetnie wspiera dramaturgię i umiejętnie buduje napięcie nie próbując na siłę wyciskać z widza z premedytacją tylko po to wykreowanych emocji.

kadr z filmu "Jeziorak"

Ostatnią wyróżnioną – za reżyserię i dźwięk – jest „Jaskółka” Bartosza Warwasa. Film, który w moim odczuciu nosi ślady studenckiej ambicji, która imponować może w krótkim metrażu, jednak rozczarowuje rozciągnięta na pełny. Ogromna intensywność tego obrazu, która sprawdza się na płaszczyźnie efektownych rozwiązań dźwiękowych (nagrodzonych zresztą przez Jury) w dłuższej konfrontacji razi sztucznością, teatralnością. Jednak paradoksalnie to tez plus filmu, bo Warwas pokazuje rzadką w polskim kinie ambicję zrealizowania filmu złożonego konstrukcyjnie, z nielinarną narracją, rozlicznymi retrospektywami, flashbackami. Ale znowu: finezji z jaką przetyka paralelne wątki towarzyszy nieudolna praca charakteryzatorów (ci sami aktorzy grają młodych i starych bohaterów, a w postarzającej charakteryzacji wyglądają raczej kuriozalnie) i scenografów, którzy z wnętrz (bo zewnętrza wyglądają świetnie, szczególnie ich oświetlenie) uczynili sceniczną dekorację zbudowaną według klucza symbolicznych skojarzeń. Podobać może się
grający główną rolę Marcin Włodarski, który pokazuje sporą charyzmę jako patologicznie kochający, obsesyjny ojciec, despotyczny mąż i przekonany o swojej wyższości żałosny Stan Borys-wannabe. Nie przekonuje mnie natomiast ekranowa energia celowo wyciszonej, pasywnej Ewy Kustusz grającej tytułową Agnieszkę Jaskółkę, jego córkę, a także wcielającej się w rolę matki/żony. Szkoda tego przerostu formy nad treścią, bo tematy, które porusza Warwas są nie tylko ciekawe, ale tez ważne i jednak ugryzione przez niego z dobrej strony. Pokruszone o zadupie rzeczywistości prowincjonalne marzenia o wielkości, miłość rozumiana jako uwięzienie i obsesja, warunkowane wiekiem i społeczna pozycją granice dotykalności, ziarno najczarniejszego zła które os zasadza w nas w dniu urodzin – to wszystko wątki godne rozwinięcia. Kreatywność, z jaką podszedł do nich Warwas, daje nadzieję, że następne jego propozycje wyzwolą się ze zbyt napuszonych okowów formy i tej jaskółki uwięzionej (w pozie i sztucznej koncepcji), o której w
otwierającej sekwencji śpiewa Stan Borys, przemienią się w wolną.

kadr z filmu "Jaskółka"

d10jup6

To była moja pierwsza wizyta w Koszalinie, w moim harmonogramie to wydarzenie gubiło się dotąd między rozmaitymi zobowiązaniami. I jadąc tam najzwyczajniej w świecie miałam stracha: perspektywa bezpośredniej konfrontacji z twórcami odbiega nieco od komfortu, jaki daje praca zza biurka w domu, gdzie swojego niezadowolenia i cynicznych meta-analiz filmu nie trzeba zderzać na żywo z nienawistnym spojrzeniem ekipy. O sytuacjach wręcz fizycznych starć krytykowanych i krytykujących podczas MiF krążą legendy. Jednak w tym roku obyło się bez zgrzytów i wyzwisk, a moja pierwsza filmowa randka z Koszalinem przebiegła łagodnie i wystarczająco frapująco, że już dziś wiem – wracam, najlepiej za rok.

O wynikach konkursu filmów krótkometrażowych przeczytacie Państwo w następnej części festiwalowego podsumowania.

KONKURS PEŁNOMETRAŻOWYCH DEBIUTÓW FABULARNYCH

Wielki Jantar 2014 za pełnometrażowy debiut fabularny

„Hardkor Disko” reż. Krzysztof Skonieczny
Uzasadnienie: Za konsekwentny, odważny styl, śmiałą konstrukcję dramaturgiczną i niczym nieskrępowaną

d10jup6

Jantar 2014 im. Stanisława Różewicza za reżyserię
„Jaskółka”, reż. Bartosz Warwas
Uzasadnienie: Za niedoskonałą, a jednak uwodzicielską reżyserię, która daje nadzieję na przyszłość.

Jantar 2014 za scenariusz
„Jeziorak”, reż. Michał Otłowski
Uzasadnienie: Za sprawność warsztatową i sukces w pojedynku z trudnym gatunkiem, jakim jest thriller.

Jantar 2014 za główną rolę męską
Marcin Kowalczyk - „Hardkor Disko”
Uzasadnienie: Za stworzenie elektryzującej roli, która za pomocą minimalnych środków buduje wysokie

Jantar 2014 za główną rolę kobiecą
Agnieszka Wosińska - „Hardkor Disko”
Uzasadnienie: Za naturalność, świadomość artystyczną i subtelność używanych środków, które mówią tak

d10jup6

Jantar 2014 za zdjęcia
Ita Zbroniec-Zajt - „Małe stłuczki”
Uzasadnienie: Za precyzyjną kompozycję obrazu i konsekwencję w plastyce opowiadania filmowego.

Jantar 2014 za muzykę
Cezary Skubiszewski - „Jeziorak”
Uzasadnienie: Za muzykę, która wspiera, a nie konkuruje z obrazem.

Jantar 2014 za dźwięk
Rafał Nowak - „Jaskółka”
Uzasadnienie: Za oryginalny i twórczy montaż dźwięku, który buduje napięcie i atmosferę filmu oraz za świetne łączenie dźwięków z pogranicza muzyki i efektów.

d10jup6
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d10jup6
d10jup6