Trwa ładowanie...
do0r31q
do0r31q
Aktualności

Ciastko z niespodzianką

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
do0r31q

Na wstępie przyznaję: Wes Anderson jest jednym z moich ulubionych reżyserów i na „Grand Budapest Hotel” czekałam z biciem serca i suchym gardłem. Pierwszy seans (dotąd zaliczyłam ich już trzy) przyniósł zachwyt i ukojenie. Amerykański wizjoner jest w szczytowej formie, a jego najnowszy film zachwyci nie tylko tych, którzy już mają dla niego ciepłe miejsce w sercu. Ma też szansę przekonać sceptyków, dotąd z upodobaniem twierdzących, że filmy Andersona to pozbawiony głębszej treści spacer po pomysłowo wyposażonym domku dla lalek. To o wiele, wiele więcej.

Twórcy „Moonrise Kingdom” po raz kolejny udało się zaprosić widza do kompletnego, z pietyzmem wyposażonego świata, który pełen jest przyjemności, zaskoczeń, ironicznych mrugnięć oczkiem – wszystko to zaklęte w klasycznie andersonowskiej bańce estetyki rodem z książeczki dla dzieci. To, co niektórzy uznają za „hipsteriadę”, puste napawanie się tym, co śliczne i kolorowe, jest w istocie przemyślaną autorską strategią i siłą twórcy. Na przestrzeni lat Anderson wyrobił sobie niepodrabialną markę. Kiedy tylko w sali zabrzmią charakterystyczne dźwięki, towarzyszące ujętym w wystylizowaną czcionkę napisom otwarcia, widz czuje, że wkracza na znajomy teren. Ta rozpoznawalność atmosfery dodatkowo zwiększa poczucie bliskości, jakie łatwo mieć w relacji z jego twórczością. Atrakcyjność i przyswajalność kina Andersona intensyfikują też doskonale znane publiczności schematy zaczerpnięte z kina gatunków, do którego reżyser chętnie sięga. Opakowując swoje filmy w najatrakcyjniejsze z pudełeczek, Anderson zapewnia widzowi
przeprzyjemny seans. A jednocześnie takie postępowanie pozwala mu niepostrzeżenie i łagodnie przemycić znacznie bardziej ważkie, niekiedy mroczne, treści.

Są lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku. Starszawy pisarz (Tom Wilkinson) wspomina, jak blisko trzydzieści lat wcześniej (młodszą jego wersję gra Jude Law), będąc w artystycznym stuporze udał się do niegdyś wspaniałego, obecnie marniejącego pod rządami komunistów, hotelu Grand Budapest, by w jego zaciszu odnaleźć wenę. To tam, w wyłożonej błękitnymi kafelkami łaźni, spotkał jego melancholijnego właściciela, tajemniczego Zero Mustafę (F. Murray Abraham) – a ten podczas wielodaniowej kolacji składającej się z defilady wymyślnych posiłków i trunków opowiedział mu historię swojego życia. To spotkanie natchnęło autora. W jego konsekwencji nie tylko podjął ważne prywatne decyzje, ale i napisał książkę, której otwierająca się i zamykająca okładka jest dosłowną wizualną rama filmu.

Historia opowiadana przez Zero rozgrywa się w latach trzydziestych, czasie jego młodości (młodszą jego wersję gra Tony Revolori). Jest w jego wspomnieniach legendarny Mr. Gustave (Ralph Fiennes), który z wrodzoną elegancją i czarem nadzorował wówczas pracę hotelu, okazując wszystkim gościom wyjątkowe względy, najmocniej wyróżniając jednak bogate blondynki po osiemdziesiątce („sypiam ze wszystkimi moimi przyjaciółmi” - tłumaczy w którymś momencie z najszczerszym z istniejących uśmiechów). Gdy umiera jedna z jego lubych, przebogata Madame D. (genialnie postarzona Tilda Swinton) mężczyzna pada ofiarą spisku i zostaje oskarżony o jej zgładzenie przez demonicznego potomka kobiety, Dymitra (Adrien Brody). Skradłszy prawnie należny mu spadek w postaci legendarnego obrazu „Chłopiec z jabłkiem” Mr. Gustave ucieka, a towarzyszem jego spektakularnej, slapstickowej ucieczki, jest wierny chłopiec hotelowy, Zero. Na swojej drodze spotkają m.in. troskliwego adwokata-kociarza (Jeff Goldblum), przypominającego Nosferatu
zbira-motocyklistę (Willem Defoe), służbistego wojskowego (Edward Norton) i wytatuowanego szefa więziennej szajki (Harvey Keitel). Zero nawiąże zaś bliższą znajomość z pewną bardzo wyjątkową uczennicą cukiernika, Agathą (Saoirse Ronan), noszącą na policzku znamię w kształcie Meksyku.

Akcja „Grand Budapest Hotel” rozgrywa się w fikcyjnej Republice Żubrówki. Nawiązanie do naszego narodowego trunku to nie przypadek – Anderson przyznaje, że klimat, jaki miał mieć jego film, to nieokreślony miks środkowo-wschodnio europejskich nastrojów i tropów z okresu przed Druga Wojną światową. W gęstwinie nawiązań – od stylizacji, przez architekturę i sztukę po nazwiska bohaterów – schyłkowa Republika Weimarska spotyka Austro-Węgry, a w tle miga stara Praga. Film kręcono w dużej mierze w Görlitz (w Grand Budapest wcieliło się stare centrum handlowe), a ekipa często chodziła na obiady na polską stronę, zapewne raz na jakiś czas popijając wódkę z trawką... Scenariusz został oparty na dziełach Stefana Zweiga, w swoich czasach uznanego międzynarodowo austriackiego pisarza, który uciekając przed nazizmem wyemigrował do Ameryki Południowej, a w 1942 roku wraz z żoną popełnił samobójstwo w przekonaniu, że dyktatura Hitlera nigdy się nie skończy. Ten nastrój przedwojennego napięcia, strachu, pewnej
rozpaczliwości pomieszany jest w idealnych proporcjach z nostalgią, spatynowanym czarem minionej świetności i ujętymi w kostium krotochwili przeszywająco celnymi obserwacjami natury społeczno-historycznej. I dopiero to wszystko zapakowane jest w anegdotyczne, leciuśkie i smaczne opakowanie, na którym najchętniej skupiają się tak chętnie bagatelizujący kunszt Andersona krytycy. Niezwykły entuzjazm i dokładność, z jaką twórca traktuje filmowy materiał sprawiają, że najdrobniejszy element tej opowieści ożywa i zyskuje na znaczeniu. Każde słowo, oddech i skinięcie głową to nuty w tej doskonale skomponowanej, precyzyjnie wyliczonej rytmicznie symfonii. Z genialnie przygotowanej scenografii i stylizacji co i rusz wyskakuje jakaś aluzyjka – czy to kształt wąsów nawiązujący do Freuda, sytuacyjny żart z Egona Schiele, ukłon w stronę Klimta zaklęty w kroju sukni czy wojskowe oznaczenia niepoprawnie przedrzeźniające logo SS.

Jak zawsze Anderson skrzyknął doskonały aktorski zespół. Nawet epizody nie są przypadkowe, skrojone idealnie na miarę przyciągają jak zawsze plejadę gwiazd. Szczególnie zachwyca debiutujący u niego Fiennes, który odłączywszy się od kojarzonego z nim szekspirowskiego repertuaru, daje popis łączący styl ironicznej komedii a'la farsa z poruszającym dotknięciem głębokiego tragizmu. W jego roli kumuluje się poniekąd esencja „Grand Budapest Hotel” - filmu ekscentrycznego, radosnego jak zawsze i melancholijnego, przesyconego tęsknotą jak być może nigdy dotąd. Anderson jest jednym z tych rzadkich twórców, którzy równie doskonale rozumieją rozrywkę jak i kino autorskie, a „Grand Budapest Hotel” jest tego koronnym dowodem.

do0r31q

Podziel się opinią

Share

do0r31q

do0r31q