Trwa ładowanie...
d3sl4hj

Szybki i głupi

Share
d3sl4hj

Moim obowiązkiem, będąc recenzentem filmowym, jest oglądanie sporej ilości filmów i przelewanie swoich wrażeń na kartkę papieru. Jedne wybitne, inne dobre, lecz w przeważającej większości są słabe i niewarte naszej uwagi. Wyznając jednak zasadę, że wszystkim trzeba dać szansę, a żadne obce opinie nie mają wpływu na moją, oglądam każdy film który wpadnie mi w ręce, bez względu na jego gatunek, twórców i treść.

Niestety zdarzają się przypadki, kiedy po kilku pierwszych scenach filmu mam ochotę na wciśniecie przycisku stop na pilocie. Tak było między innymi przy polskim „Rysiu”, do którego podchodziłem kilka razy i w końcu, po strasznych mękach się z nim uporałem. Prawie identyczna sytuacja spotkała mnie w przypadku komedii pod tytułem „Ricky Bobby – Demon prędkości”, tylko tym razem zacisnąłem zęby i udało mi się oglądnąć ją za pierwszym podejściem. Chociaż, uwierzcie mi – nie było łatwo.

Twórcami „Ricky Bobbiego” są bardzo dobrzy znajomi Adam McKay i Will Ferrell (jednocześnie odtwórca głównej roli), którzy stworzyli już razem kilka filmów. Swoją inteligencją i humorem niczym się od siebie nie różniły, dlatego po ich kolejnej współpracy nie spodziewałem się czegoś wielkiego. Ale nie sądziłem, że po „Legendzie telewizji” lub „Czarownicy” może być coś jeszcze gorszego.

Ricky jest pomocnikiem mechanika, pracującego przy obsłudze samochodów uczestniczących w wyścigach NASCAR. Jego team od zawsze był na ostatnim miejscu, a główny kierowca potrafił podczas wyścigu zatrzymać się i najnormalniej w świecie pójść coś zjeść. Pewnego dnia, kiedy sponsorzy zaczęli się domagać sukcesów, za kierownicą, przez przypadek, zasiadał gamoniowaty Ricky Bobby. Nikt nie spodziewał się, że ktoś kto miał trudności ze skleceniem kilku… sensownych zdań, może cokolwiek zdziałać w tej sytuacji. Nagle odkrył drzemiący w sobie potencjał, z czasem stając się najlepszym kierowcą NASCAR, którego nikt nie był wstanie pokonać. Talent odziedziczył po ojcu, który opuścił rodzinę raz po urodzeniu syna.

d3sl4hj

Jego dewizą było: „Kto nie jest pierwszy, jest ostatni”. Dla Rickiego motto to stało się kluczem do zwycięstwa, zapewnienia mu sławy, pięknej żony Carley (Leskie Bibb) oraz niewiarygodnej fortuny. Tak jak to bywa najczęściej wszystko co dobre ma swój nieuchronny koniec, a bycie najlepszym nie jest dożywotnie. Nachodzi dzień, kiedy na horyzoncie pojawia się były gwiazdor Formuły 1, francuski kierowca Jean Girard. Od tej chwili życie Rickiego zmieniło się diametralnie, a smak gorzkiej porażki był nie do przełknięcia. Żona odeszła z najlepszym przyjacielem, kariera i pieniądze się skończyły.

Z wielkiego idola widowni stał się z powrotem nieudacznikiem, rozwożącym pizze i mieszkającym z mamusią. Los jednak miał dla niego inną wizję przyszłości, w której przy pomocy długo nie widzianego ojca, wróci na tor, aby udowodnić wszystkim, że Ricky Bobby jest demonem prędkości.

Producent filmu Judd Apatow specjalizuje się głównie w komediach, które w większości są kiepskie, albo wręcz beznadziejne. Mam na myśli takie filmy jak „Wpadka”, „Dick i Jane: Niezły ubaw” czy „Supersamiec”. Jedynie „40-letni prawiczek” był wart uwagi, który z pewnością miał inny klimat od reszty tandety jaką tworzy Apatow. Nie widziałem jeszcze filmu z Willem Ferrellem na odpowiednim, do oglądania poziomie. W przypadku „Ricky Bobby – Demon Prędkości” jest tak samo, a wręcz jeszcze gorzej. Od samego początku film jest idiotyczny, obdarzony bezsensownym humorem, który nie jest wcale zabawny, a wręcz irytujący. Historia jest dobra, tego nie można krytykować, jednak reszta nie mieści się w żadnych panujących normach.

Myślałem, że „Wpadka” była kolejnym filmem dla kretynów, jednak się bardzo pomyliłem. „Ricky Bobby” jest dla ludzi pokroju głównego bohatera, który zamiast mózgu ma prześwit, przez który wiatr przedostaje się bez żadnych napotkanych na swojej drodze przeszkód. Reszta od razu poczuje pismo nosem i ominie ten film szerokim łukiem.

d3sl4hj

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3sl4hj
d3sl4hj