Trwa ładowanie...

Whit Stillman: ''Gatunki filmowe rujnują kino'' [WYWIAD]

Share
Whit Stillman: ''Gatunki filmowe rujnują kino'' [WYWIAD]Źródło: Getty Images
dduqhkl

*„Przyjaźń czy kochanie?”, ekranizacja noweli Jane Austen, już przeszła do historii kina. Choćby dlatego, że to niezwykle rzadki przykład filmu, który w serwisie Rotten Tomatoes ma 99 proc. pozytywnych recenzji, a to przywilej produkcji co najmniej wybitnych.*

O tym jak nakręcić porywający film kostiumowy w XXI wieku, pracy z Kate Beckinsale, nowych modelach dystrybucji filmowej, rozpadającej się Europie i… agencie 007 opowiedział dla WP Whit Stillman w rozmowie z Przemysławem Dobrzyńskim.

Nowy film *Whita Stillmana w kinach to dość rzadkie wydarzenie. Czemu tak nieczęsto podejmuje się pan kręcenia?*

Było ku temu kilka powodów. Przez pewien czas nie czułem się już komfortowo w świecie fikcji, w którym rozgrywa się film. Poza tym, przywykłem do tego, że dość dużo czasu poświęcam na pisanie scenariusza. Przeważnie proces ten trwa w moim przypadku 2,5 roku. Pamiętajmy również o tym, że w kinie niezależnym nie ma się współpracowników do pomocy, tak więc wszystko jest na mojej głowie. Dopiero gdy dany film jest skończony, w okresie postprodukcji pojawia się jedna czy dwie osoby, z którymi się współpracuje. A cały proces nakręcenia filmu i jego postprodukcji to łącznie ok. 1,5 roku. No i w ten sposób ukształtował się mój osobisty i standardowy cykl produkcji, trwający cztery lata. Natomiast w pewnym momencie został on trochę wytrącony z równowagi. Po moich trzech pierwszych filmach przeprowadziłem się do Paryża. Stamtąd zacząłem współpracę z londyńskimi studiami przy scenariuszach, którymi byłem zainteresowany. Jednak nie potrafiłem się w pełni odnaleźć w tej współpracy, na tyle, by przejść od procesu pisania
skryptu do produkcji filmu. W skutek tego impasu, przez 12 lat nie udało mi się niczego nakręcić. Natomiast obecnie czuję, że ponownie stanąłem na nogi jako twórca i udało mi się wrócić do mojego czteroletniego cyklu.

dduqhkl

A co konkretnie skierowało pana do adaptacji noweli „Lady Susan” Jane Austen?

Od zawsze byłem wielkim fanem jej twórczości. O ile wcześniej przy pisaniu własnych tekstów miałem poczucie, że mój materiał jest na tyle dobry i interesujący, aby zrobić z niego film, tak tym razem owego poczucia zabrakło. Ale też, nie był to do końca oczywisty wybór z mojej strony. Nad adaptacją noweli Austen pracowałem przez kilka lat, ale raczej na luzie, z przerwami. Z czasem tekst zaczynał się stawać coraz to lepszym materiałem, aż doszedłem do punktu, w którym uznałem, że zasługuje on na sfilmowanie. A podczas castingów upewniłem się na 100 proc., że to słuszny wybór, gdyż ci wszyscy brytyjscy aktorzy komediowi, których udało mi się obsadzić w „Przyjaźń czy kochanie?” nadali mojemu tekstowi zupełnie nową jakość.

Jak wyglądał proces adaptacji „Lady Susan” na duży ekran?

W XVIII wieku jednym z najpopularniejszych stylów pisarskich była forma listów, które następnie wydawano w formie powieści epistolarnych. Mamy więc do czynienia z seriami monologów różnych postaci żyjących z dala od siebie. W filmie natomiast, wszystko musi być dialogiem, a bohaterowie znajdować się blisko siebie. Tak więc już na samym początku stanąłem przed sporym problemem. Ale często jest tak, że powodem, dla którego chcemy coś zrobić, są właśnie stojące przed nami wyzwania. I tak było w tym przypadku. Musiałem więc wymyślić zupełnie nowe postaci i wypełnić nimi świat przedstawiony, tak by ten problem „pustki” rozwiązać. Jedną z takich postaci jest przyjaciółka Lady Susan, która w filmie towarzyszy jej w podróży.

Jak odnalazł się pan tym razem przenosząc się z czasów współczesnych do filmu kostiumowego rozgrywającego się kilkaset lat w przeszłości?

Wszystkie moje poprzednie filmy rozgrywały się w przeszłości, ale niedalekiej, gdyż dotyczyły moich własnych doświadczeń i przeżyć. Natomiast, osobiście, o wiele łatwiej było mi nakręcić film rozgrywający się w ramach określonej epoki, z gotowymi planami, scenografią, kostiumami. Cała ekipa wiedziała, co ma robić i jak wszystko wokół ma wyglądać. Kiedy kręciłem moje pierwsze filmy, to cały czas napotykałem problemy, gdyż, przez to, że bazowały one na moich wspomnieniach, musiały być do nich dostosowane. Właściwie tylko ja wiedziałem, jak wszystko wokół ma wyglądać, jak kto był ubrany, jak wyglądały pomieszczenia itd. Tym razem nie musiałem się nad tym wszystkim skupiać, bo mogłem się swobodnie oddać w ręce ludzi, znających XVIII-wieczne realia.

To już drugi raz, gdy podjął pan współpracę z Kate Beckinsale. Co sprawiło, że wybór ponownie padł na nią?

Zawsze uważałem, że Kate jest aktorką, która najlepiej ze wszystkich mogłaby się wcielić w postać Lady Susan. Moje pierwsze przymiarki do scenariusza miały miejsce niedługo po tym, gdy nakręciłem film „Rytmy nocy”, w którym po raz pierwszy pracowałem zarówno z Kate jak i Chloe Sevigny, która również gra w „Przyjaźń czy kochanie?”. Było to prawie 20 lat temu i wówczas Kate była jeszcze zbyt młoda, aby zagrać Susan.

(Chloe Sevigny, Whit Stillman i Kate Beckinsale/ fot. Getty Images)

dduqhkl

Jak przez te wszystkie lata, z pańskiej perspektywy, Kate Beckinsale zmieniła się jako aktorka i kobieta?

Wydaje mi się, że gdy kręciliśmy „Rytmy nocy”, było to dla niej trudne doświadczenie. Przyjechała do Nowego Jorku prosto z Wielkiej Brytanii. Nie miała tu nikogo znajomego, była totalnie osamotniona. Dodatkowo, na czas zdjęć, musiała rozdzielić się ze swoim ówczesnym chłopakiem Michaelem Sheenem. A kolejnym wyzwaniem okazała się ciężka praca nad jej amerykańskim akcentem, którego musiała się sama po raz pierwszy nauczyć. Ale to wszystko pięknie zaprocentowało, bo dziś jest niesamowicie zdyscyplinowaną, w pełni profesjonalną aktorką, ze znakomitym warsztatem, niebojącą się ciężkiej pracy. Już podczas zdjęć do „Rytmów nocy” widziałem w niej potencjał do bycia wielką gwiazdą filmową i to wkrótce stało się faktem.

Lady Susan w „Przyjaźń czy kochanie?” to nie tylko przebiegła manipulatorka i intrygantka, ale przede wszystkim ciekawa i złożona postać. Jak pan sądzi, czemu w kinie tak rzadko możemy oglądać rozbudowane postaci żeńskie?

Moim zdaniem częścią problemu jest fakt, że ludzie zwyczajnie nie chodzą do kina, by oglądać filmy z takimi postaciami. Ja sam zauważyłem, że moje filmy, w których dominują postaci mężczyzn, mają większą widownię niż te z damską obsadą. W przypadku „Przyjaźń czy kochanie?” wygląda to trochę inaczej, ale też mamy w obsadzie dużo ról męskich komików, co mogło mieć swoje przełożenie na zainteresowanie. Wydaje mi się, że to kobiety w dużej mierze nie dają szans na ciekawe role dla aktorek. Filmy z dużą ilością kobiet są bardziej lubiane przez mężczyzn niż przez kobiety. Mam poczucie, że kobiety nie są zbyt lojalne wobec siebie.

A propos manipulacji, czy sądzi pan, że dziś kobiety nadal są tak skore do intryg i okręcania sobie ludzi (mężczyzn) wokół palca jak kiedyś?

Przed wiekami intrygi i manipulacje były swego rodzaju orężem kobiet wytworzony niejako do „walki” ze status quo, który im nie sprzyjał i często narzucał role oraz styl życia, z jakim nie zawsze się zgadzały. Dziś kobiety z pewnością tego nie potrzebują, co nie znaczy, że nie zdarza im się z tego korzystać.

Czy trudno było opowiedzieć historię o tych przebiegłych i pełnych egoizmu postaciach, czyniąc je jednocześnie na swój sposób uroczymi i dającymi się lubić?

Wydaje mi się, że film jako medium ma w sobie coś co sprawia, że o wiele lepiej ogląda się widzom postaci, które dalekie są od ideałów i cnót. Aby jednak wygładzić trochę ich wizerunek, starałem się otoczyć je bardziej poczciwymi i pozytywnymi bohaterami, tak by intrygi Lady Susan mogły wybrzmieć trochę bardziej delikatnie i empatycznie. Do tego Lady Susan być może i jest amoralna, i egoistyczna, ale na sam koniec jej działania ostatecznie pomagają wszystkim wokół.

dduqhkl

Jak udało się panu trafić na Toma Benneta? Jako Sir James Martin praktycznie kradnie on każdą scenę, w jakiej się znajduje.

Trzech aktorów starało się o tę rolę, jednak kiedy zobaczyłem, co Tom potrafił wyczarować z postacią Sir Jamesa, wybór niemalże natychmiast padł na niego. Początkowo Sir James Martin miał o wiele mniej scen w scenariuszu, ale patrząc na fantastyczną pracę Toma i to jak zaczął wynosić tę postać na wyższy poziom, dopisałem mu specjalnie znacznie więcej. Jest kilka kwestii wypowiadanych przez niego, które w scenariuszu wyglądają dość głupio i pozornie niezbyt śmiesznie. Natomiast Tom potrafił je tak kapitalnie zinterpretować, że nabrały nowego życia i energii. Jednym z przykładów są chociażby sceny z jedzeniem groszku czy moment, gdy Sir James próbuje „rozszyfrować” znaczenie nazwy „Churchill”.

Nigdy nie uważałem pana za filmowca przywiązanego do konkretnego studia, natomiast jakie jest pańskie zdanie na temat nowych modeli dystrybucji filmów. Mam tu na myśli Netflix i Amazon?

Oba przypadki są wyraźnie różne od siebie. Netflix nie pomaga za bardzo kinematografii, z kolei moim zdaniem Amazon robi dla kina znacznie więcej. Przede wszystkim pomogli mi oni znaleźć dobrego dystrybutora dla „Przyjaźń czy kochanie?” w Stanach. Dzięki temu mój film, po raz pierwszy w karierze, trafił do pierwszej dziesiątki box office’u w momencie premiery. Obecnie Amazon wspiera mój serial „The Cosmopolitans”, z którym być może zawitam i do Polski. Pierwszy odcinek rozgrywa się w Paryżu, natomiast fabuła skupia się na dwóch głównych postaciach (granych przez Chloe Sevigny oraz Adama Brody) i w zamierzeniu chciałbym, by rozgrywała się w różnych miastach Europy. Dlatego jeden z odcinków widziałbym także w Polsce.

Rozumiem, że Europa jako jeden z bohaterów serialu nie jest totalnie przypadkowym zamysłem?

Nie. Obecnie napięta sytuacja w Europie, tak pod względem społecznym jak i światopoglądowym, jest na tyle poważna, że uznałem, iż warto się temu przyjrzeć oczami zwykłych mieszkańców poszczególnych krajów.

Jakiś czas temu wyczytałem, że z chęcią podjąłby się pan reżyserii nowego Bonda.

Oczywiście. Byłbym najlepszym reżyserem Bonda z całej serii.

dduqhkl

Odważne stwierdzenie. A co takiego Whit Stillman mógłby wnieść do mitologii agenta 007?

Przede wszystkim przywróciłbym tej serii humor i przygodę oraz ograniczyłbym zabawę gadżetami. Problemem dzisiejszego kina jest to, że obecna technologia pozwala nam na wszystko. Obowiązuje trend tworzenia światów bez żadnych zasad – bohaterowie mogą fruwać, teleportować się, być nadludzko silnym. Może i z początku brzmi to atrakcyjnie, ale z czasem zaczyna się zwyczajnie nudzić, gdy główna postać może robić dosłownie wszystko i wychodzi bez szwanku z największych potyczek. Trzeba uświadomić widza, że dany bohater jest śmiertelny, wtedy ponownie zacznie oglądać filmy akcji w napięciu. Osobiście, ostatnie Bondy, które mi się podobały, to były te z Rogerem Moorem.

A czemu James Bond, a nie Jason Bourne albo Ethan Hunt?

Bond ma w sobie humor, fantazję i elegancję. Mówię tu głównie o filmach z Seanem Connery i Rogerem Moorem.

Tylko, że to kompletnie obcy dla pana gatunek filmowy.

Generalnie nie lubię kina akcji. Akcja jest brutalna, ekstremalna, głośna i w dużej mierze zwyczajnie nudna. Ja zdecydowanie skierowałbym się ku aspektom przygodowym. W ogóle wydaje mi się, że kinematografią jest rujnowana przez „gatunki”. Moim zdaniem filmy nie powinny mieć gatunków.

dduqhkl
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dduqhkl
dduqhkl