Trwa ładowanie...
05-06-2012 13:05

Bartosz Żurawiecki: Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

Bartosz Żurawiecki: Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?
d3q6w61
d3q6w61

Ja, miłośnik skandynawskich kryminałów, nie mogłem nie obejrzeć *„Łowców głów”, którzy od jakiegoś już czasu polują na polskich ekranach. Dystrybutor reklamuje film jako połączenie Tarantina z braćmi Coen i – jakkolwiek przesadzone jest to porównanie – wskazuje ono na różnicę między norweską ekranizacją powieści Jo Nesbo, a szwedzkimi adaptacjami np. książek Henninga Mankella o komisarzu Wallanderze. Te ostatnie są mrocznymi, psychologicznymi opowieściami o demonach kryjących się w ludziach i społeczeństwie. „Łowcy głów” idą raczej w stronę ironiczno-prześmiewczą, wykorzystują elementy thrillera i kina akcji, by z satyrycznym zacięciem ukazać współczesny kapitalizm.*

Satyra silniej jest obecna niewątpliwie w samej książce. Film Mortena Tylduma poświęca sporo ze smaczków powieści na rzecz widowiska, dość standardowo zrealizowanej i opowiedzianej „sensacji”. Ale i w tej wersji nietrudno dokopać się „drugiego dna”. Zaczyna się jak elegancka opowieść złodziejska. Tytułowy „łowca głów” - czyli człowiek, który kaptuje odpowiednich ludzi na wysokie stanowiska w korporacjach - niski i nie za urodziwy Roger Brown (Aksel Hennie) dorabia sobie po godzinach jako włamywacz. Kradnie dyskretnie cenne dzieła sztuki, a w ich miejsce podstawia mniej lub bardziej udane kopie. Właściciele obrazów nie mają nawet świadomości, że doszło do przestępstwa, gdyż nie są w stanie odróżnić oryginału od falsyfikatu – drogocenne malowidła to dla nich głównie lokata kapitału i symbol statusu społecznego. Brown zajmuje się tym niecnym procederem zarówno, by zrekompensować
sobie różne kompleksy wynikające z niezbyt atrakcyjnego wyglądu, zachować wysoki standard życia („mam wielki, brzydki dom, na który mnie nie stać” – deklaruje w prologu), jak i utrzymać przy boku żonę, wysoką blond piękność, która – w mniemaniu Rogera – zostawiłaby go z pierwszym lepszym przystojniakiem, gdyby zabrakło jej na waciki i inne kosztowności.

Gdy na drodze Browna staje muskularny, urodziwy jak Wiking Clas Greve (Nikolaj Coster-Waldau) , który podobno służył w jednostkach specjalnych i podobno chowa w domu obraz Rubensa, film niespodziewanie zmienia się w kino akcji a la „Ścigany”. Brown, poruszający się dotąd w zamkniętym świecie horrendalnie drogich garniturów, zmienia się w zaszczute zwierzę. Ucieka bocznymi i leśnymi drogami Norwegii, tapla się w gównie, udaje martwego etc., bo ktoś chce go zgładzić. A najzabawniejsze, że w tej śmiertelnej grze chodzi o „stawkę większą niż życie”. O fetysze wysoko rozwiniętego kapitalizmu: intratną posadę w korporacji, monstrualny zysk, który jest celem samym w sobie, o gadżety, luksusy i pozycję na giełdzie – towarzyskiej oraz biznesowej.

Sarkastyczny finał filmu pokazuje, że dla zachowania status quo warto wykąpać się w szambie i zabić parę osób. Nazywamy takie zabiegi restrukturyzacją. Może ona wręcz podnieść nasze notowania. W zakończeniu wracamy właściwie do punktu wyjścia. Nie łudźcie się, że droga przez mękę, którą przebył bohater, w jakikolwiek sposób go odmieniła, uczyniła lepszym człowiekiem czy coś tam w tym rodzaju. Zgrzyta mi tu jedynie miłosny happy end, ale jak spojrzeć na niego z odpowiedniej perspektywy, to i on nabiera ironicznego wydźwięku. Nasza blond piękność ma po prostu nosa i wie, z kim opłaca się w danym momencie robić interesy erotyczne, by się nie spauperyzować. Z ostatnich ujęć wynika, że ci, którzy przetrwali, osiągnęli swoje cele. Żyć będą długo i szczęśliwie. Bo jak człowiek ma kasę, to stać go na wszystko. Na miłość, macierzyństwo i na sztukę też.

d3q6w61
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3q6w61