Trwa ładowanie...
d1kpu9e
d1kpu9e

Chodźmy na wojnę

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
d1kpu9e

- Co się dzieje?!
- Nie wiem, gówno widać!

No właśnie. Ktoś z kimś walczy, ale kto i co – nie wiadomo. Tytułową potyczkę w Los Angeles przysłania mieszanina dymu i pyłu, nieustannie unoszących się nad płonącymi przedmieściami. Nic nie widać! Tylko sylwetki, kształty, kontury. Kamera trzęsie się, chwieje, niby stwarzając paradokumentalną atmosferę, ale w rzeczywistości… Cóż, maskuje tylko niedostatki filmu. Tymczasem jego autorzy wmawiają nam, że tak ma być. Że oto przed nami najprawdziwsza wojna. Chaotyczna, nieokiełznana, dynamiczna. Odpowiadam im: bzdura, wasz film jest tak słaby, że podobne zagrywki go nie uratują.

Dlaczego superprodukcja zrealizowana za grube miliony dolarów okazuje się tak niechlujna? Jeśli przyjrzeć się z bliska, prawda okaże się zdumiewająca. To kino propagandowe – takie, w którym idea nie koresponduje z rzemiosłem, bo jest ważniejsza. Czym naprawdę jest „…Bitwa o Los Angeles”? Superprodukcją o inwazji obcych? Nie, to instruktażowy film o obronie przed nimi. Przy czym obcy wcale nie muszą tu oznaczać najeźdźców z kosmosu. Mogą być Irakijczykami, Libijczykami, Koreańczykami. Nawet Rosjanami… Kimkolwiek, kogo Stany Zjednoczone uznają za potencjalne zagrożenie.

d1kpu9e

Patrzę na film Jonathana Liebesmana i nie widzę żadnych kosmitów. Niełatwo ich dostrzec, czemu służy zresztą dość zaskakujący koncept fabularny. Pierwsza to taka inwazja na Ziemię, która miast eksterminacji (czy nie tak w podobnych przypadkach postępują gatunki silniejsze ze słabszymi?) przypomina regularną wojnę. Najeźdźcy z domniemanego kosmosu nie mają statków, tylko małe myśliwce. Nie mają laserów, tylko broń palną. Ich oddziały składają się z piechoty wspieranej przez lotnictwo i artylerię. Jak w każdej ziemskiej armii.

Jak żyję, nie widziałem jeszcze na ekranie kosmitów, którzy potrafiliby przylecieć do nas z odległej galaktyki i przeprowadzać inwazję tak prymitywnymi, ziemskimi metodami. Owszem, w „Dystrykcie 9” nad Johannesburgiem zawisł statek z zabiedzonymi krewetkami, ale powiedziane zostało to wprost: to najniższa klasa robotnicza, opuszczona przez dowództwo, podłamana, szukająca pomocy. Ale… Przybyli do nas jako żebracy, a i tak wyprzedzali nas technologicznie o całe stulecia…

O co więc chodzi?

Warto przyjrzeć się „Inwazji…” z bliska. O efektach specjalnych, niechlujnych, mało kreatywnych, sztucznych, nie warto wspominać. Ciekawi za to cała reszta.

d1kpu9e

Fabuły trudno się doszukać. Bohaterowie? Dowódca z traumą (do przepracowania), piękna pani weterynarz, grupka dzielnych marines, bez wyjątku gotowych zginąć za swój kraj. Wszyscy powycinani z tej samej, zalegającej gdzieś w magazynie dykty. Rozwój zdarzeń? Standardowy: najpierw dostajemy łupnia, ale wystarczy odkryć gdzie przeciwnik ma serce, by siedmioosobowy skład zabijaków wygrał bitwę samodzielnie… Schemat na schemacie. Z amerykańskim sztandarem w tle. Zupełnie jak w podrzędnym kinie propagandowym.

Czymże jest „Inwazja”, jeśli nie triumfem patriotycznej dumy? Amerykanie raz jeszcze pokazują, że można ich najechać, zgnębić, spalić ich miasta, a duch wolności i tak w nich nie zgaśnie. A, że wspiera go pewien niedwuznaczny fetysz? To niesamowite, ale Jonathan Liebesman nakręcił najbardziej faszystowski, pro-militarny film mainstreamowy od czasu „Elitarnych” Jose Padilhi. Ot, cel uświęca środki, czego potwierdzeniem niechaj będzie scena, w której dzielni marines szukają sposobu, by zabić obcego… torturując, a w ostateczności zabijając, jednego z nich.

Amerykańscy wojskowi pewnie zacierają ręce. Już nie muszą iść do kongresu ze smutną statystyką i sloganem „I dlatego potrzebujemy kolejnych miliardów na rozwój armii”. Wystarczy, że pokażą im ten film. Wszak, zagrożenie może nadejść zewsząd. Warto trzymać palec na spuście…

d1kpu9e

Podziel się opinią

Share
d1kpu9e
d1kpu9e