Trwa ładowanie...
d4fay5r

Czego Cécile boi się najbardziej?

Share
d4fay5r

Wybierając się na Daleki Wschód, do Ameryki Południowej lub Afryki spodziewamy się bliskiego spotkania trzeciego stopnia z egzotyką. Akceptacja społeczności i wierzeń niezgodnych z moralnością cywilizacji Zachodu nie jest już rzeczą równie oczywistą. Wolimy kolonizować, bo łatwiej jest narzucić komuś własną kulturę niż tolerować odmienność. Christine François - francuska dokumentalistka, która spędziła w afrykańskim Beninie wystarczającą ilość czasu, by pobieżnie poznać tamtejszą kulturę – wraca do Europy z poczuciem, że obcowała z prymitywnym ludem. I realizuje fabułę, w której białego człowieka czyni zbawcą od czarnej magii.

„Sekret afrykańskiego dziecka“ to oparta na faktach historia Cécile (Audrey Dana), która przyjeżdża do Afryki w poszukiwaniu utraconej miłości. Choć nie znajduje jej w czułych ramionach dawnego chłopaka Didiera (Robinson Stévenin), jego nowa kobieta – czarnoskóra służąca Fati (Vivianne Tatangue) – przekonuje Cécile, żeby została w Beninie, poszła popływać pod wodospadem i zrelaksowała się w ciepłych promieniach kontynentalnego słońca. Trudno oceniać rozwój i finał historii opartych na faktach, ale łatwo dzięki nim z dystansu przyjrzeć się ich bohaterom i dokonać analizy ich zachowania. W przypadku Cécile jest to szczególnie proste. To kobieta, która nie potrafi być sama, nigdy nie żyła ze sobą w zgodzie i nie była szczęśliwa w pojedynkę. Kiedy więc Didier odrzuca jej zaloty, Cécile całą swoją miłością darzy ciemnoskóre niemowlę, które wciska jej w ręce Murzynka spotkana w drodze powrotnej znad wodospadu. Rozsądek nakazywałby zostawić dziecko w lokalnym sierocińcu, ale Cécile z taką desperacją szuka
spełnienia u boku drugiego człowieka, że adoptuje chłopca, nadaje mu imię Lancelot i zabiera ze sobą do Francji.

Dziecko jest jak przywieziony z Afryki totem – ten, który miał przynieść szczęście, a okazał się nośnikiem negatywnej energii. Nie pomaga Cécile dobrze odegrać roli matki, jaką sobie narzuciła, ale uwydatnia fakt, jak bardzo niedojrzała z niej kobieta i jak wiele nieprzegryzionych traum ciąży jej kruchym ramionom. Bardzo szybko okazuje się więc, że nie o zagubioną tożsamość ciemnoskórego chłopca w białej francuskojęzycznej klasie w filmie chodzi. Kluczowa jest nigdy nie odnaleziona tożsamość jego adopcyjnej matki. Gorzej, że w twórczy zamysł reżyserki również wkradło się pewne zagubienie. François pobieżnie wprowadza do filmu wiele interesujących tropów fabularnych (m.in. szamanizm i niepokojące objawy epilepsji), ale ich nie rozwija. Czyżby ze strachu, że linia narracyjna zboczyłaby z głównego kursu i wprowadziła do historii pewną niejednoznaczność?

d4fay5r

Ewidentnie nie byłaby ona dobrze widziana, bo mimo jawnego okrucieństwa benińskich rytuałów, byłaby próbą zrozumienia wierzeń afrykańskiej społeczności. Film jest zaś nakręcony z perspektywy przedstawiciela zachodniej cywilizacji, który analizę afrykańskiej kultury porzuca na etapie uznania jej prymitywizmu oraz swojej nad nim wyższości. Cécile chce wpływać na zmianę kultury, nauczać, tłumaczyć i plemienną magię wypleniać chrześcijańską metafizyką. Nie adoptować, a adaptować kulturę, by w pierwszej kolejności zaspokajać własne potrzeby ulepione z głębokiego poczucia osamotnienia i zwykłego lęku. Czyż bowiem nie on jest głównym tematem filmu? Czy to nie strach łączy wszystkie filmowe wątki, społeczności i ludzi nie mówiących tym samym językiem i żyjących osobno po dwóch stronach świata? Strach Cécile przed samotnością, strach matki przed utratą dziecka, strach rodziców przed złym wychowaniem, strach przed tym, czego nie znamy, strach przed tym, czego nigdy nie zrozumiemy?

d4fay5r

Podziel się opinią

Share
d4fay5r
d4fay5r