źródło: Magazyn Film
Jak na aktora komediowego stulecia Jerzy Stuhr prezentuje się nazbyt poważnie. Ten dystyngowany, stateczny profesor - krótko ostrzyżony, w gustownej marynarce - pasowałby idealnie na posiedzenie małopolskiej rady rektorów, na które zresztą jako głowa krakowskiej PWST uczęszczał. Ale i tam nie dane mu było zapomnieć o drugiej naturze. "Bo zaraz podchodził do mnie któryś rektor, dajmy na to politechniki, i mówił, że oni z synem urządzają sobie takie karaoke z >>Seksmisją<<. Wyłączają głos i sami wypowiadają wszystkie dialogi, które znają na pamięć..."
Stuhr został wybrany najzabawniejszym
aktorem stulecia – to fakt, ale
czy można go uznać za wzór artysty komediowego?
Przypomnijmy, że w latach 70. aktor
był jedną z głównych twarzy kina moralnego
niepokoju. Jego role Lutka Danielaka
w „Wodzireju” (1979) Feliksa Falka oraz Filipa
Mosza w „Amatorze” (1978) Krzysztofa
Kieślowskiego definiowały niepokoje i frustracje
całego pokolenia. Ale już wtedy potrafił
zmienić swój wizerunek, grając w krakowskich
„Spotkaniach z balladą” czy fałszując
„Śpiewać każdy może” na festiwalu
w Opolu w 1977 roku.
Śpiewał wtedy: „czasami człowiek musi, inaczej
się udusi”. Czy więc musiał grać w komediach,
by się nie udusić?
„Tak! Zawsze
podświadomie szukałem tego gatunku – mówi
Stuhr. – Nawet gdy byłem czołowa postacią
kina moralnego niepokoju, tęskniłem za
komedia. Więc to nie tak, że Machulski przypadkowo
na mnie trafił. To ja go szukałem!”.
W plebiscycie czytelników „Filmu” Stuhr pokonał
m.in. Eugeniusza Bodo, Adolfa Dymsz
ę, Bogumiła Kobielę, Jana Kobuszewskiego,
Wiesława Michnikowskiego i Stanisława
Tyma. Czytelnicy nagrodzili go za niezapomniane
role komediowe Maksa Paradysa
w „Seksmisji” (1984), Szyszkownika Kilkujadka w „Kingsajzie” (1988), komisarza Ryby
w „Kilerze” (1997) czy Józefa Kozła w „Pogodzie
na jutro” (2003).
Dla wielu Stuhr to także
e genialnie zdubbingowany głos rozgadanego
osła ze „Shreka” (2001). Stuhr przyzwyczaił
się już, że ludzie, widząc go na ulicy,
wołają za nim cytatami z komedii (np. „Ciemność,
widzę ciemność” i „Żeby chłop nie
mógł z gołą baba w windzie...” z „Seksmisji”,
czy „Popowiększali się, to w dupach się poprzewracało”
z „Kingsajzu”).
Którą ze swoich
komediowych ról lubi najbardziej?
„W »Kingsajzie« bawiłem się setnie, ale już te
farsy zwane »Kilerami« mniej mnie zajmowały.
»Kiler-ów 2-óch« nużył mnie bardzo.
Julek Machulski to wiedział i dyskretnie mnie
tam potraktował.
Ta nagroda to ogromne wyróżnienie... a jednocześnie bardzo obciążające!
– dodaje Stuhr. – Aktor Stulecia? To jak
grób Tutenchamona!”.
Zwycięzca wspomina, że kiedy był małym
chłopcem, babcia zabrała go do kina „Wrzos”
w Krakowie na film pt.: „Pat i Patachon”.
„To był pierwszy film, jaki widziałem w życiu,
taka prymitywniejsza wersja Flipa i Flapa,
z rzucaniem tortami i kopaniem po tyłkach.
Kto wie, co by się stało, gdyby babcia zabrała
mnie wtedy np. na »Hamleta« z Olivierem”
– zastanawia się aktor.
Na nasze szczęście to właśnie „Pat i Patachon”
zaważył na jego wyborach. Trudno dziś
bowiem wyobrazić sobie polską komedię bez
Stuhra. Ale też w siedzącym przede mną dystyngowanym
panu trudno rozpoznać Maksa,
który w „Seksmisji” zwija się na podłodze,
plącząc histerycznie: „Kobieta mnie bije!”.
Skąd więc u niego ta łatwość balansowania
między tragedia a śmiechem i łączenia głębokiej
inteligencji z dystansem do siebie
i świata? Aktor mówi, że wpływ ma miejsce
jego urodzenia, Kraków.
„To jest Mitteleuropa,
czyli miejsce, które pozwala koegzystować
w człowieku i Kafkowskiemu strachowi,
i idiotyzmowi Szwejka. Ludzie z innych części
świata, ba, nawet innych stron Polski, nie potrafią
tego zrozumieć. A ja jestem wytworem
tego regionu i byłem w czymś takim wychowany.
Opowieści moich dziadków z wojska
nie różniły się wiele od tekstu Haska. Bo Czesi,
tak jak Polacy z południa, też doskonale
potrafią połączyć śmiech z dramatem”.
Stuhr nigdy nie uważał grania w komediach
za coś deprecjonującego.