Trwa ładowanie...
diodr1k
diodr1k

Marzenia i fantazje chirurga plastycznego

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
diodr1k

W swoim najnowszym filmie, będącym adaptacją powieści Thierry’ego Jonqueta, Pedro Almodovar sięga do mitu o doktorze Frankensteinie. Jest to oczywiście uwspółcześniona wersja, biorąca pod uwagę najnowsze osiągnięcia medycyny i rozwój badań genetycznych, ale schemat pozostaje ten sam. Mamy tu szalonego (choć prawdę mówiąc akurat jest on bardziej opanowany) naukowca, pragnącego stworzyć zupełnie nowego człowieka z… ale to pozostawmy tajemnicą.

Głównym bohaterem „Skóry” jest doktor Robert Ledgard, wzięty chirurg plastyczny po przejściach. Jego tragiczne losy i wcześniejsze życie poznajemy w trakcie całego filmu, napomknę więc tylko o tym, że przed kilkoma laty stracił w dość nieprzyjemnych okolicznościach żonę, a jego córkę spotkał także los nie do pozazdroszczenia. Zgorzkniały i owładnięty przeróżnymi obsesjami Ledgard wiedzie podwójne życie. Na pozór jest normalnym mężczyzną w średnim wieku, pracującym w klinice, żyjącym w dużej, odosobnionej posiadłości. Jest bardzo bogaty, co pozwala mu robić to, co chce. Jego sielankowa, przestronna willa skrywa więc pewną mroczną tajemnicę, której na imię Vera. Lekarz trzyma ją zamkniętą w pokoju, ubraną w dziwny kostium. Nie wiemy na razie, kim ta kobieta jest – może pacjentką? Widać jedynie, że jest więźniem, przetrzymywanym w niewiadomych dla nikogo celach. Żyje w złotej klatce, stale pod czujnym okiem Ledgarda, którzy śledzi każdy jej ruch na ekranie olbrzymiego telewizora w swojej sypialni. W Verze nie
widać jednak desperacji, jakby już dawno pogodziła się z losem i zobojętniała na oko „Wielkiego Brata”. Wszystko to sprawia, że cała ta sytuacja wydaje się jeszcze bardziej enigmatyczna. Pewnym światełkiem w tunelu może być fakt, że Vera do złudzenia przypomina Gal, zmarłą żonę doktora.

Głowna oś fabuły skupia się na postaci Very. Ukazane w retrospekcjach wydarzenia sprzed sześciu lat stopniowo rzucają coraz więcej światła. Dowiadujemy się, co spotkało Ledgarda i jego rodzinę i skąd wzięła się kobieta w jego willi. Oczywiście znaczące fakty podawane są nam w taki sposób, żebyśmy za szybko się wszystkiego nie domyślili.

diodr1k

Natomiast już na wstępie okazuje się, że Vera nie jest normalnym człowiekiem. Uświadamiamy sobie, że stanowi igraszkę w rękach naukowca, który bawi się z Pana Boga. Ledgard próbował z niej, za pomocą wynalezionej przez siebie genetycznie zmodyfikowanej skóry, stworzyć wierną kopię swojej żony. Jako chirurgowi plastycznemu nadspodziewanie łatwo udało mu się ukształtować ciało Very na wzór Gal. Ledgard zadbał o każdy szczegół jej anatomii i za każdym razem, gdy na nią patrzył, podziwiał swoje dzieło. Jednak czy taka kreacja może zastąpić prawdziwego człowieka? Przecież tytułowa skóra, w której żyła Vera, to tylko „opakowanie”. A co z umysłem, wspomnieniami i różnorako pojmowaną duszą? Przecież to one, a nie zewnętrzna powłoka decydują o tym, kim człowiek jest. Ledgard jakby sobie z tego nie zdawał sprawy. Popełnił przy tym całą masę innych błędów, które nie pozostaną bez konsekwencji.

Główny atut „Skóry” to ciekawa fabuła i intrygująca tajemnica, ale jest to zasługą raczej autora powieści niż reżysera i scenarzysty. Cała akcja nastawiona jest na rozwikłanie mrocznego sekretu Ledgarda i w tej kwestii film radzi sobie bardzo dobrze. Mamy tutaj dobrze dozowane napięcie, dzięki czemu fabuła nas wciąga i z niecierpliwością czekamy, aż coś się wyjaśni. Ale gdy wszystko staje się jasne, film nagle traci na atrakcyjności. I mógłby skończyć się pół godziny wcześniej, niż chce tego reżyser, bo dalsza akcja nic nie wnosi ani do fabuły, ani do wymowy dzieła. Przy tym Almodovar porzuca ot tak sobie, pewne istotne wątki, nie rozwijając ich i zostawiając widza z poczuciem niedosytu.

Cała konstrukcja filmu przypomina nadmuchany balon: z zewnątrz ładna powłoka, pewna barw i ciekawych wzorów, ale w środku – to, co każdy balon zwykł w środku mieć. Pod przedstawianą historią nie kryje się absolutnie nic. Żadnego drugiego dna, żadnej psychologicznej głębi. Jedynie słabo zarysowane problemy i mnóstwo niedopowiedzeń. Niby coś tam się mówi o etyce badań genetycznych, o granice medycyny i człowieczeństwa, ale w tej pozornie misternej strukturze brak jakiejkolwiek finezji. Almodovar skupia się tylko na opowiedzeniu pewnej frapującej historii, nic nie obchodzą go żadne subtelne niuanse. Więcej możemy sami sobie dopowiedzieć, ale to zahacza już o czystą, nieskrępowaną nadinterpretację. Nawet bohaterowie filmu, tacy przecież niezwykli i niebanalni, to tylko papierowe postacie, kukiełki poruszane kiepsko zakamuflowanymi sznurkami. Może był to celowy zabieg, ale kino to przecież odzwierciedlenie życia, więc czemu reżyser nie postarał się trochę tego życia tchnąć w swoich bohaterów? Żadna z postaci nie
ma przez to wewnętrznej motywacji. Nie wiemy, co nimi kieruje i czemu tak naprawdę Ledgard zrobił to, co zrobił. Może taka niepewność zmusza do zastanawiania się nad powodami działań bohaterów, ale również i po prostu irytuje. Bohaterowie zbudowani są na kształt filmowej postaci Very – ukształtowani na siłę, poskładani z różnych obcych elementów, pozornie do siebie pasujących. Ale jako całość są sztuczni i martwi. Pojawiają się w scenach, odgrywają swoje role i klepią z góry ustalone formułki. A to za mało, by nawiązać jakąś emocjonalną więź z nimi. Widz nie może nikomu z nich współczuć, mieć choć odrobinę litości czy poczuć do kogoś obrazę. Paradoksalnie, gdy Almodovar stara się pokazywać skrajne, ekstremalne emocje – osiąga przeciwny efekt – jego postacie są puste, wyprane z uczuć.

Hiszpański reżyser chyba niepotrzebnie starał się na siłę stworzyć nową konwencję. W „Skórze” połączył elementy horroru, thrillera z melodramatem i czarną komedią. Całość doprawił jeszcze tak lubianym przez siebie telenowelowym lukrem. W efekcie wyszło coś niestrawnego. Elementy mroczne, ponure splatają się z lekką komedią obyczajową i sprawiają, że film jest nierówny. Umieszczenie w jednym filmie scen gwałtów i tragicznych wypadków obok biegającego po domu w przebraniu tygrysa (sic!) rzezimieszka, przeszukującego pokoje niby w zabawie w chowanego - to jakieś nieporozumienie. W zamierzeniu miało to być groteska, ale wyszedł kicz. A operowanie konwencją kiczu wymaga nie lada wyobraźni i dystansu. Chyba tylko Kubrick umiał, a po nim jeszcze Tarantino, zgrabnie balansować na tej cienkiej granicy. Kino Almodovara także ociera się świadomie o kicz, ale akurat w przypadku „Skóry” ta technika zawodzi na całej linii.

diodr1k

Jednak ten film nie jest aż tak przeraźliwie zły. Almodovarowi zabrakło może koncepcji, ale ratuje go doświadczenie. Pod względem warsztatu twórczego jest nieźle - umiejętnie prowadzona fabuła, budowanie nastroju, trochę suspensu i zaskakujących zdarzeń. Dobre są zdjęcia i scenografia. Zbudowana z tych elementów atmosfera przypominająca trochę gotycką powieść. Ale i tutaj nie odbyło się bez zgrzytów. Całość psuje muzyka, w wielu scenach, szczególnie sensacyjnych, kompletnie niepasująca do obrazu. Często wyraża zupełnie inne emocje niż scena, której towarzyszy.

Kolejnym jasnym punktem jest Antonio Banderas. Hiszpan dobrze sprawdził się jako chłodny, na pierwszy rzut oka pozbawiony uczuć naukowiec. Banderas dobrze ukazał, a raczej sam wymyślił, złożoność swojej postaci, miotanej różnymi emocjami. Jednak i tak trudno jego bohatera zrozumieć i pojąć, o co tak naprawdę mu chodzi. Z kolei wychwalana przez krytyków Elena Anaya (filmowa Vera) nie dorównuje swojemu starszemu koledze. W kilku scenach, m. in. podczas „ataku” człowieka-tygrysa, jej gra pozostawia wiele do życzenia. Niby jej postać jest w końcu marionetką, ale coś mogłaby z siebie wykrzesać więcej. Dość powiedzieć, że lepiej podziwiać jej wdzięki, które chętnie odkrywa, niż grę aktorską.

„Skórę, w której żyję” pewnie docenią wielbiciele Aldmodovara. Jeśli potraktuje się ten film w charakterze ciekawostki, a postacie jako galerię osobliwości i mocno przymknie oko (albo nawet dwa), to można go z zainteresowaniem obejrzeć.

diodr1k

Podziel się opinią

Share
diodr1k
diodr1k