Stare, ale jare
W pierwszej scenie Bruce Willis wraz ze swoją filmową dziewczyną, Mary-Louise Parker robią zakupy w supermarkecie. Uśmieszki, przekomarzanie, pakowanie do wózka grilla, krewetek, odkurzacza… Skrecz. Zaraz, czy aby na pewno wylądowaliśmy w dobrej sali? Żeby nikt nie miał wątpliwości, twórcy raptem kilka minut później detonują samochód.
Powstały trzy lata temu „RED” Roberta Schwentke był przyprawioną niezłym humorem kanonadą wybuchów pościgów i bójek. Zrealizowaną na podstawie komiksu DC z przymrużeniem oka, przy pomocy aktorów z najwyższej półki, ale różnych bajek, którzy jednak zgrali się i stworzyli coś na kształt filmowego odpowiednika muzycznych supergrup.
Podobnie jak część pierwsza, drugi „RED” jest historią emerytowanych agentów, o których jednak praca nijak nie chce zapomnieć. Ktoś publikuje w sieci informacje o udziale w jednej z misji tajniaków Franka (Wiliis) i Marvina (John Malkovich)
. Z dnia na dzień, dwójkę wieloletnich partnerów próbuje zabić przysłowiowe pół świata. Do gry włączają się wkrótce Rosjanie pod postacią czarującej Katji (Catherine Zeta-Jones, równie piękna jak w czasach debiutu, ponad 20 lat temu) i szarmancki Ivan (znakomity Brian Cox), Korea (niezwykle sprawny Byung-hun Lee) i Wielka Brytania (przystojna i zawsze dystyngowana Helen Mirren).
Komiksowy rodowód pomaga przełknąć wszelkie nieprawdopodobieństwa, które mnożą się w każdej kolejnej sekwencji. Nie inaczej było w pierwszym „RED”. Skorzystano tu w zasadzie z podobnego patentu na sukces: wymieszanie komedii charakterów, miłosnych perypetii Willisa i Parker oraz widowiskowych scen akcji w jednym filmie. Przede wszystkim ów pierwszy element przesądza o powodzeniu „dwójki”. Z gąszczu wielu postaci wybijają się Parker jako zazdrosna i pragnąca sensacyjnych przygód prowincjuszka, Malkovich jako nie w pełni sprawny umysłowo saper oraz w szczególności Anthony Hopkins w roli największego zbira. Aktor płynnie przechodzi od kreowania angielskiego dżentelmena, poprzez maskę szalenie zdolnego naukowca aż po mściwego geniusza zła. Kreacja Hopkinsa – bogata, niejednoznaczna, na granicy powagi i zgrywy – wybija się spośród innych, do których artyści nie podeszli z podobną estymą.
Dean Parisot nie jest jednak równie zdolnym reżyserem co Schwentke i mnożenie zawiłości fabularnych nie zawsze wychodzi mu najlepiej. Gdzieś w połowie filmu, kiedy ginie jedna z bohaterek, łatwo się pogubić, kto gra w czyjej drużynie, co zdecydowanie obniża poziom zaangażowania widza w opowieść. Trochę później film łapie pion, ale lekkie rozkojarzenie zostaje w nas do końca. „RED 2” nie ma jednak większych pretensji do budowania perfekcyjnie logicznej fabuły. O niej samej widz, umorusany popcornem i colą – ale też i zadowolony – zapomni wkrótce po opuszczeniu sali kinowej. 6/10