Trwa ładowanie...
de3uw9a
de3uw9a

Lucasa i Spielberga na pewno rozpiera duma

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
de3uw9a

Ryzyko porażki było kolosalne. Wystarczy wspomnieć koncertowo spaprany „Green Lantern” Martina Campbella, adaptację komiksu opartego przecież na podobnej formule co *„Strażnicy Galaktyki”. Na szczęście James Gunn wyszedł z sytuacji obronną ręką. Mało tego, nakręcił nie tyle najciekawszą ekranizację sygnowaną przez Dom Pomysłów, co zdecydowanie najlepszy film rozrywkowy ostatnich lat i wspaniały hołd złożony Kinu Nowej Przygody.*

Scenariusz zainspirowała seria ukazująca się z przerwami od końca lat 60. XX wieku. W odróżnieniu od historii, gdzie pierwsze skrzypce grają obdarzeni supermocami trykociarze, „Strażnicy Galaktyki” to nic innego jak space opera - opowieść rozgrywająca się gdzieś w kosmosie, zaludniona przez inteligentne rasy, przepełniona politycznymi intrygami, magią i technologią, w dodatku czerpiąca garściami z poetyki westernu, romansu i kina awanturniczego. Zresztą – każdy przecież widział „Gwiezdne wojny”. Sama fabuła „Strażników” to także nic nowego – ot kolejna dobrze znana historyjka o grupce wyrzutków łączących siły w obliczu wielkiego zagrożenia. Skąd zatem olbrzymi sukces Gunna i spółki?

Po pierwsze bohaterowie. Nareszcie są pełnokrwiści i wielowymiarowi, ba!, „Strażnicy” to tak naprawdę pierwszy film Marvela, w którym losy postaci nie są nam obojętne, z minuty na minutę angażując widza coraz mocniej i mocniej. A przecież mówimy tu m.in. o mało elokwentnym chodzącym drzewie i pyskatym szopie-socjopacie. Po drugie humor. Film Gunna jest nim przesiąknięty. „Strażnicy” są błyskotliwi, bezpretensjonalni, a co najważniejsze - autentycznie zabawni. Zarówno w sferze dialogów jak i żartów sytuacyjnych, którymi scenariusz nafaszerowano jak pieczoną kaczkę. Brzmi to dość zaskakująco, zwłaszcza jeśli zestawimy go z poprzednimi ekranizacjami Marvela czy DC – produkcjami sztywniackimi i przepełnionymi patosem (wybaczcie, ale jedna shoarma i Tony Stark wiosny nie czynią). I w końcu po trzecie – muzyka. Ścieżka dźwiękowa, składająca się z mistrzowsko zestawionych ze sobą szlagierów rocka i popu lat 70. (Redbone!), to arcydzieło w każdym calu, nie tylko ilustrujące, co w zasadzie będące równoprawnym
bohaterem filmu.

Gunnowi udała się rzecz piekielnie trudna – nakręcił film, który spokojnie mógłby mieć premierę w latach 80. i stać się hitem na miarę „Gwiezdnych wojen”. „Strażnicy Galaktyki” są dowodem, że nadal można kręcić takie widowiska – formalnie spektakularne, a równocześnie wdzięczne, zabawne i świetnie napisane. Ryzyko się opłaciło – świadczą o tym tłumy w kinach, rozpływający się recenzenci i potok grubych milionów dolarów, jaki nieprzerwanie płynie na konto Marvela. Sequel już w drodze. Jednak zanim doczekamy się premiery (maj 2017), nie pozostaje nam nic innego, jak wielokrotne oglądanie części pierwszej, która właśnie ukazała się na DVD i Blu-ray. Dobrze, że nie na VHS – do tego czasu kopia mogłaby nie przetrwać w jednym kawałku.

Wydanie Blu-ray:

de3uw9a

Polska edycja Blu-ray „Strażników” ukazała się nakładem Galapagos. I w tym przypadku dystrybutor po raz kolejny nie zawodzi. Jeśli chodzi o polską wersję – mamy do wyboru napisy oraz dubbing (Dolby Digital 5.1), lektora brak. Odnośnie dodatków – po pierwsze jest ich całkiem sporo, po drugie są świetnym uzupełnieniem filmu. Obok komentarza reżysera na płycie znalazły się sceny rozszerzone i niewykorzystane, wygłupy z planu, dwa minidokumenty (kulisy tworzenia efektów specjalnych oraz historia genezy filmu opowiedziana przez Jamesa Gunna) oraz ekskluzywna zapowiedź „Avengers: Age of Ultron”, w której po raz pierwszy pokazano Scarlet Witch i Quicksilvera. Dodatki oczywiście z polskimi napisami.

de3uw9a

Podziel się opinią

Share

de3uw9a

de3uw9a